Z wydziału zabójstw w Himalaje. Kim jest Rafał Fronia, czyli „poeta” spod K2?

K2 Polacy Himalaiści Fronia
Rafał Fronia. / fot. Facebook/Polski Himalaizm Zimowy 2016-2020 im. Artura Hajzera

Jego wpisy facebookowe o wyprawie na K2 robią furorę i nikt nie ma wątpliwości, że prędzej czy później powstanie z nich książka. Niestety chwilowo jego działalność górska się zakończyła, bo po uderzeniu kamieniem wspinacz ma pęknięte przedramię, został już zabrany helikopterem z bazy pod k2 i jego udział w wyprawie się zakończył.

Wszyscy dziś zadają sobie pytanie kim jest człowiek, który w tak niezwykły sposób potrafi opisać atmosferę zimowej wyprawy na K2.

Jak ustalił portal nczas.com Fronia jest chyba jedynym himalaistą, który swoją karierę rozpoczął w… policji. W dodatku nie byle gdzie tylko w wydziale zabójstw w jednym z miast na zachodzie Polski.

– To była ciężka praca. Nie da się w niej zbyt długo wytrzymać – opowiadał znajomym. W efekcie jeszcze w latach 90. wrócił do swojego nominalnego zawodu, czyli geodezji i założył wydawnictwo PLAN, które do dziś prowadzi. Jego firma opracowuje i wydaje profesjonalne mapy turystyczne.

– Ta firma zapewniła mi możliwość wspinaczki w najwyższych górach – wspominał w gronie znajomych. – Gdybym został w policji to to wszystko byłoby pewnie niemożliwe.

Fronia pierwsze kroki w górach wysokich zrobił w Ameryce Południowej, gdzie przeżył wybuch wulkanu. Potem przyszedł czas na najwyższe szczyty świata – uczestniczył w wyprawach m.in. na Broad Peak (8051 m), Nanga Parbat (8126 m), Dhaulagiri (8167 m), Pik Lenina (7134 m) i Baruntse (7129 m). Zdobył Gaszerbrum II (8035 m) i Lhotse (8516 m).

Oto fragmenty wpisów Rafał Froni:

Siadam, zaczyna się przebieranie. Zdjąć piżamkę to nic, ale założyć koszulkę, która ma -27… trzeba szybko, ale delikatnie. No bo sopelki wiszą. Ubieranie kończą buty, okulary i co tam będzie potrzebne. Teraz trzeba upchać i rozmrozić kilka rzeczy zamarzniętych nocą na kamień: krem, pasta do zębów, chusteczki. Upycham to… no tam, gdzie ciepło. Zabieram jeszcze butlę z nocnym siku i wyłażę. W cieniu – 25, zza Broad Peaka o 8:31 wyjdzie słońce, o ile wyjdzie… I zrobi się -16 do południa.

Jest 19:30. Za dużo czasu na spanie, więc książka. Trzymam ją jedną ręką, w rękawicy, a drugą tulę butlę z ciepłą wodą turlając ją po brzuchu, gdy dłoń na zewnątrz zgrabieje: szybka zmiana… tak co 2 minuty. W świetle czołówki widać smugę pary, z ust, jak z pyska smoka bucha ciepło, płynie strugami do góry, znajduje sznureczki okulary, skarpetki i inne bambetle… I powoli oblepia to białymi lodowymi igiełkami, które rano runą na mnie śnieżycą jak tylko poruszę się lekko. Ale to jeśli nie wieje.

Bo wiatr jest tu prawie ciągle. I zrzuca tą biel od razu. Wiatr. Ten w górze warczący jak pociąg i ten tu, szarpiący tropikiem jak ceratą, szeleści, trzepoce, szumi, warczy, świszcze… i wciska śnieżny pył do namiotu, oblepia zamki, zakleja wszystkie szpary. Jak wieje wiatr, to nawet gdy na zewnątrz świeci słońce, to tu w namiocie pada śnieg.

Ale co by się nie działo… buff na usta i nos, czołówka na czapę i książka w zarękawiczoną dłoń. Gdy sen nie nadejdzie, czeka mała tabletka, trzeba jeszcze wylać stygnącą wodę z butli, nocne siku musi być przygotowane.

Zobacz też: Pakistańczycy pójdą po Mackiewicza. Trwa przygotowywanie akcji na Nanga Parbat!

Zobacz też: Nowe informacje i zdjęcia spod K2. Helikopter zabrał rannego himalaistę. Gołąb i Bedrejczuk przygotowują nową drogę