Prawo do strajku jest reliktem socjalizmu. Obecnie powinno zostać zastąpione 1prawem pracodawcy do wyciągania konsekwencji w sytuacji przemocy ze strony związków zawodowych. Kolejne fale protestów – służby zdrowia, górników, nauczycieli – każą się zastanowić, czy instytucja strajku jest usprawiedliwiona w gospodarce rynkowej i czy przypadkiem nie jest nadużywana za sprawą utożsamiających się z socjalizmem central związkowych. Strajk jako forma protestu jest wpisany w funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej. Pracownik wyzyskiwany przez państwo niemal nigdy nie jest zadowolony ze swojej sytuacji pracowniczej i materialnej. Dlatego wskutek braku rynkowej konkurencji oraz innych narzędzi wpływu na swojego pracodawcę (państwo) często sięga do radykalnych form protestów, takich jak okupacja zakładów czy przerywanie pracy. Spoglądając na charakter ostatnich strajków w Polsce, można wyciągnąć analogiczne wnioski. Strajkującymi są wyłącznie grupy z sektorów nie sprywatyzowanych. Zauważmy, że sprywatyzowana służba zdrowia nie strajkuje. Nie strajkują także nauczyciele uczelni niepublicznych. Natomiast do strajku dołączyli górnicy – co z tego, że z firmy prywatnej, skoro sowicie korzystającej z państwowych dotacji i gwarancji.
Jest mi trudno pisać te słowa, ponieważ mieszkam kilkanaście kilometrów od kopalni Budryk, a być może pracownicy tej kopalni są moimi sąsiadami. Wiem jednak, że Ornontowice to nie zabita dechami dziura, gdzie na niedzielny obiad podaje się wióry ze szpadla popijane moczem, lecz jedna z najdynamiczniej rozwijających się gmin w Polsce, a kopalnia od lat daje wielu rodzinom stabilne miejsca pracy. Sytuacja z Budryka jest jakby żywcem wyjęta z Ewangelii na Niedzielę Starozapustną, którą mogliśmy usłyszeć przed tygodniem, traktującej o robotnikach mających pretensję do pana o zarobki innych, mimo że sami otrzymali umówioną kwotę. Niestety muszę zgodzić się z jedną z wypowiedzi prezesów spółki, że ten strajk nie jest strajkiem o chleb, lecz o kino domowe. Rozumiem rozgoryczenie pracowników, którzy chcieliby zarabiać co najmniej tyle, ile ich koledzy z innej kopalni, ale jest to walka mających dużo (w porównaniu np. do tych zakątków Śląska, gdzie kopalnie upadły, a bieda jest czymś namacalnym), aby mieć jeszcze więcej. Ludzie, obudźcie się! Nie żyjemy na Białorusi czy w Sudanie, tylko mieszkamy w jednym z bogatszych krajów świata! Naturalnie każdy ma prawo zbierać na kolejny telewizor plazmowy, tym razem do sypialni, zamiast np. dawać na misje, ale niech nie doszukuje się w tym przejawu moralności i nie wymaga od współobywateli poklasku. Jako mieszkaniec Śląska nie dam się także przekonać o wiecznej niedoli górników. Mam inne wspomnienia. Z czasów komuny pamiętam, że górnicy byli klasą uprzywilejowaną. Pamiętam osobne wejścia „tylko dla górników” na wyciągach narciarskich, pamiętam jak wjeżdżali tam bez kolejki górnicy na nieosiągalnych dla przeciętnego człowieka zachodnich nartach, kupionych – a jakże – w specjalnych sklepach „tylko dla górników”. I dziś, gdy rozglądam się wokoło, widzę także 40-50-letnich emerytów i rencistów, zdrowych jak konie, zajmujących się koszeniem trawy albo dokładających do kilkutysięcznych świadczeń kolejne kilka tysięcy z pracy na czarno. Strajk w Budryku to przejaw pijarowskich zagrywek central związkowych (cynicznie wzywających św. Barbarę), działających na zasadach analogicznych do mafii, których jedynym językiem jest przemoc wobec pracodawców. Związki zawodowe konkurują dziś o członków jak supermarkety o klientów, a posada działacza- związkowca jest bardziej pożądana od zwykłego awansu. Bowiem strajk to przemoc wobec pracodawcy i współpracowników – zwłaszcza gdy ma miejsce niedopuszczanie do pracy tych, którzy nie zgadzają się z
