Kością niezgody między PO a pozostałymi partiami staje się znowu system podatkowy PIT. Rządząca PO jest za podatkiem liniowym, opozycja, a najsilniej PiS i LiD, za progresywnym. Problem w tym, że jeśli politykom naprawdę zależy na dobrobycie Polaków, podatek liniowy służy temu celowi znacznie lepiej niż podatek progresywny.
Od podatku pieniędzy w państwie nie przybywa, a ściślej, ubywa. Amerykański ekonomista i politolog, Frank Chodorov twierdzi, że „pieniądz w kieszeni podatnika ma dwukrotnie wyższą wartość, niż w kasie fiskusa”. I chociaż wartość całkowitego zasobów Polaków, to co sami posiadają plus to, co im zabierze państwo (podatki) jest stała bez względu na formę opodatkowania, to uszczuplając portfele obywateli, politycy obniżają potencjał gospodarczy narodu. Problem w tym, że pewne stawki i formy opodatkowania przyczyniają się do tego, że majątek narodowy rośnie, a inne, że maleje. Im podatek mniejszy, tym wzrost gospodarczy szybszy. I to niezależnie od programu politycznego. Dlaczego więc politycy nie godzą się na obniżkę podatku?
Oficjalnie dlatego, że ich zdaniem obywatele nie potrafią sami sobą rozporządzać i trzeba rządu, który się nimi zajmie. Wysuwają też argument o sprawiedliwości, a raczej niesprawiedliwości podatku. (Tak jakby życie było sprawiedliwe, albo nawet mogło sprawiedliwym być.) Argument ten podnoszony jest szczególnie głośno w stosunku do podatku liniowego. Zastanówmy się zatem, czy politycy sprzeciwiający się temu podatkowi mają rację.
Czym jest podatek liniowy? To w przeciwieństwie do podatku progresywnego (PIT), który obowiązuje Polsce podatek, który bez względu na wysokość dochodów ma stałą stopę. Jeśli jest to 13 proc., jak w Rosji, osobnik zarabiający 100 tys. rubli rocznie zapłaci w postaci podatku 13,000 rubli, a osobnik zarabiający 1 mln rubli odda fiskusowi 130 tys. rubli. Koncepcja podatku liniowego charakteryzuje się tym, że nie uwzględnia żadnych (lub prawie żadnych) odpisów i ulg podatkowych. Zaletą takiego podatku jest więc jego prostota, wyliczenie nie budzi wątpliwości, może go dokonać nawet półanalfabeta. Stąd najsilniejsze lobby przeciwko podatkowi liniowemu istnieje w środowisku księgowych, doradców podatkowych i personelu urzędów skarbowych; część z tych ludzi, po wprowadzeniu go pójdzie na bruk. Nie mówi się tego otwarcie, do tego służy argument o sprawiedliwości społecznej.
Jest to argument wielce ryzykowny, naciągany, a ponadto fałszywy. Pomijam fakt, że w życiu sprawiedliwości nie ma i być nie może. Nie wiadomo nawet, co by tą sprawiedliwością miało być. Załóżmy jednak, że niesprawiedliwym byłby podatek wyższy dla biednych, a niższy dla bogatych, albo jednakowy dla wszystkich. Jeśli tak, to podatek liniowy niesprawiedliwy nie jest. Jeśli nawet „biedny” i „bogaty” płacą jednakową stopę podatkową np. 18 proc., to przecież nie płacą tyle samo. „Milioner” płaci 20 razy więcej podatku, niż ktoś, kto zarabia rocznie 50 tys. zł. Co więcej, w przypadku podatku progresywnego, przy stopie podatkowej 36 proc. ten sam milioner nie zapłaci wcale dwa razy tylko, ile zapłaciłby przy podatku liniowym w wysokości 18 proc. Chińskie przysłowie mówi: „Prawo podatkowe piszą ludzie bogaci”. I to jest prawdą także u nas. W odpowiedzi na wyższą stopę podatkową, ludzie bogaci posługują się lukami podatkowym i innymi legalnymi formami zmniejszania dochodu do opodatkowania. Spośród bogatych rekrutują się biznesmeni i właściciele firm, którzy część swoich wydatków osobistych są w stanie, jak to się potocznie mówi; wpuścić w koszty. Te koszty pokryje biedny podatnik.
W roku 1960 przy podatku progresywnym na maksymalnym poziomie 90 proc. realna stopa podatkowa ludzi zamożnych wynosiła w USA niewiele ponad 23 proc., tylko o dwa proc. mniej, niż dwadzieścia pięć lat później, gdy ją Ronald Reagan obniżył do 35 proc. Nie trzeba być statystykiem i rozumieć równanie Leffera, by wiedzieć, że wyższa stopa podatkowa nie przekłada się wcale na wyższe wpływy z podatków. Co więcej, znane dotąd przykłady: reaganowskiej reformy podatkowej z 1986 roku, podobnej reformy z 1983 roku z Chile, a ostatnio także z Rosji dowodzą, że jest odwrotnie. Obniżka stóp procentowych w USA niemalże wpływy podatkowe podwoiła, w Chile wolumen wpływów podatkowych wzrósł o połowę, nieco mniej, ale też dużo, wzrosły wpływy fiskusa w Rosji.
Swoją drogą, poza mściwością i głupotą, trudno znaleźć jakiś rozsądny argument za tym, żeby ludzie bogaci mieli płacić kilka czy kilkanaście razy więcej za wojsko, drogi czy sanatoria. Stopień wykorzystania przez nich instytucji państwowych (utrzymywanych z podatków) nie jest większy niż w przypadku ludzi płacących znacznie niższy podatek. Czyżby więc opozycja wobec podatku liniowego nie odróżniała prawdy od fałszu? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że pomimo ewidentnej fałszywości, teza o niesprawiedliwości podatku liniowego jest bardzo nośna politycznie. Biedny, który podatku nie płaci (a właściwie myśli, że nie płaci) chętniej głosuje na tych, którzy mu obiecują „złote góry”. Gdyby mu przyszło za te góry zapłacić, może by się zreflektował, że są jednak tańsze sposoby na życie niż korzystanie z utrzymania państwa, co też jest złudzeniem, gdyż relatywnie biedni płacą znacznie więcej podatku niż ludzie lepiej zarabiający.
Innym, często powtarzanym argumentem przeciwko podatkowi liniowemu jest tzw. interes społeczny. Nikt tego interesu rzecz jasna nie definiuje, bo wtedy by się okazało, że największym wrogiem interesu społecznego są podatki, chętnie jednak jest on publicznie podnoszony. I tak, Janusz Piechociński, zatroskany poseł PSL, absolwent SGH, jak sam podkreśla, martwi się, że przy podatku liniowym zabraknie pieniędzy w budżecie. Ciekawe, że nie troszczy się o budżet podatnika, któremu z powodu podatku też może zabraknąć pieniędzy w domowym budżecie. Załóżmy jednak, że to jest zbyt drobna sprawa jak na polityka. Problem, w tym, że niższa stopa podatkowa, to więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, a obywatel żyjący w dostatku nie wymaga już tak intensywnej pomocy państwa. Jeśli nawet spadną dochody państwa, jeszcze szybciej spadną potrzeby obywateli. Wszak obniżka podatku polega właśnie na tym, że zamiast w kasie państwa, pieniądze pozostają do dyspozycji obywatela. To nie wszystko. Niższy podatek przekłada się na lepszą ściągalność. W Rosji zejście z przedziału 30 proc. (przy podatku progresywnym) do podatku liniowego 13 proc. spowodowało wzrost wpływów państwa ok. 25 proc. Oszukiwanie fiskusa przestało się opłacać. Po trzecie, obywatel mając do dyspozycji więcej pieniędzy, chętniej inwestuje, bo ma z czego. Nowe inwestycje tworzą nowe miejsca pracy i nowe podatki. Zależność tę zaobserwowano wyjątkowo wyraźnie po tym, jak Ronald Reagan obniżył w 1982 roku marginalną (maksymalną) stopę podatkową z 80 proc. do 35. Mimo tak gwałtownego spadku, wolumen wpływów podatkowych wzrósł z 500 mld dol. do ok. 900 mld dol.!
Podatek liniowy doprowadzi nie tylko do spadku potrzeb budżetu i wzrostu zamożności obywateli, ale także do zwiększenia wolumenu wpływów podatkowych w ogóle. Potwierdzają to m.in. doświadczenia: Rosji, Chile, Słowacji. Zresztą po co daleko szukać, potwierdza to liniowy CIT, wprowadzony 4 lata temu przez Leszka Millera.
Dlaczego pomimo samych zalet, podatek liniowy jest wprowadzany z takimi oporami? Powody są dwa. Primo, to ignorancja. Już o tym mówiliśmy. Polityk, dziennikarz, działacz nie wie, boi się spytać, więc na wszelki wypadek woli się sprzeciwić, dorabiając do swej odmowy fałszywy argument o niesprawiedliwości lub zagrożeniu interesu społecznego. Gdyby politykom chodziło wyłącznie o sprawiedliwość i dobro społeczne, wprowadziliby podatek liniowy nawet ryzykując utratę stanowiska. Taki podatek jest dla kraju i ludzi znacznie bardziej korzystny, niż podatek progresywny. Co więcej, jest też znacznie korzystniejszy dla samego polityka. Nie dość, że obywatele z własnej kieszeni wyciągają mniej, to w kasie państwa pieniędzy jest więcej. Sytuacja wydawałoby się wymarzona. Z jednym wyjątkiem. I tu dochodzimy do argumentu decydującego, do żądzy władzy. Polityk uświadamia sobie, że więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, to więcej wolności dla obywatela. Człowiek wolny zastanawia się czy ten poseł, senator czy prezes jest mu naprawdę do czegoś potrzebny. A nuż dojdzie do wniosku, że należałoby go jednak zwolnić? I tego widma zbędności boją się politycy najbardziej, stąd stwarzają nam nieustanne zagrożenia, abyśmy przypadkiem nie odkryli, że tak naprawdę możemy się bez wielu z nich obyć.
N. Sarkozy został sfotografowany z “Kapitałem”. Niemiecki minister finansów P. Steinbrück stwierdził, że “niektóre poglądy myśliciela nie są nawet takie złe”. 2 komentarzy
Chcą wystawiać w szkołach spektakl o królewiczu, który zamiast wybranki znalazł wybranka 2 komentarzy
Kryzys finansowy i ekologiczny jako główne tematy obrad Rady ds. Społecznych Episkopatu Polski. 1 komentarz
Zabrali ojca do aresztu pod zarzutem “fizycznego znęcania się nad dzieckiem” 9 komentarzy
Pakiet działań “wspierających koniunkturę gospodarczą” za 130 mld. 5 komentarzy
“Demokracja” aż do skutku: wiosną 2009 Irlandczycy zagłosują ponownie!? 26 komentarzy
25 Lutego 2008 o 11:24
W Polsce w ogóle są za duże podatki, dlatego trzeba podatek dochodowy w ogóle zlikwidować a VAT, ponieważ jest wymagany przez UE, trzeba obniżyć do minimum określonego przez UE - czyli do 15%. Oczywiście w dalszej kolejności trzeba wymówić traktaty z UE i zlikwidować VAT a na jego miejsce wprowadzić podatek pogłówny.
