Portoryko. Raj na krawędzi

Portoryko jest bankrutem. To kolejna tonąca wyspa. Co będzie dalej z „rajem socjalnym” w karaibskim stylu, finansowanym w dużej mierze przez amerykańskiego podatnika?

Dla odwiedzających turystów Portoryko może sprawiać wrażenie namiastki raju. Dotyczy to zapewne w pierwszej kolejności tych, którzy przybywają tam na krótko na rejsowych statkach wycieczkowych. Zachwyceni turystycznymi atrakcjami prawdopodobnie zostaną bardziej odizolowani od portorykańskiej rzeczywistości. Ci, którzy wylądują na miejscowym lotnisku, bez problemu zauważą pewien chaos. Teoretycznie to USA, czyli Ameryka, ale w istocie ta Łacińska. Choć bardziej precyzyjnie: jesteśmy na Karaibach.

Litry i galony, mile i kilometry

Ze sposobu funkcjonowania lotniska widać, że Portoryko nie jest miejscem, w którym panuje ład. Częściowo wynika to z mieszanki 400-letniej historycznej zależności od Hiszpanii oraz zwierzchnictwa USA. Po wojnie amerykańsko-hiszpańskiej z 1898 roku wyspa przeszła w ręce Amerykanów. I dziś mamy na niej pomieszany system miar. Portorykańczycy kupują paliwo w litrach, a mleko w galonach. Odległości miejscowości podawane są na drogach w kilometrach, a ograniczenia prędkości w milach. Temperatura za to mierzona jest w stopniach Fahrenheita. Jakoś nie widać, żeby mieszkańcom to specjalnie przeszkadzało. Na wyluzowanie mają przecież dobrą kawę, cygara, rum i egzotyczne owoce, z których przyrządzają smaczne alkoholowe drinki. Z tych najbardziej sławnych trzeba wymienić ananasowo-kokosowo-rumową piña colada, które tutaj właśnie powstała, czy rumowo-miętowe mojito, którymi zapijał się Hemingway. Dla rozrywki mogą też grać w szachy, baseball albo oglądać walki kogutów. Jakoś trzeba się relaksować w miejscu zagrożonym klęskami naturalnymi.

W pierwszą noc w San Juan obudziło mnie zresztą silne trzęsienie ziemi o sile 6,5 w skali Richtera z zagrożeniem tsunami. Po latach mieszkania w zagrożonej tornadami Minnesocie człowiek zaczyna się jednak przyzwyczajać do tego typu manifestacji sił natury. I rozumieć, że nawet najpiękniejsze miejsca na Ziemi wiążą się z pewnymi zagrożeniami.

Bez prawa głosu

Podobnie jest w przypadku Portoryko i jego przynależnością do Stanów Zjednoczonych, która niesie ze sobą pewne korzyści i niekorzyści. Portorykańczycy nie mają swojej reprezentacji w Kongresie USA, ale z tego powodu nie muszą płacić podatku federalnego od dochodów. W Kongresie mają tylko komisarza-rezydenta, który ma prawo głosu w komisjach. Nie mogą jednak głosować ani w wyborach do Kongresu, ani na prezydenta, chyba że mieszkają w Stanach Zjednoczonych. Mogą za to wybierać na cztery lata własnego gubernatora (wcześniej mianował go prezydent USA) Dla zwykłych ludzi nie jest to duża niekorzyść. Brak podatku federalnego, przy objęciu amerykańską opieką społeczną, jak również systemem emerytalnym i zdrowotnym, jest przez Portorykańczyków postrzegany jako rzecz pozytywna. Mogą oni podróżować na amerykańskich paszportach. Dlatego niektórzy z nich, podobnie jak mój rozmówca Raúl, nie chcą wcale zmieniać obecnego status quo. Nie chcą stać się kolejnym stanem USA ani być niezależnym państwem. Z drugiej strony zależy im na utrzymaniu tożsamości narodowej. Takich ludzi jest na wyspie sporo.