postulatami przywódców związkowych i chcą uczciwie pracować. Strajk jest także formą przemocy wobec siebie. Na strajku przedsiębiorstwo traci miliony złotych, co pogarsza sytuację finansową zakładu i można przypuszczać, że pogorszy się też sytuacja tam pracujących. Czy zatem w gospodarce rynkowej potrzebne jest w ogóle coś takiego jak strajk? W gospodarce rynkowej pracodawca zawiera z pracownikiem dobrowolną umowę. Jeśli pracownik jest niezadowolony z warunków pracy, może dobrowolnie rozwiązać tę umowę i np. poszukać lepszych warunków u konkurencji. Tym samym pracodawca oferujący złe warunki pracy nie powinien znajdować zbyt wielu chętnych. Jeśli pracownik chciałby zwiększyć swoje dochody, może podjąć dodatkową pracę, awansować bądź – jeśli to możliwe – nabywać udziały w przedsiębiorstwach. To teoria. W praktyce dzieje się różnie. Trudno jednak usprawiedliwiać sytuację, w której pracownik, który chce zarabiać więcej, odmawia pracy i terroryzuje zakład, uniemożliwiając pracę innym. Nauka społeczna Kościoła usprawiedliwia strajk, jeśli potencjalne korzyści ze strajku są proporcjonalne do tej formy protestu. Katechizm Kościoła katolickiego mówi nam, że „strajk jest moralnie usprawiedliwiony, jeżeli jest środkiem nieuniknionym, a nawet koniecznym ze względu na proporcjonalną korzyść. Staje się on moralnie nie do przyjęcia, gdy towarzyszy mu przemoc lub też gdy wyznacza mu się cele bezpośrednio nie związane z warunkami pracy lub sprzeczne z dobrem wspólnym”.
Trudno jednak nie zauważyć, że koszty ponoszone przez zakład jako wspólnotę ludzi pracy są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do jednostkowych zysków poszczególnych pracowników. Jeśli pracodawca w wyniku strajku traci 1 mln zł dziennie, a 500 pracowników domaga się 500 zł podwyżki, to w wyniku trwającego miesiąc strajku zakład traci 30 mln zł, natomiast potencjalny miesięczny zysk dla pracownika podejmującego strajk to 500 zł. Tutaj chyba trudno doszukiwać się jakiejkolwiek proporcjonalności i chyba nie o to chodziło moralistom, którzy nota bene uważają, że „porozumienie stron nie wystarczy do moralnego usprawiedliwienia wysokości wynagrodzenia”. Naturalnie należy rozumieć, że pouczający
nas dostrzegają niebezpieczeństwo sytuacji ekstremalnych. Można sobie wyobrazić, że np. regionalny monopolista, pracodawca w regionie o 50- procentowym bezrobociu, stawia ludzi
pod ścianą i obniża pensje o połowę. Nie sądzę jednak, żeby nawet w takiej sytuacji akurat strajk był metodą, która przyniesie poprawę sytuacji strajkujących oraz ich rodzin. Dzisiejsza akceptacja strajków jako normalnego zjawiska towarzyszącego stosunkowi pracy bierze się z kilku powodów. Przede wszystkim strajk postrzegany jest przez etos niepodległościowej
