Sommer: Czy na Euro 2012 można było zarobić?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta: oczywiście tak. Dowiodły tego Austria i Szwajcaria, które organizując Euro 2008, na imprezie zarobiły. Władze tych krajów przyjęły jednak zupełnie inne reguły niż rządząca w Polsce Platforma Obywatelska.

Najważniejsza z nich – jak zdradził mi wtedy śp. Jörg Haider, przywódca austriackich wolnościowców, a także gubernator Karyntii, austriackiego kraju związkowego, w którym grała polska reprezentacja (rozmawiałem z nim wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu – kilka miesięcy po Euro 2008 zginął w niewyjaśnionym do dziś wypadku samochodowym) – brzmiała: Euro to interes jak każdy inny i nie wolno do niego dołożyć ani grosza z kieszeni podatnika. W rezultacie największym wydatkiem poprzednich Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej była modernizacja stadionu w Wiedniu – która zresztą i tak była planowana od lat, więc w zasadzie nie powinno się jej wpisywać w ogólny bilans imprezy. Efekt takiego podejścia był łatwy do przewidzenia: impreza zakończyła się nad kreską, choć UEFA narzekała podobno, że była skromna i niezbyt spektakularna.

Niestety polsko-ukraińskie Euro 2012 z góry skazane jest na gigantyczny deficyt. I to wcale nie dlatego, że nie można było na nim zarobić, tylko dlatego, że z góry założono, iż wydatki rozbucha się do nieprawdopodobnego poziomu, by z niego odpowiednie sumy urwać tu i tam. I plan ten został zrealizowany w stu procentach. W efekcie deficyt będzie zupełnie wstrząsający – z prognozy Instytutu Globalizacji, którą prezentowaliśmy kilka tygodni temu, wynika, że za imprezę zapłacimy sto razy więcej, niż z niej wyciągniemy – ale to na razie szacunki i zapewne dopiero na jesieni będzie można przedstawić ostateczny bilans zysków i strat. Co jednak najbardziej szokujące, to fakt, że nikt oprócz „NCz!” z tej zdumiewającej sytuacji nie robi problemu – tak jakby powszechna była zgoda na to, że Euro 2012 trzeba przeprowadzić, choćby ludzie mieli umrzeć z głodu!

Tak źle oczywiście nie będzie, choć trzeba mieć świadomość, że z ponad 300-miliardowego długu, który zapewnił nam Donald Tusk, wydatki na Euro 2012 to prawie jedna czwarta.

Do imprezy tak czy inaczej więc dopłacimy. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że nasi piłkarze staną na wysokości zadania i przynajmniej wyjdą z grupy. Jeśli bowiem i oni dadzą ciała, to Euro 2012 będzie klapą nie tylko finansową, ale także nastrojową. Chociaż z drugiej strony może ludzie wyjdą wtedy wreszcie z zaoferowanego im przez władze „piątego stadionu” i przegonią je w końcu na cztery wiatry.

wesprzyj_wolne_media_artykul

Comments are closed.