25 Lutego 2008 o 11:27
13% opodatkowanie obywateli w Rosji i aż 19% w Polsce - aż kórw***y można za sprawą takich zestawień porównawczych dostać :(
25 Lutego 2008 o 12:39
a autor to podał w końcu IPN do sądu?
..no bo w NCZasie CISZA PANUJE o rewelacjach IPNu na temat współpracy Fijora z SB
a co do podatków to akurat w progresja nie jest aż tak niesprawiedliwa…”kapitalista” buduje swój majątek m.in. poprzez wykształcone grupy społeczne…stąd też pomimo wysokich podatków w szwecji “kapitalista’ zarobi wiecej niż w Somalii
25 Lutego 2008 o 13:13
Niestety autor trochę omija sedno tematu. Jak już często na tym forum i w publikacjach Najwyższego Czasu! było wskazywane, podatek liniowy to nie wszystko. Może byc nawet gorszy od progresywnego. Wszystko zależy do wysokości progów. Może przecież byc podatek b. progresywny 1% 3% 6% a z drugiej strony chwalony przez Autora dobry liniowy 45%. Który system jest lepszy?
My, tzn. UPR postulujemy przede wszystkim podatki niskie (bardzo niskie), najlepiej stały (pogłówny). Rozwodzenie się nad tym jak to dobrze, że PO chce wprowadzic liniowy (bez deklracaji, że będzie to na pozimie 10%) jest mydleniem oczu.
25 Lutego 2008 o 13:18
“Amerykańscy naukowcy dowiedli, że od podatku pieniędzy nie przybywa, a ubywa”… muahaha, zęby wyleczone? :)
25 Lutego 2008 o 13:21
Zgadzam się ~Krzyśkiem. Oczywiscie liniowy upraszcza trochę system i jest sprawiedliwszy od progresji, ale tak naprawdę ważniejsze są wielkości progów. Propozycja PO, ze próg ma byc 19% jest smieszna i niczego zasadniczo w obciążeniach podatkowych nie zmienia. Gdyby proponowali, że będzie to np. 7%, to wtedy należy to poprzec. Przy tych 19% to dalej socjalizm.
25 Lutego 2008 o 14:07
wy tak serio z tym pogłównym?:)))
przecież to czysty idiotyzm…
25 Lutego 2008 o 14:08
ad ŚwiętaRacja: nie chodzi o budżet państwa a całość finansów państwa i obywateli. Czy wtedy to zdanie jest fałszywe?
25 Lutego 2008 o 14:10
czemu liniowy jest “sprawiedliwszy” od progresji?
czemu nie odwrócić toku rozumowania i nie uznać że “sprawiedliwe” jest iż ktoś “bardziej” korzystający z “infrastruktury państwa” np fabrykant płaci więcej niż ktoś kto nie korzysta z “infrastruktury”
25 Lutego 2008 o 14:46
> czemu nie odwrócić toku rozumowania i nie uznać że “sprawiedliwe” jest iż
> ktoś “bardziej” korzystający z “infrastruktury państwa” np fabrykant płaci więcej niż
> ktoś kto nie korzysta z “infrastruktury”
No i przy liniowym i progresywnym placi wiecej. Nie wiem skad te ciagle manipulacje, ze placi sie procentami. Waluta jest zlotowka i tylko przy podatku poglownym placiloby sie tyle samo (za czym zreszta jestem, ale i liniowy dobry).
A tak odnoszac sie do innych wypowiedzi, ze niby najwazniejsze sa niskie stawki. Niskie stawki stanowia mniejsze obciazenie, ale to nie oznacza, ze system staje sie prostszy, ze zmierza ku uczciwosci. Prawde mowiac wole placic wiecej ale w jasny sposob, kazdy placi X zl lub X %. Koniec. A jak bedzie system progresywny, z odliczeniami, ulgami, koncesjami, to bedzie to samo co teraz — zamiast pracowac, bardziej bedzie sie oplacalo kombinowac co i jak odliczyc, zeby podatek zminimalizowac.
25 Lutego 2008 o 15:16
podatek dochodowy dla przeciętnej polskiej rodziny został radykalnie zmniejszony w zeszłym roku po wprowadzeniu ulg na dzieci głosami PiS i PO…
25 Lutego 2008 o 16:10
Ulga ze względu na dzieci (coś koło 1145zeta) to weszła po pradzie pomimo sprzeciwu PiSu i PO, za sprawą prorodzinnej polityki LPRu i PR (a półTusk tylko dlatego ostatecznie poparł Giertycha i Jurka, co by Kaczystą zrobić na złość, choć teraz jednoznacznie dąrzy do tego, aby ją i tak tym absurdalnie wysokim 18% podatkiem liniowym w konsekwencji anulować), więc proszę trzymać się faktów, a nie propagandowych dezinformacji.
25 Lutego 2008 o 16:25
Autor ma rację.
Dyskutujemy o liniowym, bo padła taka propozycja. Pogłówny jest zupełnie nierealny z tymi politykami.
Problem z liniowym jest taki, że to co proponuje PO nie jest do końca liniowym, tylko takim co teraz, tylko z jedną stawką. Wbrew pozorom jest to różnica.
Gdyby to rzeczywiście miałby być liniowy (bez ulg, kwoty wolnej, etc) to wtedy można by było jednocześnie wprowadzić postulat CASmitha, które mówiło o zmianie PIT na podatek od płac.
Płaciłby wtedy pracodawca jedną stawkę od sumarycznych wydatków na płace. Ilość podatnikó zmniejszyłaby się radykalnie, a kontrola i koszty poboru byłyby znacznie tańsze.
Sęk w tym, że taki liniowy nie mógłby wynosić 19%, lecz MAKSYMALNIE 10%. Do tego jednak PO jest zbyt strachliwa i nie zaryzykuje konfliktu z “naturalnym koalicjantem”, który będzie bronił socjalizmu jak dopłat dla rolników.
25 Lutego 2008 o 17:07
To, że Jan TW “Bereta” Fijor za przykład daje Rosję, i gdy podaje “amerykańsjuego” ekonomistę, to ma on na nazwisko “Chodorov” - nie dziwota.
Wiadomo, komu służyli jego dawni (a może i nie dawni?) zleceniodawcy.
25 Lutego 2008 o 17:19
Najwazniejsza “wada” podatku liniowego jest to, ze nie pozwala on politykom rzucac ochlapow przed wyborami. Nikt nie dostanie glosow od producentow koni miesnych za ulgi podatkowe przyznane tymze producentom, nikt nie dostanie glosow od mieszkancow Pcimia Gornego za to, ze obieca sie im ulge w podatku za malowanie trawy na zielono
25 Lutego 2008 o 18:06
@Ruff: Nie chodzi o to ile pieniędzy państwo zabiera, ale na co je wydaje.
Wolałbym płacić 60% podatku i żyć w państwie, które ma arsenał atomowy, tysiące czołgów, profesjonalną i waleczną armię oraz prowadzi eksplorację kosmosu niż w w ledwo zipiącym państewku, które pobiera 5% podatku.
Powtarzam, nie ważne ile pieniędzy wydajesz, ważne co kupujesz.
25 Lutego 2008 o 19:08
Problemem nie jest to na co państwo wydaje pieniądze. Są 2 istotne elementy systemu podatkowego:
1. Państwo nie może mieć ZA DUŻO pieniędzy. (Jak ma za dużo natychmiast zaczyna je głupio rozrzucać)
2. Ściąganie podatków nie może być drogie i kosztować dodatkowych strat po stronie podatnika.
Obecny system podatkowy jest koszmarnie kosztowny i skłania ogromne tłumy ludzi do wykonywania pracy pozornie użytecznej - czyli do marnotrawstwa.
Te argumenty gruntownie przemawiają na rzecz podatku pogłównego jako najtańszego w egzekucji i nie prowokującego zachowań marnotrawnych. Pozwalają również co do złotówki zaplanować przychody i rozchody - a zatem osiągnąć zrównoważenie budżetu. A to czy kapitalista korzysta więcej czy mniej z infrastruktury państwa można wyrównać podatkami majątkowymi - które są rodzajem ubezpieczenia prawnego własności - oczywiście pod warunkiem że będą wystarczająco niskie by nie uruchomić mechanizmów ich unikania. Ponadto część “infrastruktury” należy sprywatyzować i uczynić komercyjnymi usługami płatnymi. Wtedy ile zjesz - za tyle zapłacisz.
Ale niestety:
1. istniejący system jest na rękę najbogatszym
2. mechanizmy korupcyjne skutecznie blokują jego zmianę
Więc nadziei na przywrócenie sensu w systemie fiskalnym za bardzo nie ma …
25 Lutego 2008 o 19:33
Przeciętny Kowalski masowo korzystał z ulg podatkowych gdy były remontówki i ulgi zdrowotne.Dzisiejsze ulgi są dla niektórych. Ulga prorodzinna powinna zostać jako jedyna , plus 10% podatek liniowy. Podadek pogłówny dla przeciętnego Kowalskiego byłby na dzisiaj podatkiem zbyt obciążającym kieszenie. Do tego jak obciążyć nim bezrobotnych i bezdomnych.(w liniowym zero dochodu zero podatku) przy pogłównym obowiązek jest. Ale może kiedyś…….
25 Lutego 2008 o 19:39
gdyby Fijor poczytał o CIT (19%) i ile przedsiębiorców płaci podatek dochodowy na ogólnych zasadach to by pisywał takich pierdół
progresja uderza WYŁĄCZNIE w kadrę zarządzającą a nie w inwestorów
25 Lutego 2008 o 19:40
@sandokan
Podobno państwo świadczy obywatelom niezbędne im usługi. Rachunek jest prosty. Nie masz opłaconego podatku - nie świadczymy ci usług. (A jeśli nie świadczymy ci usług - no to i nie płacisz ….). Ponadto da się policzyć tych ludzi i skorygować wyliczenie pogłównego. A propos - jaka to różnica jeśli płacimy łącznie kwotę X w podatku progresywnym czy innym. Kwota PITu w przeliczeniu na osobę dorosłą wynosiła w 2004 roku ok. 1000 zł rocznie. Jak się komuś chce sprawdzić nowsze dane - niech sprawdzi i tu poda. Naprawdę nie mówimy tu o żadnych dużych pieniądzach. Więc proszę nie rozdzierać szat nad tymi których nie stać.
To niech sie postarają żeby ich było stać.
Zaś oszczędności na aparacie skarbowym - przeogromne. A jeszcze większe na niezmarnowanym ludzkim czasie i bezproduktywnej pracy.
25 Lutego 2008 o 19:46
@r27
Podatek dochodowy uderza w nas wszystkich. Bo:
1. wymaga utrzymywania kosztownego i szkodliwego aparatu skarbowego.
2. wymaga kontrolowania dochodów obywateli przez państwo
3. wymaga ogromnej mitręgi biurokratycznej
4. tworzy powszechna kategorię przestępców - na każdego kij się znajdzie
5. jest korupcjogenny
6. tworzy sztuczne miejsca pracy w całym sektorze doradczym - które nie służa niczemu prócz korygowania szkodliwych skutków działania tego podatku.