walki z socjalizmem. Strajk był wizytówką „Solidarności” i walki z socjalistycznym wyzyskiwaczem, jakim było państwo. Ów etos jest dziś nadużywany przez ludzi ze związków zawodowych, nie mających zresztą do tego moralnego prawa, nota bene negujących to, co wywalczyli ich poprzednicy. Po drugie – społeczeństwo akceptuje strajki, bowiem konsekwencje strajku bezpośrednio go nie dotyczą. Jego skutki zamykają się w obrębie zakładu lub branży. Większość ludzi solidaryzuje się ze strajkującymi jako słabszą stroną konfliktu. Jednak kiedy strajk zaczyna być uciążliwy, np. gdy ludzie cierpią na nim jako klienci, sympatie odwracają się od strajkujących i natychmiast pojawiają się głosy przeciwne tej formie protestu. Wreszcie poparcie dla strajków, szczęśliwie coraz rzadziej, bierze się z neomarksistowskiego rozumienia gospodarki,antagonizującego pracodawcę i pracownika. Patrząc na przedsiębiorstwo przez pryzmat pracowników wyzyskiwanych przez kapitalistycznych menedżerów, tworzy się fałszywy obraz firmy jako areny gry o sumie zerowej, zapominając, że z dobrowolnego stosunku pracy zyski odnoszą obie strony. Większość obywateli zapewne z nostalgią patrzy na zmagania strajkujących. Oni też czasami chcieliby utrzeć nosa swoim szefom, ale w porę konstatują, że w gospodarce kapitalistycznej nie ma miejsca na przerywanie pracy. To się po prostu nie opłaca. Ja niestety też nie mogę strajkować. Mogę natomiast życzyć sobie i wszystkim Polski bez strajków, Polski w pełni sprywatyzowanej. Lekarstwem na obecne strajki powinna stać się sankcja o pełnym ponoszeniu konsekwencji finansowych dotykających przedsiębiorstwa przez strajkujących. Zapewne nikt nie zdecydowałby się na tę destrukcyjną formę protestu, jeśli koszty ponosiliby nie podatnicy, lecz płaciliby je protestujący z własnej kieszeni. Wielu zresztą płaci. Ale gdy zakład upadnie, na refleksję zwykle jest już za późno.
UWAGA! Masz problem obsługą strony, e-wydania lub księgarni? Napisz do nas: pomoc.nczas@gmail.com
W internetowej księgarnii pojawiły się nowe pozycje. Osoby mieszkające w Warszawie zamówienie mogą odebrać osobiście:
● Dekadencja (Janusz Korwin-Mikke): Zmian kulturowych, które zachodza w Unii Europejskiej nie da sie ukryc. Nie da sie tez ukryc, ze zmiany te nie sa spontaniczne, a starannie planowane. Czy winic trzeba, tak jak JKM - dekadencje?
● Kosciol a wolny rynek (Thomas Woods): Katolicka obrona wolnego rynku. Czy bieda jest blogoslawiona, a bogactwo przeklete? Ksiazka o tym, ze liberalizm, jak niewiele innych pradow umyslowych, jest bliski nauczaniu Chrystusa, ktory w swoich naukach uwalnial czlowieka z wiezow opresyjnej wladzy i zakazow odbierajacych mu godnosc i wolna wole…
● Ekonomia Wolnego Rynku. Tom 1 i Tom 2 (Murray Rothbard): Wreszcie w Polsce! Pierwszy tom najwazniejszego dziela amerykanskiego profesora Murraya N. Rothbarda, najwybitniejszego ucznia samego Ludwiga von Misesa! Ksiazka lamie monopol przestarzalych, nieaktualnych i falszywych podreczników ekonomii obowiazujacych na polskich uczelniach.
________________________________________________________
zachęcam do odwiedzenia internetowej księgarni nczas.com
KSIĄŻKI JANUSZA KORWIN MIKKE W ATRAKCYJNYCH CENACH!
● tylko wyselekcjonowane pozycje książkowe najlepszych Autorów!
● stawiamy na jakość, nie na ilość!
● książki wysyłamy dwa razy dziennie (tylko priorytetem)
● już wkrótce nowe kanały płatności
________________________________________________________
zachęcamy do zamówienia e-prenumeraty Najwyższego Czasu!
● Kupując e-wydanie wspierasz rozwój portalu nczas.com - KAŻDA wpłacona złotówka przekłada się na ilość tekstów na stronie
● 10 kolejnych numerów kosztuje jedynie 30 zł
● To tylko 3 zł za numer - czyli niecałe 10 gr za artykuł!
● W e-prenumeracie numer pojedynczy kosztuje tyle samo co podwójny (zawsze płacisz 3 zł zamiast 5 / 7 zł, które musiałbyś wydać w kiosku!)