Miss Universe

„Mamy swoją reprezentację sportową i pięć Miss Universe” – tłumaczy biznesmen Raúl, organizator prywatnych wycieczek. Twierdzi, że gdyby Portoryko zostało całkowicie wchłonięte przez USA, straciłoby własną tożsamość. Wyjaśnia, że został zmuszony założyć firmę turystyczną w 2008 roku, kiedy jako menadżer restauracji doświadczył kryzysu w swojej branży. Tłumaczy, że największym pracodawcą na wyspie jest rząd (25 proc. ludzi pracuje w sektorze publicznym), na drugim miejscu znajduje się sektor farmaceutyczny, a na trzecim turystyczny. Wspomina również, że w latach dziewięćdziesiątych firmy farmaceutyczne trafiły na wyspę skuszone preferencjami podatkowymi. Powoli się z niej wycofują, co oczywiście będzie miało wpływ na stan bezrobocia. Raúl po nich płakać nie będzie. Zastanawia się za to, co dzieje się z bioodpadami powstałymi w produkcji farmaceutyków.

Raúl na własną sytuację obecnie się nie skarży. Wyjaśnia, że w odróżnieniu od USA, w Portoryko nie ma podatku od nieruchomości za dom, w którym się mieszka. Jego dzieci uczą się w prywatnych szkołach. Opowiada o istnieniu dużej szarej strefy gospodarczej i problemie z handlem narkotykami (przemyt z Kolumbii). Nie podoba mu się również rozbudowany system socjalny. Wylicza, że osoby kwalifikujące się pod ubogie otrzymują darmowe zakwaterowanie, żywność, opiekę zdrowotną, a także dotacje na zużycie energii i wodę. Według niego, każdy bezrobotny, który korzysta z zasiłku, powinien go odpracować. „Bezrobotni powinni sprzątać plaże, malować płoty, robić cokolwiek” – proponuje. Podkreśla, że pracy przecież nigdzie nie brakuje.

Baza wojskowa

Dumnemu Raulowi nie podoba się również, że Amerykanie mogą wykorzystywać wyspę jako bazę wojskową bez żadnych opłat. Wspomina, że w latach siedemdziesiątych na terenie lasu równikowego El Yunque testowany był toksyczny środek pomarańczowy (agent orange), używany potem w Wietnamie. Podkreśla, że doprowadziło to do praktycznego wyginięcia papug – symbolu Portoryko. Tłumaczy również, że na portorykańskiej wyspie Vieques testowano bomby, które do dziś znajdowane są na plażach. Złości się, że władza ich nie usuwa, tylko odgradza plaże. Według niego, doprowadziło to do zatrucia środowiska. Mówi, że przez to ludzie dużo częściej chorują tam na raka.

Testowanie antykoncepcji

Skoro Raúl mówi o różnych testach wojskowych, pytam go, czy wie coś o testowaniu w latach pięćdziesiątych XX wieku pierwszej pigułki antykoncepcyjnej na ubogich Portorykankach bez ich wiedzy i zgody. Nie, nic o tym nie słyszał. Tłumaczy za to, że za wydatne kształty bioder odpowiedzialne są estrogeny dodawane do kurczaków. Ponawiam pytanie, czy może wie coś o masowych, przymusowych sterylizacjach Portorykanek, które rozpoczęły się w 1937 roku i objęły aż 34 proc. kobiet. Nie, nic o tym nie wie. Pewnie o tym w szkołach nie mówią.

Błoga nieświadomość

System szkół jest zresztą fatalny. Jak wyczytałam w lewicowej gazecie „The San Juan Star”, jego krytycy przyznają, że dzieci nie mogą nauczyć się w nich poprawnego hiszpańskiego, nie mówiąc już o angielskim czy innych przedmiotach. Co ciekawe, podczas mojego pobytu w Portoryko nauczycielom udało się sparaliżować system szkolnictwa generalnym, dwudniowym strajkiem. Gazeta podała, że za te dni nauczyciele nie otrzymają wynagrodzenia. Strajk przygotowali oni z powodu reformy emerytalnej, a konkretnie dlatego, że władza majstrowała w ich systemie emerytalnym, próbując gdzieś zaoszczędzić pieniądze. Relacjonująca to wydarzenie „The San Juan Star” zacytowała wspierającego ich arcybiskupa i podała, że podczas strajku na terenie niektórych szkół nauczyciele po prostu się modlili. W gazecie nie było ani jednego artykułu o ekscesach antyklerykalnej swołoczy. Mam nadzieję, że jej w Portoryko nie ma.