W jednym zdaniu - to zbyt droga zabawka by nas bylo na nią stać.
Nie wspomniawszy już o absurdzie opodatkowania pracowników sektora publicznego oraz emerytów i rencistów
25 Lutego 2008 o 21:41
Autor nie zaznaczył istotnej sprawy, że stawka jest również ważna jak rodzaj podatku. To prawda, iż wysoki podatek liniowy jest niekorzystny od podatku niskiego progresywnego, gdyby jednak stawka były mnie wiecej podobne to znacznie bardziej opłaca się liniowy. Pan Swięta Racja chyba nie rozumie, że przez 60% podatek uniemożliwa sie szybki rozwój gospodarczy(trudno tu muwić o rozwoju), a podatek 5% umożliwił by znacząco szybszy zwrost, wzrosłaby ilość inwestycji etc., dzieki czemu wiecej pieniedzy otrzymałby budżet(wliczajac mniejsze koszty utrzymania systemu podatkowego i mniej oszustw). Pan ŻL prowadzi wojnę ideologiczną, uważając, że każdy człowiek za kapitalizmem był(bądź jest) komunistą, TW itp., co stanowi dziwny punkt widzenia(po co komunista miałby wygłaszać niezgodne z jego poglądami tezy, mogąc przypadkiem kogoś nawrócić na przeciwną dla niego droge) i dlaczego człowiekowi nie można wybaczyć(każdy może sie nawrócić), co mówi również p. Korwin.
25 Lutego 2008 o 22:49
25 Lutego 2008 o 23:06
Kiedyś uczyli nas że dziesięcina (10%) była haraczem. Dzisiaj rząd zabiera ok. 60% i uważa że to nie za wiele. Najgorsze, że każdy dochód jest opodatkowany WIELOKROTNIE (podatki bezpośrednie i pośrednie),i nikt tego nie zauważa.Jednocześnie panuje opinia że jeden dochód powinien być opodatkowany tylko raz!!! Opozycja mówi o potrzebach obywateli, a kiedy zdobędzie władzę myśli wyłącznie o budżecie.Jakakolwiek zmiana na lepsze możliwa jest wyłącznie przy aprobacie społeczeństwa. Politycy jednak zamiast wyjaśniać - mącą w głowach. Stąd zdezorientowanie ludzi i podobieństwo do stada baranów które utraciło przewodnika. Wypowiedzi na tym forum nie napawają optymizmem(nie mówię o bełkocie lewaków).Szczególnie martwią opinie typu:lepsze są podatki wyższe i prostsze. A nie łaska najniższe i najprostsze?
25 Lutego 2008 o 23:16
Podatek liniowy czy progresywny jest podatkiem dochodowy. Różni się tylko sposobem obliczania podatku, dlatego dyskusja czy lepszy jest podatek liniowy czy progresywny jest stratą czasu. Każdy podatek dochodowy jest zły, ponieważ :
1.Największym problemem w nim jest co jest dochodem (co można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu)
2.Kosztowny do sprawdzania
3.Musimy ujawniać jaki mamy dochód
Najlepszym podatkiem jest pogłówny , ponieważ każdy płaci tyle samo za usługi świadczone przez państwo ( cena chleba w sklepie nie zależy od dochodu klienta) osoby nie płacące pogłównego nie mają prawa głosu w wyborach, za wezwani np.straży pożarnej płacą koszty gaszenia pożaru z własnej kieszeni.
25 Lutego 2008 o 23:18
@RMK:
“Pan ŻL prowadzi wojnę ideologiczną, uważając, że każdy człowiek za kapitalizmem był(bądź jest) komunistą, TW itp”
Nie ja uznałem Jana TW “Bereta” Fijora za esbeckiego kapusia, lecz taką informację zaczerpnąłem z Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej.
25 Lutego 2008 o 23:34
Mikkoluby jak zwykle teoretyzują, a dokładniej pieprzą o Maryny wdziękach zapominając o prostej sprawie - Normalnego człowieka (np. Żyda) niewiele obchodzi, ile ma pobieranego podatku, jego interesuje, ile może sobie kupić za to, co ma w kieszeni.
Normalny woli zapłacić 90% podatku, jak mu zostanie po tym 1000 złotych w kieszeni, za które może sobie kupić 1000 pączków, niż płacić 10% podatku, gdy zostanie mu w kieszeni bilon, za który kupi sobie jednego pączka.
Jakoś tak się składa, że nie te państwa osiągnęły największy dobrobyt, gdzie podatki są krańcowo niskie, lecz te, gdzie podatki są odpowiednie do zapotrzebowania państwa - czyli średnie. Lecz sekta mikkolubów ma klapki na oczach i powtarza swoje durne firmułki nie widząc, że realne życie pokazało coś innego.
Mikkolubstwo przypomina komunistów - oni też snuję porypane wizje, mimo że ich wizji nie potwierdza realne zycie.
Ale jak mikkolubstwo ma nie przypominać komunistów, skoro UPR ma komunistyczne korzenie?
26 Lutego 2008 o 00:11
@Lewicki
Panie łaskawy, przestań pan sadzić już tę kometę o tych zamożnych państwach.
Kilka z nich zafundowało już sobie niezłe kryzysy przesadzając w pazerności i rozrzucaniu pieniędzy. I tylko dlatego że w momencie rozpoczęcia tej zabawy były już zamożne - nie poszły z torbami, ani nie zamieniły się w pana ulubioną Somalię.
Jak już operować takimi nieadekwatnymi przykładami masz pan inny sympatyczny afrykański kraik niegdyś zwany Rodezją a obecnie Zimbabwe. Rząd tamtejszy stosuje ulubione przez pana wysokie podatki jednocześnie kradnąc na potęgę. Z dwojga złego wolę już tę Somalię. Bo Zimbabwe - niegdys perła afryki jest obecnie całkowicie zrujnowane.
A w ogóle gdybyś pan zechciał przestać wyzywać wszystkich poza sprzymierzeńcami od głupków - to może nawet dałoby się z panem podyskutować. A tymczasem tylko żal człowieka, że w zapamiętałośći bzdury wypisuje i jeszcze z tego dumny ….
26 Lutego 2008 o 11:01
Taak,
Pan @Lewicki bardzo mi przypomina psa mego sąsiada, szczeka na wszysko i na wszystkich, z wyjątkiem “jamników” Bez urazy Towarzyszu Lewicki :)
26 Lutego 2008 o 14:29
CO ZA BEŁKOT!!! CO MNIE DO CHOLERY INTERESUJE UNTERES SPOŁECZNY…PODATEK MA BYĆ NISKI , RÓWNY I PROSTY; NIE WIDZĘ POWODU BY BOGACZ MUSIAŁ PŁACIĆ WIĘCEJ UTRZYMYWAĆ BIEDAKA, TYLKO DLATEGO ,ŻE JEST BOGATY A BIEDAK NIE PŁACIĆ LUB PŁACIĆ MNIEJ TYLKO DLATEGO,ŻE JEST BIEDNY; JASIU! MÓJ SYNECZKU, JAK ZOSTANIESZ KLOSZARDEM TO NIE BEDZIESZ PŁACIŁ PODATKÓW PRZEZ CO BĘDZIE CI SIE LEPIEJ ŻYŁO;
NIECH PŁACĄ CI , KTÓRZY MAJĄ!!!!A MAJĄ BO ZARYZYKOWALI , ZAINWESTOWALI SWÓJ MAJĄTEK!!!
26 Lutego 2008 o 16:08
@ BIEDNY JASIU
Właśnie w pogłównym kloszard i miliarder zapłacą tyle samo.Tylko jak realnie
wyegzekwować podatek od kloszarda. Przecież więzień zabraknie ,bo standardy unijne. Po praktycznym rozwiązaniu tego problemu - co do istoty prostego pogłównego zgoda.
26 Lutego 2008 o 18:26
Hans Herman Hoppe
Tytuł oryginału: The Economics of Taxation
Chciałbym wyjaśnić tutaj ogólny wpływ opodatkowania na gospodarkę. Oznacza to, że dokonam prakseologicznej analizy opodatkowania i analiza ta nie powinna się znacząco różnić od tego, co na ten temat głoszą inni ekonomiści.
Stwierdzenie, że nie ma nic do dodania w kwestii wpływu podatków na gospodarkę wcale nie oznacza, iż to, co jest wiadome, nie będzie nowością dla wielu ludzi. Właściwie po przejrzeniu kilku popularnych podręczników do ekonomii wydaje mi się, że to, co mam tutaj do powiedzenia, jest nowością dla większości dzisiejszych ekonomistów i studentów ekonomii. Opracowania te skupiają się na czysto opisowym przedstawianiu różnych systemów podatkowych i ich historycznym rozwoju[1], a prawie zupełnie przemilczana jest odpowiedź na pytanie o to, jakie są ogólne skutki opodatkowania. Co więcej, przy omawianiu efektów opodatkowania, wnioski co do skutków poszczególnych form podatków są niezmiennie obarczone błędami.
Ów stan rzeczy jest po prostu odbiciem procesu intelektualnej degradacji. Już sto pięćdziesiąt lat temu prawie wszystko, co powinniśmy dziś wiedzieć o ekonomii opodatkowania, zostało poprawnie i przekonująco wyłożone przez wybitną postać w historii tej nauki, Jeana Baptiste Saya w jego Traktacie o ekonomii politycznej.
W przeciwieństwie do autorów współczesnych podręczników, którzy dyskusję o podatkach schematycznie umieszczają w osobnych rozdziałach swoich książek, Say już od początku umieszcza owe zjawisko w rozdziale O konsumpcji bogactw.
Następnie Say bezbłędnie identyfikuje i przedstawia opodatkowanie jako karę i atak na nabywanie i wytwarzanie dóbr (własności), co z konieczności prowadzi do redukcji bogactwa przejawiającego się w tych dobrach i do obniżenia się ogólnego poziomu życia.
Say pisze:
„Utrzymywać, że podatek pomnaża produkcję przez sam fakt ściągania części tej produkcji, że wzbogaca naród, bo konsumuje część jego bogactw, jest po prostu niedorzecznością”.[2]
„Podatek stanowi tę część produktu narodowego, która z rąk obywateli przechodzi do rąk rządu dla zaspokojenia konsumpcji publicznych. Bez względu na to, pod jaką nazwą występuje, czy to będzie się nazywało podatkiem, opłatą, cłem, subsydium czy daniną, jest to zawsze ciężar nałożony na osoby prywatne lub ich zrzeszenia przez władzę zwierzchnią: naród albo monarchę, aby ich kosztem dostarczyć środków na cele konsumpcyjne, jakie ta władza uzna za właściwe: a zatem jest to podatek, czyli ciężar nałożony”.[3]
Ponieważ tak fundamentalna obserwacja została dziś zapomniana, a przynajmniej nie wydaje się już wcale taka oczywista, to moim pierwszym zadaniem jest zaprezentowanie od nowa prakseologicznej oceny, wyjaśnienia oraz zasadności głównego argumentu Saya. Przy okazji obalę niektóre popularne „kontrargumenty” mówiące, że opodatkowanie niekoniecznie musi przeszkadzać w tworzeniu własności i bogactwa. W świetle ogólnych rozważań przedstawię następnie podstawowe mity, które można znaleźć w większości podręczników traktujących o zasięgu obciążeń podatkowych.