Kliknij tutaj aby zamówić e-prenumeratę
Zabrali ojca do aresztu pod zarzutem “fizycznego znęcania się nad dzieckiem” 2 komentarzy
Pakiet działań “wspierających koniunkturę gospodarczą” za 130 mld. 3 komentarzy
“Demokracja” aż do skutku: wiosną 2009 Irlandczycy zagłosują ponownie!? 26 komentarzy
Urzędnicy uznali, że nadszedł wiekopomny czas aby za pieniądze podatników promować pozytywne nawyki jedzenia! 12 komentarzy
UE zaangażuje “europejską flotę powietrzno-morską” do walki u wybrzeży Somalii. 14 komentarzy
Homo bajkę dla dzieci pilotażowo wprowadził do szkół rząd Wielkiej Brytanii. Oby nasz nie był następny. 22 komentarzy
30 Stycznia 2008 o 18:00
Niedawno przeczytałem w prasie, że po reformie emerytalnej Buzka działacze związków górniczych stracili uprawnienia do wczesnych (i bardzo wysokich) emerytur górniczych. Miała to być cena za zachowanie dla górników ich przywilejów górniczych.
Jednak chyba 2 lata temu działacze górniczych związków zawodowych ponownie uzyskali prawa do emerytur górniczych.
Czyli: byle leszcz pierdzący w stołek w biurze z napisem na drzwiach “związek zawodowy” ma takie same przywileje emerytalne jak górnik narażający życie na dole w kopalni.
Przywileje przywrócił Kaczyński - nie pytajcie mnie, czy premier czy prezydent, słabo ich rozróżniam. Podejrzewam, że premier.
Po prostu TANIE PAŃSTWO.
30 Stycznia 2008 o 20:15
Teluczek niedouczek prawi:
“Prawo do strajku jest reliktem socjalizmu”
—
A to doprawdy ciekawostka - bo przez półwiecze istnienia socjalizmu w PRL strajki były zakazane!!!!
30 Stycznia 2008 o 20:25
wszystko fajnie i poprawnie.. tylko druga strona kija wygląda inaczej..
w sektorze prywatnym pracownicy są wynagradzani odpowiednio (sprawę ” a zmień se pracodawce” - na razie zostawmy) a ew. spory dot. niezgody umowy lub łamaniem praw pracowniczych i innych oczywistych, w sądzie są po stronie pracownika, więc prywatny pracodawca wie że łamiąc podpisane umowy itp. dostanie po głowie więc obie strony pilnują się nawzajem - za to w państwowych firmach i tego typu sprawach - sędziowie murem stoją za “państwowym” mieniem i politykami na stołkach więc o żadnych karach itp. nie ma mowy - chyba że dla pracowników którzy “szumią”.
Prosty przykład z brzegu poza górnikami i celnikami który siedzi na beczce prochu - Poczta Polska i np. Inpost - łamanie praw pracowniczych, zawyżanie godzin i łamane umowy (akcje z listonoszami od 2006 roku) - w Inposcie sądy na pewno od razu zarzuciłyby kary (nawet głośnych akcji nie było w sprawach sporów pracownik - Inpost) , w Poczcie Polskiej - media trąbią, nawet NIK pisał o nieprawidłowościach w raportach i …. nic…. co rusz słyszymy o akcjach i protestach listonoszy o łamanie czasu pracy itp. - co robi PIP ? nic…. żadnych kar czy nagonek jedynie puste kontrole (bo potem jakoś media nic nie trąbią o karach) i nie zrobią NIC bo bajer nie tkwi TYLKO w tym że to państwowe , ale dlatego GŁÓWNIE że na stołkach śmietanę spijają politycy i ich “króliki” a dojnej krowy się nie zarzyna , a “dół” zarabia na ich pensje. Jak nawet sądy i urzędy nie chcą nic robić w sprawie tych pracowników to co im zostaje ? W dzisiejszej RP jedynie głośny niemy krzyk i oczekiwanie na upadłość firmy, przejęcie jej przez prywaciarza który solidnych pracowników zatrzyma a politycznych ssaków dojarzy wysadzi na taczki.