A jak jesteśmy już przy systemie kształcenia, warto chyba dodać, że w stolicy trudno znaleźć jakikolwiek sklep z książkami. Amerykańska gazeta (np. „Wall Street Journal” czy „USA Today”) kosztuje na wyspie dwa razy tyle co w USA (ponad 4 dolary) i trzeba się naprawdę postarać, żeby gdzieś na nią trafić. Jeden z moich rozmówców, młody mężczyzna, który przyjechał do Portoryko z Argentyny, aby studiować i pracować, chyba dość trafnie opisał stan umysłów swoich rówieśników: „Są ślepi”. Tylko czy za tę „ślepotę” nie odpowiadają również lokalni urzędnicy?

Portorykańscy nacjonaliści

Obecnie Portoryko ma pewien zakres autonomii i rządzi swoimi szkołami, policją i sądami. Federalny rząd USA kontroluje handel, politykę cłową, pocztę, wybrzeże, wojsko i – co ważne – przyznawanie licencji na telewizję i radio. Taki podział władzy gwarantuje Stanom Zjednoczonym pewną kontrolę nad kieszeniami i umysłami Portorykańczyków. Choć wśród liczącej 3,7 miliona ludności zwolenników pełnej niepodległości nie ma zbyt wielu, przypadkowo udało mi się jednego z nich spotkać. Carlos, sprzedawca gazet i używanych książek, opowiada, że ukończył prawo, ale od lat jest dyskryminowany z powodu swoich przekonań politycznych i nie może znaleźć pracy. Na swoim straganie przywiesił plakacik ze zdjęciem Oscara Collazo Lopeza, zapraszający na obchody dwudziestej rocznicy jego śmierci. Pytam więc, kto to taki. Bez żadnego zażenowania i negatywnej oceny tłumaczy mojemu amerykańskiemu mężowi, że w 1950 roku López próbował zabić prezydenta Trumana.

I rzeczywiście. To prawda. Podczas ataku, którego López dokonał wraz ze wspólnikiem, został zabity policjant, a kilku innych ludzi zostało rannych. Za próbę zabicia prezydenta terrorysta został skazany na karę śmierci, zamienioną przez Trumana, człowieka przychylnego samodecydowaniu Portorykańczyków, na karę dożywotniego więzienia.

Cóż, delikatnie mówiąc, wygląda na to, że terroryści chyba nie do końca sprawę przemyśleli. Ostatecznie Oscar Collazo López wyszedł z więzienia po 29 latach odbywania kary dzięki prezydentowi Carterowi.

Portorykańscy terroryści

Nawet dziś trudno mieć sympatię do portorykańskich nacjonalistów. Rzucenie okiem na ich gazetę „Claridad” zupełnie nie napawa optymizmem. W jednym z numerów znajduje się wywiad z Fidelem Castro, artykuł o Lopezie i Hugo Chavezie. I wychodzi na to, że López to nie jedyny portorykański terrorysta o imieniu Oscar. O istnieniu jeszcze innego dowiedziałam się, przechadzając się po głównym placu w San Juan, z pomnikiem Kolumba. Wystawiono na nim duże figury Trzech Króli, z których jeden trzymał klucz z imieniem Oscar. Pytam o ten klucz stojącego obok policjanta. Nic o nim nie wie, ale dzwoni do centrali i tłumaczy, że to symboliczny klucz do celi Oscara skazanego za terroryzm. Okazało się więc, że to taka forma połączenia religii z polityką, a raczej petycji do prezydenta Obamy o uwolnienie portorykańskiego więźnia. Co więcej, wyszło na to, że w pewnym sensie ochraniana przez policję (policja stoi na Starym Mieście praktycznie na każdym rogu ulicy).