Opodatkowanie – nade wszystko i przede wszystkim – jest i musi być rozumiane jako niszczenie własności i bogactwa, co wynika z prostej analizy logicznej znaczenia podatków.
Opodatkowanie jest przymusowym, niewynikającym z umowy transferem określonych dóbr materialnych (obecnie zazwyczaj pieniędzy, ale nie zawsze) i wartości w nich zawartych od jednostki bądź grupy, które władały nimi jako pierwsze, i które mogły czerpać dochód z dalszego ich posiadania, do innych jednostek bądź grup, które teraz mogą być ich posiadaczami i czerpać z nich dochody. Jak jednak owe dobra dostały się w ręce pierwotnych właścicieli?
Wykluczając, że było to wynikiem poprzedniego opodatkowania i zauważając, że może zostać opodatkowany tylko ten majątek, który nie został skonsumowany, bądź którego wartość nie została jeszcze wyczerpana poprzez akty konsumpcji (podatkobiorca nie zabiera cudzych śmieci, lecz wciąż wartościowe dobra!), pozostają trzy i tylko trzy możliwości. Dobra uzyskały właściciela albo dzięki temu, że ktoś dostrzegł ich rzadkość i wszedł w ich posiadanie, zanim ktokolwiek inny mógł to zrobić, albo zostały wyprodukowane dzięki pracy włożonej w owe dobra, albo poprzez dobrowolne, umowne nabycie od poprzedniego posiadacza bądź wytwórcy.
Tylko w ten sposób można nabyć i zwiększyć stan posiadania wartościowych – skutkiem tego zdatnych do opodatkowania – dóbr. Zawłaszczenie pierwotne przekształca to, co wcześniej nie było postrzegane jako potencjalne źródło dochodu w aktywa przynoszące dochód; produkcja jest ze swej natury aktem transformacji mniej wartościowego dobra w bardziej wartościowe, a każda dwustronna wymiana przenosi posiadanie określonych aktywów z rąk tych, którzy dane dobro cenią mniej, do rąk tych, którzy cenią je bardziej.
Wynika z tego, że każda forma opodatkowania niesie ze sobą skutek w postaci redukcji dochodu, jaki jednostka spodziewała się uzyskać z pierwotnego zawłaszczenia, produkcji, albo wymiany. Ponieważ te działania wymagają użycia ograniczonych zasobów – chociażby czasu i skorzystania ze swojego ciała – które mogłyby zostać użyte do konsumpcji lub wypoczynku, to koszt alternatywny tych działań rośnie. Krańcowa użyteczność zawłaszczenia, produkcji i wymiany staje się mniejsza, a krańcowa użyteczność konsumpcji lub wypoczynku staje się większa. Z tego powodu coraz częściej będą podejmowane działania drugiego rodzaju, a coraz rzadziej działania rodzaju pierwszego.[4]
Zatem poprzez przymusowy transfer wartościowych, jeszcze nie skonsumowanych dóbr od producentów (produkcja w szerszym znaczenia obejmuje też pierwotne zawłaszczenie i wymianę) do ludzi, którzy nie brali udziału w produkcji, opodatkowanie zmniejsza bieżący dochód producentów i ich potencjalny poziom konsumpcji. Co więcej, słabną też bieżące zachęty do przyszłej produkcji wartościowych dóbr, co pociąga za sobą zmniejszenie przyszłych dochodów i poziomu przyszłej konsumpcji.
Opodatkowanie nie jest po prostu karą za konsumpcję bez jakiegokolwiek znaczenia dla starań producentów. Jest również atakiem na produkcję, która jest jedyną metodą zapewnienia przyszłego dochodu i wydatków konsumpcyjnych prowadzi do ich wzrostu. Prowadząc do obniżenia obecnej wartości zorientowanych na przyszłość wysiłków tworzących bogactwo, opodatkowanie podnosi rzeczywistą stopę czasowej preferencji, tj. naturalną stopę procentową i prowadzi do skrócenia planów produkcyjnych, co nieuchronnie spycha ludzkość w kierunku egzystencji „od ręki do ust”. Wystarczy tylko odpowiednio zwiększyć podatki, a ludzie będą egzystować na poziomie zwierząt.
Chociaż ta argumentacja może wydawać się jasna, to podnoszonych jest przeciwko niej kilka popularnych zarzutów, na przykład ze strony ekonomistów, którzy błędnie postrzegają ekonomię jako naukę empiryczną i mającą celu tworzyć wyjaśnienia hipotetyczne, które koniecznie muszą być konfrontowane z obserwacjami empirycznymi, aby uzasadnić swoją prawdziwość (podobnie jak w naukach przyrodniczych). Często słyszy się od nich argument, że wielokrotnie zostało zaobserwowane, że podwyżce poziomu podatków towarzyszył wzrost (a nie spadek) poziomu PNB i innych wskaźników ekonomicznych, stąd nasze powyższe rozumowanie, chociaż pozornie prawdziwe, musi być empirycznie błędne. Niektórzy badacze tego pokroju idą jeszcze dalej i wysuwają silniejszą tezę, że opodatkowanie właściwie podnosi poziom stopy życiowej i wskazują na te kraje, w których kiedyś standard życia i podatki znajdowały się na niskim poziomie i które teraz cieszą się dużo większym bogactwem przy dużo wyższych podatkach.
Oba zarzuty są oczywiście błędne. Doświadczenie nie może pokonać logiki, a interpretacja zaobserwowanych danych, które nie idą w parze z prawami logicznego rozumowania, nie obalają tych praw, ale świadczą o umysłowym zamęcie (czy ktokolwiek uznałby relację mówiącą o tym, że ktoś zaobserwował ptaka, który był czerwony, a jednocześnie nieczerwony, jako dowód na nieprawdziwość prawa sprzeczności, czy też raczej jako twierdzenie głupca?).
Co się tyczy silniejszej tezy, nie jest ona niczym więcej, jak tylko piękną ilustracją wciąż atrakcyjnego przesądu post hoc ergo propter hoc (po tym, a więc wskutek tego). Z faktu, że korelacja pomiędzy wysokim opodatkowaniem i bogactwem wystąpiła później niż korelacja pomiędzy niskimi podatkami i biedą wywodzi się teza, że wzrost opodatkowania pomnaża bogactwo. Takie rozumowanie jest równie przekonujące jak argument – wyśmiewany przez Saya – że ponieważ bogaci ludzie konsumują więcej niż biedni, to wysoki poziom konsumpcji musi być przyczyną bogactwa.[5] Z samej definicji konsumpcji wynika, że jest to niemożliwe – bogaci nie są bogaci z powodu wysokiego poziomu konsumpcji, ale przez to, że wcześniej powstrzymywali się od konsumpcji i angażowali w działania tworzące wartość. Z samej definicji opodatkowania wynika, że narody nie rozwijały się dzięki wysokim podatkom, ale wbrew im.
Słabsza teza – mówiąca, że doświadczenie dostarcza dowodów, które pomagają w odparciu wszelkich zarzutów o odwrotnej relacji pomiędzy opodatkowaniem a produkcją – jest również chybiona. Zaprezentowane powyżej rozumowanie prakseologiczne wcale nie wyklucza tego, co empiryczni ekonomiści mylnie uważają za dowód przeciw rozumowaniu prakseologicznemu. We wcześniejszych rozważaniach doszliśmy do wniosku, że efektem opodatkowania jest względny spadek produkcji wartościowych dóbr, spadek w porównaniu z poziomem produkcji, który zostałby osiągnięty, gdyby nie było w ogóle podatków, albo poziom opodatkowania nie wzrósłby. Nic nie mówiliśmy o bezwzględnym poziomie produkcji owych dóbr.
W rzeczywistości bezwzględny wzrost PNB jest nie tylko zgodny z naszą wcześniejszą analizą prakseologiczną, ale może być też postrzegany jako całkowicie normalne zjawisko w stopniu, w jakim jest możliwy i w jakim zachodzi wzrost produktywności. Jeśli stało się możliwe dzięki udoskonaleniom w technologii produkcji wytwarzanie większej ilości dóbr przy niezmienionym poziomie nakładów (w kategoriach kosztów), bądź uzyskanie identycznego poziomu produkcji przy zmniejszonych nakładach, to zbieżność zwiększonego opodatkowania i zwiększonej produkcji wartościowych dóbr przestaje być zaskakująca. Jednakże nie wpływa to ostatecznie na słuszność twierdzeń o względnym zubożeniu będącym skutkiem opodatkowania. Przy danym stanie wiedzy technologicznej, która może zmieniać się w czasie, opodatkowanie nadal jest tym, czym jest (karą za wysiłki zwiększające wartość), a poziom produkcji musi być niższy niż ten, który mógłby być osiągnięty, gdyby wiedza była taka sama, a podatki byłyby niższe, albo by nie było ich w ogóle. Badania statystyczne nie mają tu żadnego znaczenia, nie mogą ani wzmocnić tego twierdzenia, ani go osłabić.
Inny teoretyczny zarzut, który zyskuje sobie pewną popularność, mówi, że nakładanie bądź podnoszenie podatków prowadzi do redukcji dochodu osiąganego z opodatkowanych aktywów, co oznacza zwiększenie krańcowej użyteczności tych aktywów w porównaniu z tym, co można uzyskać z innych form działalności. Tym samym opodatkowanie zamiast obniżać, zwiększa skłonność do produkcji. O opodatkowaniu aktywów pieniężnych mówi się, że zmniejsza ono dochód pieniężny, co powoduje wzrost krańcowej użyteczności pieniądza, a to z kolei zwiększa bodziec do osiągania dochodów pieniężnych.
Ten argument jest z pewnością sam w sobie całkowicie prawdziwy. Jednakże nieporozumieniem jest wierzyć, że w jakikolwiek sposób podważa on wcześniej przedstawioną tezę o względnym zubożeniu. Po pierwsze, nawet jeśli zarzut byłby prawdziwy – jak mogłoby się wydawać – że wyższe opodatkowanie nie prowadzi do względnie niższej produkcji wartościowych dóbr, prowadzi bowiem do proporcjonalnego wzrostu pracoholizmu, to i tak dochód produktywnych jednostek się zmniejszy. Jeśli nawet osiągną ten sam poziom produkcji co poprzednio, to mogą to zrobić tylko przez to, że więcej pracują. Ponieważ zwiększenie nakładów pracy implikuje rezygnację z czasu wolnego lub konsumpcji (którymi w innym przypadku ludzie cieszyliby się przy tym samym poziomie produkcji), to standard życia ludzi musi być niższy.[6]
Staje się teraz oczywiste, dlaczego założenie, że opodatkowanie może nie mieć wpływu na produkcję i oddziaływać tylko na konsumpcję, jest fatalną pomyłką. Jeśli opodatkowanie redukuje przychód jednostki (do którego zalicza się również bieżąca konsumpcja i czas wolny) i biorąc pod uwagę uniwersalny fakt preferencji czasowej, czyli niezmienne przedkładanie przez ludzi dóbr teraźniejszych nad dobra przyszłe (czego nie mogą robić bez ciągłej konsumpcji, a angażować się w dłuższe, bardziej okrężne metody produkcji mogą tylko wtedy, gdy poczynione zostały rezerwy na konsumpcję odpowiadające okresowi oczekiwania), to naturalnym następstwem opodatkowania jest efektywny wzrost stopy preferencji czasowej jednostki (przykrość czekania musiała się zwiększyć), która skróci swoją strukturę produkcji w porównaniu ze strukturą, którą wybrałaby w innym przypadku. Z tego powodu produkcja wartościowych dóbr dostępna w przyszłości będzie niższa niż w przypadku braku podatkowej ingerencji.