30 Stycznia 2008 o 20:42
@Leszek:
Związkowcy nie mają uprawnień do emerytury górniczej.
======
Mikkoluba Teluka bredzenia ciąg dalszy:
“Zauważmy, że sprywatyzowana służba zdrowia nie strajkuje.”
Ależ strajkuje - odmowa podpisania kontraktów z NFZ przez Porozumienie Zielonogórskie skupiajace prywatne placowki, z odmową przyjmowania pacjentow (2 lata temu) - było forma strajku.
——–
“I dziś, gdy rozglądam się wokoło, widzę także 40-50-letnich emerytów i rencistów, zdrowych jak konie, zajmujących się koszeniem trawy albo dokładających do kilkutysięcznych świadczeń kolejne kilka tysięcy z pracy na czarno”
Renciści nie mają kilkutysięcznych świadczeń, poza ofiarami wypadków w pracy - a ci nie są “zdrowi jak konie”.
30 Stycznia 2008 o 21:25
Trzeba w trybie pilnym zmienić prawo, że jedynym legalnym sposobem strajkowania jest złożenie wymówienia. Jednocześnie należy wprowadzić zasadę że jeśli złoży wymówienia znaczna część załogi, to pracodawca ma prawo przedłużać okres wymówienia tak aby nie odchodziło z pracy więcej niż 15 procent pracowników miesięcznie w firmach które zatrudniają powyżej 10 osób i nie więcej niż 2 osoby miesięcznie w firmach zatrudniających do 10 osób.
31 Stycznia 2008 o 03:42
Ciekawe. A myślałam, że za komuny kwestionowano prawo do strajków i niepokornych w najlepszym razie bito.
31 Stycznia 2008 o 11:01
Do “Żydomasona Lewickiego: ”
Tak jak pisałem, przez kilka lat po reformie emerytalnej Buzka (01.01.1999) nie mieli przywilejów emerytalnych. Czytałem, że te prawo przywrócił im Kaczyński (bodajże Jarosław) jakieś 2-1,5 roku temu, kiedy “kupował” sobie poparcie “Solidarności”.
Może w gazecie coś pokręcili, jeśli jesteś pewien aktualności swoich informacji, proszę o źródło.
31 Stycznia 2008 o 18:46
Co do tzw. prawa do strajku, to temat na długą dyskusję.
Natomiast co do “strajku” opisywanego przez Autora - otóż tenże “strajk” jest nielegalny, tj. niezgodny z obowiązującymi regulacjami prawnymi odnoszącymi się do trybu i sposobów strajkowania. Związkowcy po prostu łamią prawo.
31 Stycznia 2008 o 20:09
Panie Lewicki, strajk to (z angielskiego) uderzenie we właściciela przedsiębiorstwa by wymusić zmianę w umowie o pracę. Oczywista niemoralność: zabór mienia przedsiębiorcy oraz siłowe niedopuszczenie do pracy (zamach na wolność) tych którzy chcą pracować. Więc ma rację pan Teluk nazywając strajk reliktem socjalizmu, bo to socjalistyczny pomysł, by wprowadzić prawo do strajku u kapitalisty. A w PRLu strajk nie był zabroniony, bo nie był przewidziany. Były tylko nieuzasadnione przerwy w pracy.
A w zielonogórskiem to jednak nie był strajk, w żadnej formie. Prywatni lekarze nie musieli pracować nie mając umowy z NFZ em.
1 Lutego 2008 o 04:32
“SOLIDARNOŚĆ” NIEsolidarna
“Solidarność” już najbardziej NIEsolidarna? Proszę o przeczytanie wszystkich, którym ideały tego ruchu były kiedyś bliskie.
Rodzący się w 1980 r.ruch Solidarności, tak modny obecnie, opiewany w filmach, w publicystyce, miał w nazwie słowo solidarność. Ludzie pod opresją totalitarnego reżymu dostrzegli nadzieję w dzieleniu się zdobyczami silniejszych grup zawodowych z resztą słabszego społeczeństwa. Podziw budzi ich troska o więźniów politychnych, doprowadzenie do złagodzenia represji wobec opozycyjnych działaczy. Były i wtedy żądania ekonomiczne. Ruch ten zresztą śmiało odwoływał się do lewicowych haseł, a nawet więcej, zasłaniał nimi ewentualne postulaty polityczne.
