Michalkiewicz: „Dialog otwarty” czy może zamknięty?

Fundacja Otwarty Dialog według wszelkiego prawdopodobieństwa zasilana jest również pieniędzmi starego żydowskiego finansowego grandziarza, co to dla większej wygody kupił sobie udziały w spółce „Agora” wydającej „Gazetę Wyborczą”, w której na polecenie redakcyjnego Judenratu swoje pensa odrabia pani red. Dominika Wielowieyska, ze świętej rodziny Wielowieyskich, która – podobnie jak inne święte rodziny w Polsce – jeszcze za komuny futrowana była przez Niemcy rozmaitymi „nagrodami” i „stypendiami”. Na pieniądzach nie było napisane, z jakiej konkretnie instytucji pochodzą – i to by, przynajmniej częściowo, wyjaśniało przyczynę, dla której pan Andrzej Wielowieyski znalazł się w Radzie Fundacji założonej przez płatnego mordercę, który wyręczał w załatwianiu formalności madame Kozlovską, co to „nie znała języka”. Na początku był tam również pan Marek Chmaj, którego telefonicznie zapytałem, w jaki sposób, to znaczy na czyje zaproszenie tam się znalazł. Odpowiedział, że nie pamięta, kto go tam zaprosił, ale że po roku się stamtąd wycofał na skutek różnych wątpliwości.

Ano, nie da się ukryć, że wątpliwości są – i to niemałe. Choćby taka: po co właściwie fundacji krzewiącej praworządność i demokrację potrzebna była koncesja na handel bronią, którą dostała od MSW za kadencji pani minister Teresy Piotrowskiej, co to następnego dnia po nominacji „zrzekła się” nadzoru nad tajnymi służbami, chociaż ustawa o ministrze spraw wewnętrznych się nie zmieniła. Koncesję tę pozytywnie zaopiniował generał Piotr Pytel, obecnie pod śledztwem w sprawie współpracy z FSB, a wtedy – szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Warto może dodać, że w tym okresie w Fundacji był również pan mecenas Jacek Świeca, prawdziwy człowiek renesansu, między innymi działający w Klubie Iluzjonistów. Ciekawe, czy to on roztoczył przed panią Piotrowską jakieś iluzje, czy też pan generał, który wtedy był jeszcze prostym pułkownikiem? Ale mniejsza z tym, bo w tej sytuacji lepiej rozumiemy przyczyny, dla których już co najmniej od roku idzie z Ukrainy do Polski duży przemyt broni.

Nietrudno się domyślić, że jej odbiorcą może być zadaniowana wywiadowczo i dywersyjnie przez niemiecką BND część półtoramilionowej ukraińskiej imigracji w Polsce, ideologicznie zdominowanej przez banderowców, podobnie zresztą jak i Związek Ukraińców. Dwie Ukrainki zatrzymane wiosną w Dorohusku przy próbie przemycenia 30-milimetrowego działka wyrzucającego 4 tys. pocisków na minutę są prawdziwą wisienką na tym torcie. Komu to wiozły, ile takich przesyłek zostało doręczonych, a przede wszystkim komu potrzebna jest w Polsce taka broń i do czego – bo przecież nie do napadów na banki?

Najciekawsze, że do tej pory Fundacja Otwarty Dialog dokazywała sobie na cały regulator pod nosem ABW i pana ministra Waszczykowskiego, który obudził się z letargu dopiero, jak prezes Kaczyński ofuknął prezydenta Poroszenkę za „chamską niewdzięczność”. Ale zawsze uważałem, że ta cała ABW to kupa gówna, z której Polska nie ma żadnego pożytku, tylko same zgryzoty, podobnie zresztą jak i z wielu innych państwowych agend i dygnitarzy. Ciekawe, co teraz zrobi niezależna prokuratura – czy podłączy madame Kozlovską i małżonka do prądu, żeby wyśpiewali, kto i w jakim celu ich tu wynajął, czy też nie odważy się na takie zuchwalstwo nie tylko wobec Naszej Złotej Pani, ale przede wszystkim wobec starszych i mądrzejszych, którym ostatnio próbował podlizywać się sam Pan Prezes?