Jeśli przy niższym opodatkowaniu, albo przy jego braku, dochód jednostki jest wyższy to zakładając, że jej preferencja czasowa jest dana (jakakolwiek by nie była w określonej chwili), inwestowałaby ona w dłuższy proces produkcji. W konsekwencji produkcja wartościowych dóbr w przyszłości byłaby relatywnie większa.[7]
Błąd w tezie mówiącej, że opodatkowanie jest neutralne w stosunku do produkcji, ujawnia się w fakcie pominięcia preferencji czasowej. Ów argument pokazuje, że opodatkowanie niesie ze sobą dwojakie skutki: z jednej strony – efekt substytucyjny: wzrost konsumpcji i czasu wolnego kosztem pracy; z drugiej strony – efekt dochodowy, podnoszący krańcową użyteczność opodatkowanych dóbr.
Jednakże błędem jest interpretowanie tej sytuacji jako kombinacji sprzecznych sygnałów – jeden zachęcający do pracy, a drugi zniechęcający do niej – z powodu których nie można nic powiedzieć na temat wpływu opodatkowania na produkcję, a kwestię, czy podatki przyczyniają się do wyższego czy też niższego poziomu produkcji, trzeba rozstrzygnąć empirycznie.[8]
W rzeczywistości sygnały będące skutkiem opodatkowania przestają być sprzeczne, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że wysyłane są one do jednostek, których działania poddane są czasowej preferencji. Dla ludzi istnieje nie tylko alternatywa pomiędzy pracą a zupełnym jej brakiem, lecz również pomiędzy produkcją poszczególnych wartościowych dóbr w mniej lub bardziej czasochłonny sposób. Muszą oni zatem wybierać między zdobywaniem dóbr bezpośrednio i szybko, przy krótkim oczekiwaniu, ale za cenę uciekania się do mniej efektywnych metod produkcji (rybak, który decyduje się używać gołych rąk do łapania ryb, aby zdobyć je szybciej niż stosując bardziej okrężne metody produkcji), a zdobywaniem ich w bardziej produktywny sposób, co wiąże się jednak z dłuższym okresem oczekiwania na owoce pracy (rybak skuszony przyszłymi przychodami decyduje się wydłużyć okres oczekiwania i wpierw buduje sieć).
Jednakże gdy weźmiemy pod uwagę te wybory, sygnał opodatkowania stanie się całkowicie jednoznaczny i nie będziemy mogli mieć żadnych wątpliwości, że efekt substytucyjny musi być traktowany jako systematycznie dominujący nad jakimkolwiek efektem dochodowym. Jeśli istnieje coś ponad możliwość posiadania bądź nieposiadania czegoś, czyli posiadanie czegoś szybciej w mniejszej ilości, albo później w większej, to podwójny sygnał przesyłany przez opodatkowanie może zostać przetłumaczony w jeden: zmniejsz czas oczekiwania, skróć okrężne metody produkcji! Z tego powodu wartościowe dobra będą dostępne szybciej proporcjonalnie do ich zwiększonej użyteczności krańcowej.
Jednocześnie wraz ze skróceniem okresu oczekiwania, wzrośnie ilość czasu wolnego, którego krańcowa użyteczność również będzie większa. Dwa pozornie sprzeczne sygnały pochodzące z opodatkowania prowadzą do skrócenia okrężnych metod produkcji. Regularnie powtarzane twierdzenia o tym, że podatki są „neutralne” dla produkcji, są nieprawdziwe. Konsekwencją skrócenia okrężnych metod produkcji jest niższy jej poziom. Ceną, którą musimy zapłacić za opodatkowanie i za każdą jego podwyżkę, jest przymusowy spadek produktywności, skutkiem czego jest obniżenie się standardu życia (ilości dóbr przeznaczonych na przyszłą konsumpcję). Każdy podatek wymusza odejście od kapitałochłonnych, bardziej produktywnych procesów produkcji w kierunku egzystencji „z ręki do ust”.
Nie jest trudno zobrazować prawdziwość powyższych konkluzji, jeśli weźmiemy dla przykładu aż za dobrze wszystkim znane opodatkowanie aktywów pieniężnych. Takie aktywa są nabywane, ponieważ mogą służyć do zakupienia innych wartościowych dóbr w przyszłości. Nie mają żadnej wewnętrznej wartości użytkowej (jak w przypadku pieniądza papierowego), albo ich wartość użytkowa jest niewielka w porównaniu z ich wartością wymienną (jak w przypadku standardu złota, gdzie pieniądz ma też niewielką wartość towarową). Wartość, która jest im przypisywana, wynika raczej z ich przyszłej siły nabywczej. Jeśli zatem wartość pieniądza przedstawia inne dobra dostępne w przyszłości, to skutki opodatkowania pieniędzy stają się oczywiste.
Co istotniejsze, oprócz zwiększania krańcowej użyteczności czasu wolnego lub konsumpcji, taki podatek powoduje również wzrost krańcowej użyteczność przyszłych dóbr. Ta zmiana w zbiorze zachęt dla jednostki przekłada się na zwiększone wysiłki, czynione w celu zdobycia owych dóbr szybciej, w mniej czasochłonnym procesie produkcji. Tylko te procesy produkcji, które są teraz systematycznie krótsze od tych, w których nabywa się przyszłe dobra pośrednio przez wcześniejsze nabycie pieniądza, polegają na nabywaniu dóbr przez wymianę pośrednią. Zatem opodatkowanie pociąga za sobą, że wymiana barterowa będzie wypierać dłuższe, okrężne metody produkcji, które opierają się na wymianie pieniężnej. Jednakże znów możemy powiedzieć, że uciekanie się do barteru oznacza cofanie się w rozwoju i prowadzi do gospodarczego prymitywizmu.
Produkcja w celu wymiany barterowej była bardzo mało wydajna, przez co ludzkość zmuszona była przeskoczyć ten wczesny etap w rozwoju i rozwijać system produkcji skierowanej na niebezpośrednią wymianę, Który wymaga co prawda dłuższego czasu oczekiwania, ale przynosi także o wiele większy zwrot w postaci większej ilości różnorodnych dóbr wciągniętych w wymianę pieniężną. Każdy akt opodatkowania oznacza przymusowy krok wstecz w powyższym procesie. Zmniejsza produkcję, obniża zakres podziału pracy i prowadzi do dezintegracji społeczno-gospodarczej (a warto zauważyć, że integracja gospodarcza nigdy nie osiągnęłaby zasięgu światowego, gdyby nie instytucja niebezpośredniej wymiany pieniężnej).
Co więcej ta tendencja do stosowania mechanizmu bezpośredniej wymiany zamiast wymiany pośredniej, którą jest powodowana przez każdą przymusową konfiskatę pieniędzy, niesie ze sobą dalece idące konsekwencje co do metod zdobywania samego pieniądza. Podobnie jak w przypadku dóbr niepieniężnych, zwiększona użyteczność krańcowa pieniądza oraz konsumpcji i czasu wolnego czyni względnie bardziej atrakcyjnym zdobywanie pieniędzy w mniej czasochłonny sposób. Podatki stwarzają zachętę do zdobywania pieniędzy w sposób szybki i bezpośredni, bez stosowania męczących metod okrężnych, takich jak produkcja i kontrakt, a osłabiają zachętę do nabywania ich przez działania produktywne (np. w ramach wymiany przynoszącej korzyści obu stronom). Z jednej strony oznacza to, że ludzie będą częściej starali się zwiększyć się swoje zasoby pieniężne, ukrywając je zwyczajnie przed fiskusem. Z drugiej strony, pojawi się tendencja do zdobywania pieniędzy przez przymusową konfiskatę – w jej nielegalnej formie zwanej kradzieżą, albo legalnej polegającej na uczestnictwie w grze zwanej polityką.[9]
Teraz, kiedy już przedstawiliśmy ogólną analizę efektów opodatkowania, którą współczesne podręczniki do ekonomii wolą się wcale nie zajmować, możemy przejść do tego, co mówi się w nich o wpływie opodatkowania, czyli do problemu rozkładu ciężaru opodatkowania. W świetle naszej wcześniejszej analizy, łatwo będzie dostrzec zgubny wpływ takich wyjaśnień. Trudno uznać za niespodziankę to, że ktoś popełnia błędy, zajmując się szczegółami, jeśli nie zadał sobie trudu przeanalizowania podstaw.
Problem rozkładu ciężaru opodatkowania przedstawia się zazwyczaj na przykładzie akcyzy lub podatku od sprzedaży i brzmi on następująco:[10] przypuśćmy, że nałożona zostaje akcyza albo podatek od sprzedaży; kto ponosi ich ciężar? Uznaje się – i oczywiście nie mam zamiaru kwestionować prawdziwości tego twierdzenia – że w pewnym sensie to konsumenci muszą ponosić koszty i tak faktycznie się dzieje. Abstrahując od szczególnych konsekwencji takiego podatku, to konsumenci będą musieli albo zapłacić wyższą cenę za te same dobra, przez co ich standard życia obniży się, albo podatek będzie oznaczał wyższe koszty dla producentów, a konsumenci zostaną dotknięci niższym poziomem produkcji.
Jednakże, z czym stanowczo będziemy musieli się nie zgodzić, uważa się, że to, czy podatek przyniesie szkodę konsumentom w pierwszy, czy też drugi sposób, jest pytaniem empirycznym, na które odpowiedź zależy od elastyczności popytu na opodatkowane dobra. Jeśli popyt jest wystarczająco nieelastyczny, wówczas producenci przerzucą cały ciężar opodatkowania na konsumentów w postaci wyższej ceny. Jeśli jest bardzo elastyczny, producenci przejmą obciążenie podatkowe w postaci wyższych kosztów produkcji. Jeśli zaś jakaś część krzywej popytu jest nieelastyczna a inna elastyczna (co według badań empirycznych jest rzekomo najczęstszym przypadkiem), to wówczas ciężar podatku zostanie podzielony, część zostanie przerzucona na konsumentów, a część na producentów.