Dziś, jak słyszę od dziennikarzy, wyścig do podwyżek płac całej sfery budżetowej rozpoczęła właśnie “Solidarność”. A więc już nie dla słabszych, nie solidarnie, lecz egoistyczne, kto silnejszy. Podpisane w zeszłym roku porozumienie nakręciło ten niebezpieczny dla nas wszystkich wyścig roszczeń tych grup, które mają jakąś broń, by terroryzować (- dosłownie, bo jak to inaczej nazwać) resztę obywateli.
Przypominam, że w 1980 r. żądano, może to dziś naiwne, OBNIŻEK cen. Mimo pozornej absurdalności tego, zauważmy jednak, że żądanie takie jednakowo SOLIDARNIE broniło interesu emerytów, prywaciarzy, grup silniejszych i słabszych.
Czy Państwo możecie dziś spokojnie godzić się na powszechne i bezwstydne wyrywanie dla siebie co większych ochłapów budżetu? Czy sam język wypowiedzi, nie budzi u Państwa zgorszenia? “My wywalczyłyśmy dla siebie podwyżki aż 7 lat temu” - twierdzą rozjuszone pielęgniarki. “Nasz związek zawodowy wywalczył …”, “… będziemy walczyć o …” itd.
Czy normalny, przeciętnie kulturalny człowiek, gdy procodawca nie podnosi mu pensji, zamyka się u niego w domu? Czy szewc, gdy zauważy, że chciałby za buty dostać 2 razy więcej, czeka na przyjazd premiera? Ludzie, czemu godzimy się na istnienie nienormalnego świata pracowników państwowych, którzy myślą i czynią to, co nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie przyśni.
Recepta jest tylko jedna i proszę to dobrze zrozumieć. Możliwie WSZYSTKO powinno być prywatne, a więc: miłe, grzeczne, pracowite, kompetentne, tanie, różnorodne, efektywne, dostępne, czynne, bez łapówkowe, bez strajkowe, dobrze zarabiające, więc zadowolone, więc nagrodzone za naukę i kwalifikację, więc uczciwe, promujące pracowitość, a karające wszelkie ułomności ludzkie.
Każdy inny system MUSI rodzić najprzeróżniejsze karykatury ludzkiej ułomności.
2 Lutego 2008 o 11:27
zgadza się - jeżeli komuś nie podoba się praca, to powinien złożyć wypowiedzenie a nie strajkować.
2 Lutego 2008 o 19:22
cytat
Jednocześnie należy wprowadzić zasadę że jeśli złoży wymówienia znaczna część załogi, to pracodawca ma prawo przedłużać okres wymówienia tak aby nie odchodziło z pracy więcej niż 15 procent pracowników miesięcznie w firmach które zatrudniają powyżej 10 osób i nie więcej niż 2 osoby miesięcznie w firmach zatrudniających do 10 osób.
koniec cytatu
a w życiu!
Każdy ma prawo nie przyjść do pracy i tyle. Nikt nie ma prawa go na siłę trzymać w zakładzie “bo pracowników nie ma”. To problem pracodawcy, a nie pracownika. Pracownik składa wymówienie zgodnie z umową o pracę (tutaj pracodawcy mogą sobie zastrzegać okresy wypowiedzeń, ale tylko tutaj!) i koniec, po problemie. Nikogo siłą nie robimy niewolnikiem ze względu na czyiś interes. To nie te czasy.
4 Lutego 2008 o 23:06
Ze znanych mi konstytucji, tylko ustawa Szwajacarii mowiac o prawie do strajku mowi tez o prawie do lock-out’u (Anglosasi na szczescie nic w tej materii nie mowia, bo i poco przejmowac sie prywatnymi relacjami? :-).