Więźniem tym jest Oscar López Rivera, oskarżony o próbę obalenia władzy Stanów Zjednoczonych w Portoryko na podstawie związków z organizacją Fuerzas Armadas de Liberación Nacional (FALN – Siły Zbrojne Wyzwolenia Narodowego), odpowiedzialną za ponad sto zamachów bombowych przeprowadzonych w USA w latach siedemdziesiątych. Ponieważ w jego mieszkaniu policja znalazła materiały wybuchowe, w 1981 roku został on skazany na 70 lat więzienia. Nigdy nie potwierdził ani nie zaprzeczył przynależności do FALN, uważając się za bojownika w wojnie antykolonialnej. Za próbę ucieczki z więzienia dodano mu 15 lat kary. Choć odrzucił propozycję ułaskawienia od Clintona, teraz próbuje ją uzyskać od Obamy. Do dziś pozostaje jednym z najdłużej przetrzymywanych więźniów politycznych.

Za kratami przesiedział ponad 30 lat, przy czym ponad 20 w odosobnieniu. Cóż, trudno do końca zgodzić się, że nacjonaliści są w Portoryko aż tak bardzo dyskryminowani, skoro mogą oficjalnie wspierać pamięć o terrorystach. Ale może władza ma bardziej palące problemy na głowie?

40 procent pracuje

Jak napisał „Forbes” w grudniu 2013 roku, Portoryko jest w ósmym roku recesji, z 15-procentowym bezrobociem i zadłużeniem wynoszącym 19 tys. dolarów na głowę, czyli prawie czterokrotnie większym niż w Massachusetts, będącym wśród amerykańskich stanów liderem w tej niechlubnej kategorii. W 2013 roku wyspa miała deficyt budżetowy na poziomie 2,2 mld dolarów. Niestety portorykańskie pomysły na deficyt nie stymulują gospodarki (patrz: obcinanie emerytur) albo są dla niej zabójcze, czyli łączą się z podwyższaniem podatków.

W 2006 roku wprowadzono na wyspie po raz pierwszy podatek od sprzedaży, a później dodatkowo 4-procentowy podatek dla firm zagranicznych (zniesiono też zwolnienie z płacenia podatku dochodowego dla firm farmaceutycznych). Sytuacja gospodarcza nie ulegnie zmianie, jeśli nadal jedna trzecia wyspy będzie otrzymywać pomoc żywieniową i inne świadczenia socjalne. Bo bezpośrednią konsekwencją tej pomocy może być fakt, że tylko 40 proc. zdolnych do pracy ludzi pracuje. Nie pomoże również pomysł z eksportem legwanów, które z powodu braku naturalnych wrogów są prawdziwą plagą wyspy. Portoryko wystąpiło niedawno do amerykańskiej agencji żywnościowej o zgodę na ich eksport w celach konsumpcyjnych do USA. Podobno smakują jak kurczaki.

Na trapionej kłopotami ekonomicznymi wyspie władza co kilka lat organizuje ludności referenda dotyczące statusu wyspy, dając do wyboru różne warianty, zapewne niezrozumiałe dla zwykłego człowieka – pytając, czy jesteś za: autonomią, niezależnością, stanem, wspólnotą (commonwealth), żadnym z powyższych. Można zrozumieć, dlaczego w ostatnim plebiscycie najwięcej ludzi zagłosowało za przystąpieniem do USA na prawach stanu.

Tylko czemu właściwie miałoby ono służyć, jeśli nie pewnej rozrywce? Trudno sobie wyobrazić, że Kongres USA zagłosuje za przyłączeniem tak zadłużonej wyspy i uczyni Portoryko 51. stanem. Na razie ani zwolennicy tego rozwiązania, ani nacjonaliści nie dostaną więc tego, czego by chcieli.

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • Sergiusz Bulikowski

    Co za czasy – nawet raj na ziemi , Portoryko bankrutuje. A wydawałoby się ,że jest samowystarczalne.