Na czym polega błąd w powyższej argumentacji? Chociaż przedstawia się ją w kategoriach różniących się od tych stosowanych w mojej wcześniejszej analizie, to trudno nie dostrzec, że jedynie pokazuje na nieco bardziej szczegółowym poziomie to, co wcześniej zostało już przedstawione jako błędne na poziomie bardziej ogólnym: tezę, że podatki mogą, ale nie muszą zmniejszać poziomu produkcji i empiryczną możliwość, że podatki mogą wpływać wyłącznie na konsumpcję, pozostawiając produkcję nienaruszoną. Podsumowując: podręcznikowe podejście do rozkładu ciężaru opodatkowania mówiące, że podatki mogą być częściowo bądź całkowicie przerzucone na konsumentów jest po prostu stwierdzeniem, iż podatki nie mogą negatywnie wpływać na produkcję. Jeśli byłoby możliwe przesunięcie jakiejkolwiek części podatku na konsumentów, to ta część reprezentowałaby „podatek nieprodukcyjny”, podatek nałożony wyłącznie na konsumpcję.[11]
Aby wykazać błędność twierdzeń zawartych w podręcznikowych analizach, można by po prostu wrócić do naszych wcześniejszych rozważań, z których wynika, że jakikolwiek podatek nałożony na ludzi, których działania są ograniczone przez preferencję czasową, musi negatywnie wpłynąć na produkcję w o wiele większym stopniu niż na konsumpcję. Wybiorę tu jednak nieco inną drogę argumentacji w celu dotarcia do sedna sprawy i wysunięcia bardziej szczegółowego twierdzenia mówiącego, że podatek w żadnej części nie może zostać przerzucony na konsumentów. Twierdząc co innego, zakłada się coś, co jest jawnie niemożliwe.
Absurdalność teorii rozkładu ciężaru opodatkowania ujawnia się podczas próby jej zastosowania do przypadku, w którym pojedyncza jednostka występuje w dwóch rolach – producenta i konsumenta. Dla takiego producenta-konsumenta teoria ta przedstawia się następująco: jeśli jednostka spotyka się ze wzrostem kosztów nabycia pewnych dóbr przyszłych – wzrostem, który postrzegany jest jako wydarzenie zwiększające koszty – to wówczas przesuwa ona owe wyższe koszty na siebie w ten sposób, że przypisuje odpowiednio wyższą wartość dobrom, które zamierza nabyć, wskutek czego przywrócony zostaje stary zysk. Zatem jego działania jako producenta pozostają niezmienione, a dostosować się do nowych ograniczeń musi tylko jako konsument. Można sformułować to bardziej stanowczo: co się tyczy wysiłków zwiększających wartość, podatek nie robi żadnej różnicy dla jednostki, ponieważ zaczyna ona odpowiednio bardziej lubić dobra, które mają zostać wyprodukowane.
Proste rozumowanie ujawnia tworzący się absurd, który jest fundamentalnym pomyleniem pojęć: teoria przesuwania ciężaru opodatkowania wyrasta z braku spostrzeżenia, że w analizie należy założyć, że popyt jest dany – a to musi zostać założone, ponieważ w każdej chwili popyt jest faktycznie dany. Chociaż analiza nie uwzględniająca powyższych założeń jest wadliwa, to gdyby założone, że popyt się zmienia, wówczas wszystko byłoby możliwe: produkcja mogłaby się zwiększyć, bądź pozostać niezmieniona. Jeśli jestem producentem herbaty i herbata została opodatkowana i jeśli założymy jednocześnie, że popyt na herbatę wzrośnie, wówczas jest oczywiście możliwe, że ludzie są skłonni płacić za herbatę więcej, niż poprzednio.
Jednak powyższy przykład nie świadczy o przesunięciu ciężaru opodatkowania, tylko o zmianach w popycie. Zaprezentowanie tej możliwości pod szyldem rozkładu ciężaru opodatkowania jest czystym nonsensem. Jest to w rzeczywistości analiza zupełnie innego zagadnienia – wpływu zmian popytu na ceny – i jako taka nie ma nic wspólnego ze skutkami opodatkowania. To pomieszanie przypomina sytuację, w której ktoś próbując odrzucić twierdzenie, że jedno jabłko i drugie jabłko to razem dwa jabłka, mówi: „nie, dodałem drugie jabłko i zobacz – nie ma dwóch, ale trzy jabłka”. Taki nonsens nie ujdzie na sucho w matematyce, podczas gdy w teorii ekonomii niemniejszy absurd jest ortodoksyjnym poglądem.
Skoro rozumując logicznie, uznajemy, że popyt jest dany, kiedy próbujemy odpowiedzieć na pytanie o to, czy podatek może zostać przerzucony czy nie, to każdy podatek być traktowany jako wydarzenie w czysty sposób dotykające strony podażowej: redukuje on zasoby będące do dyspozycji wytwórców.[12] Jakakolwiek inna konkluzja oznaczałaby zanegowanie tego, co było dowodzone od początku – że podatek w rzeczywistości jest nakładany na producentów i w ten sposób muszą oni go postrzegać. Stwierdzenie, że tylko krzywa podaży się przesuwa za każdym razem, gdy jest pobierany podatek (podczas gdy krzywa popytu pozostaje niezmieniona), oznacza, że cały ciężar opodatkowania faktycznie ponoszą dostawcy dóbr.
Przesunięcie krzywej podaży w lewo spowoduje wzrost cen. Dotknie to oczywiście konsumentów, ponieważ będą musieli płacić oni wyższe ceny, albo będą mogli oni pozwolić sobie na mniejszą ilość dóbr po nowej cenie.[13] Przypomnijmy, że podatki zawsze szkodzą konsumentom i nigdy nie budziło to wątpliwości. Mylnie jest jednak sądzić, że owa wyższa cena stanowi przesunięcie ciężaru opodatkowania z producentów na konsumentów. Konsumenci są dotknięci „tylko” przez szkodę, jaką wyrządza się producentom, którzy pomimo wyższych cen nałożonych na ich dostawców, muszą udźwignąć ciężar opodatkowania.[14]
Można zadać sobie pytanie, dlaczego przedsiębiorca, który mógłby rzeczywiście przesunąć ciężar opodatkowania na konsumentów, nie zrobił tego do tej pory, nakładając na siebie dobrowolny podatek zamiast czekać, aż zostanie wprowadzone przymusowe opodatkowanie! Odpowiedź jest prosta: w każdym momencie jego poczynania przy ustalaniu ceny są skrępowane istniejącym aktualnie popytem. Cena ustanowiona przez przedsiębiorcę jest kształtowana zgodnie z oczekiwaniami, że cena wyższa niż aktualnie wybrana spowoduje zmniejszenie całkowitego przychodu. Jeśli przedsiębiorca spodziewa się, że wyższa cena przyniesie większy przychód – podniesie ją. Kiedy przedsiębiorca przewiduje nieelastyczność popytu w rozważanym przez siebie zakresie cen, to będzie starał się wykorzystać tę nieelastyczność, ustanawiając wyższą cenę. Kiedy jednak jego oczekiwania odwracają się i przewiduje, że powyżej danej ceny krzywa popytu staje się elastyczna, to przestaje podnosić cenę. Te oczekiwania przedsiębiorcy co do nieelastyczności i elastyczności krzywej popytu nie zmieniają się ani trochę, gdy nałożony zostaje podatek. Bez względu na to, czy zostanie nałożony podatek, przedsiębiorca przewiduje, że w tej sytuacji wyższe ceny spowodują spadek przychodów.
Zatem nie ma mowy, aby przedsiębiorca mógł uciec od podatku. Jeśli wskutek zmniejszenia się podaży ceny rosną, to wzrost ten musi odbywać się w elastycznej części krzywej popytu, a przedsiębiorca musi zapłacić za to pełną cenę w postaci zmniejszonych przychodów. Jakakolwiek inna konkluzja jest logicznie fałszywa.
Tylko wtedy gdy przedsiębiorca spodziewa się, że wraz z wprowadzeniem podatku pojawią się zmiany w popycie, może zmienić cenę, nie ponosząc przy tym strat. Jeśli na przykład spodziewa się takiego wzrostu popytu, że część krzywej popytu leżąca powyżej aktualnej ceny będzie nieelastyczna, będzie mógł podnieść cenę bez negatywnych skutków. Jednak nie jest to wcale przerzucanie ciężaru opodatkowania. Jest to wzrost popytu. Bez względu na to, czy wprowadzono podatek,, przedsiębiorca będzie postępował dokładnie w ten sam sposób. Podatek nie ma związku ze zmianami ceny. W każdym przypadku podatek jest płacony wyłącznie i w całości przez dostarczycieli opodatkowanych dóbr.[15]
PRZYPISY
[1] Wyłącznie opisowe analizy znajdują się na przykład w książkach: Paul A. Samuelson i William D. Nordhaus, Ekonomia, tom I, tłum. H. Hagemajer, K. Hagemajer i J. Czekaj, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2003, roz. 9; Roger L. Miller, Economics Today, wyd. 6, Harper and Row, Nowy Jork 1988, roz. 6.
[2] Jean Baptiste Say, Traktat o ekonomii politycznej, tłum. W. Giełżyński i S. Czernecki, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1960, s. 765.
[3] Ibid., s. 760. Na temat ekonomicznej analizy opodatkowania Saya zob. również: Murray N. Rothbard, The Myth of Neutral Taxation, „Cato Journal” (jesień 1981), zwłaszcza s. 551-554.
[4] Zob. również: Murray N. Rothbard, Man, Economy, and State, Nash, Los Angeles 1970, roz. 12.8; idem, Power and Market, Sheed Andrews and McMeel, Kansas City 1977), roz. 4, 1-3.
[5] Say, Traktat o ekonomii politycznej, s. 765-766.
[6] Zob. również: Rothbard, Power and Market, s. 95 i n.
[7] Można by podnieść tu zarzut, że przychody podatkowe również trafią do czyichś rąk – urzędników państwowych bądź odbiorców państwowych płatności transferowych – i ich dochód się zwiększa, wskutek czego obniża się ich realna stopa preferencji czasowej, co może wyrównać podwyższoną stopę wśród płatników podatków i w rezultacie pozostawić społeczną stopę procentową oraz strukturę produkcji w stanie nienaruszonym. Jednak takie rozumowanie jest kategorycznie błędne, ponieważ rządowe wydatki nie mogą być postrzegane w żaden sposób jako inwestycje. Służą one konsumpcji i tylko konsumpcji. Jak to wyjaśniał Rothbard, w każdej gospodarce opartej na podziale pracy tworzenie dóbr kapitałowych przez inwestorów nie jest celem samym w sobie, ale służy produkcji dalszych dóbr pośrednich, a ostatecznie dóbr konsumpcyjnych. W skrócie, charakterystyczne dla wydatków inwestycyjnych nie jest zaspokajanie potrzeb inwestorów, ale kogoś innego – konsumentów. Dlatego też, jeśli rząd konfiskuje zasoby należące do prywatnego sektora gospodarki, całkowicie przeciwstawia się życzeniom konsumentów. Rząd, inwestując w jakiekolwiek dobra, czyni to, żeby zaspokoić zachcianki państwowych urzędników, a nie potrzeby konsumentów (Man, Economy, and State, s. 816-817).