6 Lutego 2008 o 17:21
@Bacz
Cytat: “…pracodawca ma prawo przedłużać okres wymówienia tak aby nie odchodziło z pracy więcej niż 15 procent pracowników miesięcznie w firmach które zatrudniają powyżej 10 osób i nie więcej niż 2 osoby miesięcznie …”
Jeśli te ilości % i osób, to nie żart, to skąd pewność, że nie 0,5% więcej lub 0,75% mniej, albo “zatrudniają 10 osób” w tym co najmniej 5 kobiet, jednego geja - ale jak: na cały etat, 1/2 etatu, 1/4… , umowę o dzieło, na akord, na 1 dzień, na godzinę, 1 sekundę. Niezbędne są jeszcze m2 powierzchni zakładu, specjalne zgody najwyższych i najgłupszych władz, ulgi dla zasłużonych i spokrewnionych, interes narodowy (żeby się się podźwignął) itd.
Po jaką ciężką cholerę NALEŻY wprowadzać jakieś zasady - (czytaj: wprowadzać ma państwo, rękami przemądrych {p}osłów).
Nie można samemu ciut pomyśleć, usiąść jak dwie (dorosłe) zainteresowane strony i porozmawiać, wreszcie spisać zgodną z wolą obu stron umowę. Przewidzieć to, co w każdej umowie: prawa, obowiązki, czas realizacji, czas obowiązywania, płatności, kary dla każdej ze stron za odstępstwa i uchybienia, tryb rozwiązania. Można ściągać, brać gotowce, zmieniać, wymyślać.
Może np. ktoś niepewny swojej wartości chce mieć gwarancje swojego zatrudnienia - niech szuka i negocjuje. I odwrotnie, czasem pracodawca znów będzie zrujnowany, gdy produkcja stanie, zawali kontrakt - niech negocjuje z pracownikami i szuka takich, co mu zagwarantują swoją pracę. Możliwości jest bez liku, tak jak temperamentów ludzi, albo specyficznych wymagań co do stanowisk pracy.
Zapewniam, że doskonale się obejdziemy bez całego tego “prawa” pracy: opresyjnego, nieelastycznego, nieetycznego i niesprawiedliwego (bo wywalczonego naciskami silniejszych grup lub osób), przekupionego poparciem w głosach, czy wręcz sprzedanego za łapówkę. A więc prawa zupełnie niepotrzebnego, stanowionego gdzieś tam, daleko od nas i naszych unikalnych i niepowtarzalnych potrzeb, w dalekim Sejmie. Przecież każdy pracownik i każdy pracodawca lepiej i precyzyjniej wyrazi swoje obawy, zabezpieczy się przed dostrzeganymi zagrożeniami, chętnie zrezygnuje w zamian z części własnych korzyści i w efekcie zawrze optymalny kompromis. Spisze to w postaci unikalnej lecz optymalnej w danych warunkach Umowy i WSZYSTKIM (”państwom”, ministrom, {p}osłom itp.) wara od tego!
A najbardziej śmieszą mnie naiwni lewicowcy, co nie są ani: sprzedajnymi sprytnymi politykami, ani świetnie zarabiającymi “lobbystami”, ani nawet nie należą do “postępowych” dziennikarzy na niezłych posadkach, tylko tak ot, z głupoty, naiwności, inercji umysłowej, plotą ciągle o “zdobyczach”, “wywalczonych prawach”, “zagwarantowanych przywilejach”.
Ciekawe, że pracodawcy nie płacący miesiącami załogom pensji, nie chwalą się już swoimi realnymi zdobyczami - przywilejami. Bo ludzie głupie, nic nie negocjują (często “prawo” to uniemożliwia), tak nauczeni przez socjalizm, spytają o zarobki, podpiszą zaraz i już cieszą się, że mają pracę, mają im płacić, no to pracują. A że prawie bezkarnie można spóźnić się z wypłatą, to już nie zauważą. Do czasu, gdy zapożyczeni po uszy zdychają z głodu. Takie mamy ogólnopolskie, znormalizowane, jednolite, państwowo-uświęcone PRAWO PRACY zdobycz związków zawodowych, lewicowych partii i socjalizmu.
*****************************************************************************
Niech drżą Ci, co dostają dziś więcej, niż to wynika z zasad rynku, niezależnie czy są pracodawcami, czy pracownikami.
Tylko z ich powodu istnieją politycy!!!
===========================