Dlatego też wydatki rządowe z samej ich definicji nie mogą być postrzegane jako służące wydłużeniu struktury produkcji i z tego powodu nie można powiedzieć, że równoważą podwyższoną stopę preferencji czasowej podatników. Z drugiej jednak strony, jest prawdą że część płatności transferowych dokonywanych przez rząd (wliczając w to płace dla biurokratów i subsydia dla uprzywilejowanych grup) będzie oszczędzana i inwestowana. Jednak te inwestycje nie reprezentują dobrowolnych pragnień konsumentów. Inwestycje te są dokonywane w dziedziny produkcji, które nie są pożądane przez konsumentów. Jeśli tylko usunie się podatek, nowe inwestycje będące skutkiem żądań uprzywilejowanych grup okażą się chybione (Power and Market, s. 98).
Zatem płatności transferowych nie można postrzegać jako równowagi dla skróconej struktury produkcji. Płatności te mogą służyć tylko wydłużeniu chybionej produkcji. W każdym razie, jak stwierdza Rothbard, skutkiem opodatkowania dochodu będzie wzrost preferencji czasowej oraz zmniejszenie się się oszczędności i inwestycji (Ibid., s. 98).
[8] Badania empiryczne na temat względnego oddziaływania efektu dochodowego i substytucyjnego można znaleźć w: George F. Break, The Incidence and Economic Effects of Taxation [w:] The Economics of Public Finance, Brookings, Waszyngton 1974, s. 180 i n.; A.B. Atkinson i Joseph E. Stiglitz, Lectures on Public Economics, McGraw Hill, Nowy Jork 1980, s. 48 i n.; Stiglitz, Ekonomia sectora publicznego, tłum. pod red. R. Rapackiego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, s. 303.
[9] Ponownie staje się oczywiste to, co było wyjaśniane w nieco innym kontekście w przypisie 7: dlaczego twierdzenie, że opodatkowanie może być „neutralne” dla produkcji tak, iż jakiekolwiek „negatywne” efekty dla podatników mogą być zrównoważone odpowiadającymi im „pozytywnymi” efektami dla „wydatkujących” kwoty z podatków, jest fundamentalnym błedem. W tym rozumowaniu przeoczono nie tylko fakt, że podatki faworyzują nie-producentów kosztem producentów. Podatek jednocześnie zmienia zarówno dla producentów, jak i nie-producentów, koszty związane z różnymi metodami zdobywania dochodu, względnie mniej kosztowne stają się metody nie-produkcyjne tj. metody, które nie polegają na wytwarzaniu większej ilości dóbr, ale na niekontraktowym nabywaniu już wyprodukowanych dóbr. Wprowadzenie takiej struktury zachęt w społeczeństwie z pewnością doprowadzi do skrócenia się struktury produkcji, czego skutkiem będzie zmniejszenie się produkcji dóbr. Zob. również: Hans-Hermann Hoppe, A Theory of Socialism and Capitalism, Kluwer Academic Publishers, Boston 1989, roz. 4.
[10] Zob np.: William Baumol i Alan Blinder, Economics: Principles and Policy, Harcourt Brace Jovanovich, Nowy Jork 1979, s. 636 i n.; Daniel R. Fusfeld, Economics: Principles of Political Economy, wyd. 3, Scott, Foresman, Glenview, Ill. 1987, s. 639 i n.; Robert Ekelund i Robert Tollison, Microeconomics, wyd. 2, Scott, Foresman, Glenview, Ill. 1988, s. 463 i n. oraz 469 i n.; Stanley Fisher, Rudiger Dornbusch, i Richard Schmalensee, Microeconomics, wyd. 2, McGraw Hill, Nowy Jork 1988, s. 385 i n.
[11] O niemożliwości istnienia czysto konsumpcyjnego podatku: Rothbard, Power and Market, s. 108 i n.
[12] Baumol i Blinder (Economics: Principles and Policy, s. 636) przedstawiają krzywą popytu, która zmienia się na skutek wprowadzenia podatku.
[13] Aby uniknąć nieporozumienia: dopóki znajdujące się w podręcznikach analizy rozkładu ciężaru opodatkowania wskazują tylko na ten fakt, dopóty są one całkowicie poprawne. Jednak proponowana przez nie interpretacja tego zjawiska jest całkowicie błędna!
[14] Zob. również: Rothbard, Man, Economy, and State, s. 809.
[15] Nałożenie podatku nie musi wcale wpłynąć na podaż w krótkim okresie, a więc, jak wynika z powyższej analizy, cena w ogóle się nie zmieni. Zwiększając cenę, przedsiębiorca przeniósłby się w elastyczny obszar krzywej popytu. W długim okresie podaż będzie musiała się względnie zmniejszyć, a ceny przesunąć się w ten obszar. W żadnym przypadku nie następuje jednak przerzucanie podatku. Zob. również: Rothbard, Man, Economy, and State, s. 807 i nast.; idem, Power and Market, s. 88 i n.
Redakcja: Marcin Zieliński
Tłumaczenie: Szymon Chrupczalski
[Niniejszy tekst stanowi fragment drugiego rozdziału książki Economics and Ethics of Private Property]
26 Lutego 2008 o 19:10
“Potwierdzają to m.in. doświadczenia: Rosji, Chile, Słowacji. Zresztą po co daleko szukać, potwierdza to liniowy CIT, wprowadzony 4 lata temu przez Leszka Millera.”
t0 dosc zabawne skad Pan ma te informacje - czyzby “masowanie lewej nogi”?
26 Lutego 2008 o 20:20
@JohnnyBGoode:
Ucz się, mikkolubie:
Jak wiadomo, na świecie najlepiej (chłe, chłe, chłe) wiedzie się tym mikkolubnym (chłe, chłe, chłe) państwom, gdzie są podatki małej wysokości.
Dla potwierdzenia podaję najbogatsze (PKB per capita), autokratyczne (chłe, chłe, chle) państwa:na świecie, oto pierwsza piętnastka:
1 Luksemburg 80 471
2 Irlandia 44 087
3 Norwegia 43 574
4 Stany Zjednoczone 43 444
5 Islandia 40 277
6 Hongkong 38 127
7 Szwajcaria 37 369
8 Dania 36 549
9 Austria 36 031
10 Kanada 35 494
11 Holandia 35 078
12 Wielka Brytania 35 051
13 Finlandia 34 819
14 Belgia 34 478
15 Szwecja 34 409
Zacznijmy od najbogatszych:
1. W Luksemburgu obowiązują cztery stawki podatkowe - 0, 8, 10 i 38 procent
2. W Irlandii obowiązuje dwustopniowa skala podatkowa 20% i 42%
3. Norwegia - 28, 37 i 40%
4. Podatki w Stanach Zjednoczonych dzielą się na federalne i stanowe, pośrednie i bezpośrednie. Federalna progresja podatkowa dla osób fizycznych składała się w 2006 roku ze stawek 10%, 15%, 25%, 28%, 33% i 35% dla osób z dochodami powyżej 336 tys. dolarów, poszczególne stany nakładają także własne podatki dochodowe progresywne lub liniowe, maksymalnie 10%.
5. Islandia - 20 i 42%
=====
Dość.
Tępym doktrynerom można dawać setki przykładów z życia - a porypy dalej będą jak papugi twierdzić, że nieważne co pokazuje praktyka, ważne są słowa Lenina, Mao Zedonga, Pol Pota, Janusza Mikke, Kim Dzong Ila czy innego porypanego guru od księżycowej ekonomii.
26 Lutego 2008 o 20:25
Wszystko jest OK, pozostaje problem jak to osiągnąć. Już pisałem że bez aprobaty społeczeństwa nie uda się. obywatele powinni zadecydować sami, osobiście ,jakie chcą płacić podatki.Czyli referendum,i tu upraszczam, przedstawiając ideę na przykładzie : np.: w jakiej wysokości podatki chcesz płacić : 1) 10%
2) 20%
3) 30%
4)40%
albo miesięcznie PLN :
1)100
2)200 i.t.d.
Jestem pewny że bez żadnej kampanii ludzie podejmą właściwą decyzję. Trzeba tylko wysilić się i zorganizować to referendum. Uważam ,że jest to jedyna dobra rzecz w demokracji (chodzi mi o referendum tylko na ten jeden temat)
26 Lutego 2008 o 20:59
Ja popieram argumentacje trolla - w biednych krajach trzeba zastosowac wysokie podatki i znaczna progresje, wowczas uciekna wszyscy zdolni i pracujacy a kraj wpadnie w taka nedze, ze dojdzie do rewolucji i zostana wyrznieci wszyscy pomyslodawcy tego systemu. Ahoj.
26 Lutego 2008 o 21:01
@breackhee:
“obywatele powinni zadecydować sami, osobiście ,jakie chcą płacić podatki.Czyli referendum,i tu upraszczam, przedstawiając ideę na przykładzie : np.: w jakiej wysokości podatki chcesz płacić ”
Czy kogoś, kto chce np. kupić szampon, interesuje wyłącznie cena, czy też raczej najpierw jakość i ilość szamponu - a dopiero potem rozważa, czy jest on tyle wart?
Tak samo obywateli nie interesują same podatki, bo nie uważają podatków za pieniądze wyrzucone w błoto, lecz za zapłatę za usługi świadczone im przez państwo. Ich interesuje co mogą otrzymać w zamian za zapłacone podatki. Dlatego głosują na tych, którzy mogą im zaoferować oczekiwany zakres usług państwa za oczekiwaną cenę.
26 Lutego 2008 o 21:20
@Janusz:
“Ja popieram argumentacje trolla - w biednych krajach trzeba zastosowac wysokie podatki i znaczna progresje wowczas uciekna wszyscy zdolni i pracujacy”
Te mikkolubstwo nigdy nie nauczy się myśleć.
Nie ma takiej możliwości, by nawet z biednego kraju uciekli np. wszyscy fryzjerzy - bo gdy połowa fryzjerów ucieknie, to druga połowa zacznie więcej zarabiać, mając więcej klientow. Inni widząc ich wzrastające zarobki zaczną się szkolić we fryzjerstwie - i tym sposobem liczba fryzjerów zostanie ustalona na wystarczającym poziomie. Stawki podatkowe nie maja tu nic do rzeczy, dla większości Normalnych nie ma znaczenia % podatku, lecz to, ile mu zostaje w kieszeni i co za to może kupić - a w biednej okolicy może może za te same pieniądze kupić więcej, niż w bogatym. Dość porownać ceny mieszkań w Warszawie i w Wałbrzychu.
26 Lutego 2008 o 21:24
Grzesiu, halo, temat o broni czeka! Po prostu przyznaj w tym temacie, że w twojej biblii lewactwa nie ma kontrargumentu na przykład Virginia Tech, i możesz iść do domu:)
26 Lutego 2008 o 21:29
Grzesiu a w tym temacie, to proszę weź poprawkę, że to są kraje bogate, a człowiek na dorobku nie może zachowywać się jak stara ciotka śpiąca na workach złota. Te kraje do bogactwa dochodziły zgoła inaczej w innych czasach i warunkach! Powinniśmy brać przykład z naszych sąsiadów, byłych państw satelickich ZSRR a tu najjaskrawszym przykładem sukcesu, czy tego chcesz czy nie jest ESTONIA:)
26 Lutego 2008 o 21:47
@Żydomason Lewicki
“Stawki podatkowe nie maja tu nic do rzeczy, dla większości Normalnych nie ma znaczenia % podatku, lecz to, ile mu zostaje w kieszeni i co za to może kupić”
No właśnie! I dlatego w bogatych krajach można nakładać wysokie podatki. Z tego co ludziom zostanie i tak można nieźle żyć, więc się nie buntują. Ale to nie znaczy, że nie mogłoby im być lepiej, gdyby płacili mniej.
26 Lutego 2008 o 22:07
Estonia nie była państwem satelickim ZSRR, tylko jego częścią.
“człowiek na dorobku nie może zachowywać się jak stara ciotka śpiąca na workach złota.”
Najbogatsze kraje nie śpią na workach złota, one cały czas notują przyrost PKB w bezwzględnej wysokości najwyższy w świecie.
Stara to i durna bajka mikkolubów, że najbogatsi żyją dzięki temu, co odkładali przez długi czas. Dość spojrzeć na pozycję nr 2 na liście najbogatszych - Irlandię, która jeszcze w latach 70-tych była najbiedniejszym krajem Europy Zachodniej.
26 Lutego 2008 o 22:20
Fakt, Estonia była częścią ZSRR ale to tylko dowodzi, że mieli jeszcze gorzej na starcie a nie lepiej.
W Irlandii obniżono deficyt budżetowy i inflację niemal do zera, jak Ty chcesz tego dokonać w Polsce utrzymując to bagno? Nie ta mentalność, tam nie było homo sovieticus, tutaj homo sovieticus jest większość społeczeństwa która to większość zgodnie z obrzydliwym ustrojem sprawuje rządy.
26 Lutego 2008 o 22:22
@Spartan:
“Ale to nie znaczy, że nie mogłoby im być lepiej, gdyby płacili mniej.”
No dobrze, przyjmę tok “myślenia” mikkolubów - gdy są niższe podatki, może być jeszcze lepiej!!!!! Urraaaaaa!!! Za rodinu, za “Korwinu” - no to stosujemy:
Mamy podatki 30%, ale chcemy mieć lepiej, obniżamy na 25%
Mamy już obniżone podatki na 25%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, obniżamy na 20%
Mamy już obniżone podatki na 20%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, obniżamy na 15%
Mamy już obniżone podatki na 15%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, obniżamy na 10%
Mamy już obniżone podatki na 10%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, obniżamy na 5%
Mamy już obniżone podatki na 5%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, obniżamy na 0%
Mamy już obniżone podatki na 0%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, państwo nie pobiera podatków, lecz dopłaca każdemu obywatelowi 5%
Mamy już dopłatę od państwa 5%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej….
—–
Widzisz już, że bajdurzyłeś?
Nie obnizanie podatkow jest dobre, lecz ustalanie ich na ODPOWIEDNIM poziomie.
26 Lutego 2008 o 22:28
Grzesiu tak, ale wychodząc z obecnego progu trzeba OBNIŻYĆ podatki, by ustalić je na odpowiednim poziomie. Wojsko, policja, drogi, zabytki i tyle. Reszta prywatna.
26 Lutego 2008 o 22:42
@C>K>M:
“W Irlandii obniżono deficyt budżetowy i inflację niemal do zera”
A gdzie tu obniżka podatków - no bo o podatkach pitoli Mikke, a mikkoluby poszczekują za nim :-)
26 Lutego 2008 o 22:55
@C>K>M:
“wychodząc z obecnego progu trzeba OBNIŻYĆ podatki, by ustalić je na odpowiednim poziomie. Wojsko, policja, drogi, zabytki i tyle. Reszta prywatna.”
Domyślam się, że masz przykłady państw, które zastosowały to rozwiązanie i są najbogatsze, nieprawdaż ?
Chłe, chle, chle :-)
26 Lutego 2008 o 23:09
Co P. Chlewicki powie na cytat Hoppego do ktorego sie nie odniosl:
Z faktu, że korelacja pomiędzy wysokim opodatkowaniem i bogactwem wystąpiła później niż korelacja pomiędzy niskimi podatkami i biedą wywodzi się teza, że wzrost opodatkowania pomnaża bogactwo. Takie rozumowanie jest równie przekonujące jak argument – wyśmiewany przez Saya – że ponieważ bogaci ludzie konsumują więcej niż biedni, to wysoki poziom konsumpcji musi być przyczyną bogactwa.[5] Z samej definicji konsumpcji wynika, że jest to niemożliwe – bogaci nie są bogaci z powodu wysokiego poziomu konsumpcji, ale przez to, że wcześniej powstrzymywali się od konsumpcji i angażowali w działania tworzące wartość. Z samej definicji opodatkowania wynika, że narody nie rozwijały się dzięki wysokim podatkom, ale wbrew im.
Czyli wyganiamy polowe ludzi, zeby druga polowa dobrze zaczela zarabiac? I polowe z tej polowy, jakby sie nie udalo? Ewentualnie kolejna polowe, jak bedzi ejeden fryzjer, to na pewno bedzie duzo banknotow zarabial!
—
““wychodząc z obecnego progu trzeba OBNIŻYĆ podatki, by ustalić je na odpowiednim poziomie. Wojsko, policja, drogi, zabytki i tyle. Reszta prywatna.”
Domyślam się, że masz przykłady państw, które zastosowały to rozwiązanie i są najbogatsze, nieprawdaż ?
Chłe, chle, chle :-)”
Shit…no niestety tak tworzyly sie najszybciej rozwijajace sie panstwa, ktora wlasnie teraz sa najbogatsze, badz byly poki nie odeszly od ww. zasad. Ale oczywiscie zadna teza nie moze obalic dialektyki - trolliki! Trollizm jest nieobalalny! Chłe chłe chłe!! Pamietajcie wstretne mikkoluby, chłe chłe chłe!
26 Lutego 2008 o 23:59
@Żydomason Lewicki
“Mamy już obniżone podatki na 0%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej, państwo nie pobiera podatków, lecz dopłaca każdemu obywatelowi 5%
Mamy już dopłatę od państwa 5%, ale chcemy mieć jeszcze lepiej….”
Państwo nie może dopłacać przy zerowych podatkach. Idąc dalej tym rozumowaniem zaczynasz już podnosić podatki, a więc z pewnością postępujesz wbrew poglądom “mikkolubów”. A poza tym, czyżbyś uważał, że władza nie może ustanowić zbyt wysokich podatków?
26 Lutego 2008 o 23:59
Grzesiu, jeżeli pomysł jest dobry, to dlaczego, nie zastosować go jako pierwsi?
Za komuny lamentowano, że jak uwolnić menu w restauracjach, to będzie tragedia, a jak sprywatyzować weterynarie, to psy będą zdychać na ulicach. Otóż jak widzisz gastronomia kręci się jak oszalała, a psy na ulicach nie zdychają. Hutnictwo po sprywatyzowaniu przynosi zyski, a hutnicy piszą petycje byleby broń boże znowu nie upaństwowić. Podobnie z górnictwem na całym zachodzie. To czemu nie z medycyna, emeryturami, krzywymi bananami, za małymi śledziami, wysokością lamperii w szkołach?
27 Lutego 2008 o 00:26
Panowie, darujcie sobie, do grzesia argumenty nie docierają.
27 Lutego 2008 o 00:28
Pokonywanie trudności jest twórcze czyli pod wpływem opodatkowania człowiek szuka kompensacji żeby utrzymać poziom a nawet podnieść poziom życia, poprzez np. zwiększenie wydajności, a gdy to nie pomaga to obcina wydatki rozpraszające np z ilości dzieci przechodzi na jakość dzieci i tu jest mały haczyk, czyli wymienialność pokoleń, przykład “co robi świetnie wyszkolony i wyposażony żołnierz gdy atakuje go 10 barbarzyńców z maczugami? Zabija ich. A co robi gdy atakuje go 100 barbarzyńców z maczugami? Ucieka!
27 Lutego 2008 o 00:35
Wolałbym swoją twórczość rozwijać na inne sposoby niż walką o przeżycie od pierwszego do pierwszego…
27 Lutego 2008 o 15:32
zabawne ale wiekszość z was wogóle chyba nie rozumie o co chodzi lewickiemu:)
przecież nie jest on ani przeciwnikiem wolnego rynku czy prywatycazji a jedynie pokazuje że we wspólczesnym nowoczesnym państwie zdecydowana wiekszość obywateli nie chce by państwo ograniczało sie wyłącznie do roli policjanta i żołnierza…że najbogatsze i najszybciej rozwijajace sie kraje maja progresje podatkową i INWSTORZY z nich nie uciekają
gdyby sukces gospodarczy był uzalezniony wyłącznie od niskich podatkó to inwstorzy wykupiliby saharę i tam zbijali kokosy..a nie domagali sie by państwo wykształciło im pracowników i zbudowało infrastrukturę
czy lepiej jest zarobić 100 zł i zapałcić 10% podatku?
czy lepiej zarobić 1500 zł i zapłacić 30%?
ps. apropo podatku “pogłównego” to jego zwolennikom radze sie dobrze najpierw “po głowie” uderzyć i chwilę pomysleć
27 Lutego 2008 o 15:57
@r27
“gdyby sukces gospodarczy był uzalezniony wyłącznie od niskich podatkó to inwstorzy wykupiliby saharę i tam zbijali kokosy..a nie domagali sie by państwo wykształciło im pracowników i zbudowało infrastrukturę
czy lepiej jest zarobić 100 zł i zapałcić 10% podatku?
czy lepiej zarobić 1500 zł i zapłacić 30%?”
Ale za to rejestrują się w rajach podatkowych. Wysokie podatki są dla biednych i średnio zamożnych. I oczywiście lepiej zapłacić 30% od 1500 zł. Dlatego właśnie w bogatych krajach mogą być wysokie podatki i nadal będzie tam wysoki poziom życia. Ale byłby jeszcze wyższy, gdyby państwo zajmowało się mniejszą ilością rzeczy i dzięki temu mniej łupiło obywateli.
27 Lutego 2008 o 17:04
@Drugi mason:
“Z samej definicji opodatkowania wynika, że narody nie rozwijały się dzięki wysokim podatkom, ale wbrew im.”
Tak było tylko w m***rchii, gdzie podatek był łupieniem ludzi, by m***rcha mógl sobie robic co chciał. W Demokracji podatek jest opłatą za rozmaite uslugi, ktore państwo świadczy w zamian.
——
“Domyślam się, że masz przykłady państw, które zastosowały to rozwiązanie i są najbogatsze, nieprawdaż ?
Chłe, chle, chle :-)”
Shit…no niestety tak tworzyly sie najszybciej rozwijajace sie panstwa, ktora wlasnie teraz sa najbogatsze, badz byly poki nie odeszly od ww. zasad.”
Kolejne kłamstwo mikkolubów.
Zobacz najbogatszych - Lichtenstein, Irlandię. Norwegię Nie stosowały te państwa bardzo niskich podatków tylko na wojsko, policję, drogi, zabytki - a dorobiły się największego bogactwa.
======
@Spartan:
“Państwo nie może dopłacać przy zerowych podatkach.”
No brawo, wreszcie zajarzyłeś!!
Właśnie po to podalem ten cykl “obniżek podatków” - by po dojściu do absurdu mikkoluby pojęły, jak bardzo bredzą, twierdząc, że zawsze obniżenie podatków jest dobre.