Po raz kolejny przeczytałem w komentarzu, że Leszek Balcerowicz bezpodstawnie tytułowany jest profesorem, bo profesury nie ma. No ale Milton Friedman by się w Polsce na profesorski tytuł także nie załapał, bo nie ma habilitacji. Pewnie dlatego, że w USA w ogóle nie ma czegoś takiego jak habilitacja. A coś mi się wydaje, że poziom badań naukowych jest tam niewspółmiernie wyższy niż w Polsce.
Pan Prezydent Kaczyński (nota bene profesor), który nie wręczył nominacji sędziowskich tym, którzy mu się nie podobali, pewnie nie mianowałby ich również na stanowisko profesora, gdyby któryś z nich był doktorem habilitowanym.
Profesorów „belwederskich” jest ci za to u nas dostatek. I to o wielkim dorobku naukowym i dydaktycznym. Bo przecież kiedyś Przewodniczący Rady Państwa wręczał nominacje tylko najlepszym z najlepszych… Nieprawdaż?
A przy okazji: tak długo, jak długo “samodzielni pracownicy naukowi” będą rządzić wieloma prywatnymi uczelniami wyższymi (bo ustawa o szkolnictwie wyższym tego wymaga), poziom nauczania na tych uczelniach będzie taki sam, jak w czasach, gdy zostawali oni “profesorami”.
“Samodzielnych” pracowników naukowych nie jest zbyt dużo – dziś jak ktoś coś umie, to zajmuje się zarabianiem pieniędzy, a nie ślęczeniem nad habilitacją za 750 euro miesięcznie. Więc skoro są oni niezbędni – to na wielu “wyższych uczelniach” zostali “wskrzeszeni” niegdysiejsi piewcy socjalizmu.
PiS zdiagnozował chorobę po części prawidłowo. Ale co postanowił zrobić? Zamiast znieść habilitacje i uprzywilejowanie starej profesury, chciał założyć nowy uniwersytet!!! Ze swoimi profesorami!!! Certyfikat wystawiał by im oczywiście Profesor Prezydent Kaczyński. Umrzeć można od takiego leczenia!
Z panem profesorem Balcerowiczem nie zgadzaliśmy się w bardzo wielu sprawach. Nie od dziś, tylko od początku. Ja sobie szczególnie upodobałem ustawę o uregulowaniu stosunków kredytowych z grudnia 1989 roku.
Była ona nie tylko sprzeczna z Konstytucją, ale także napędziła klienteli wyborczej Samoobronie. O węglu i górnictwie wspominałem w poprzednim wpisie. O ocenie pomysłu “schładzania ” gospodarki w 1998 roku już nawet nie wspomnę. Z pietyzmem przechowuję list z tamtego okresu – jako dowód swojego kombatanctwa w walce z niektórymi jego pomysłami – w którym wezwał mnie do przeproszenia go za słowa krytyki na łamach Rzeczpospolitej.
Ale mimo to sadzę, że o wiele bliżej mu do profesora, niż paru innym profesorom. A ja lubię amerykanizmy. Więc pan profesor pozostanie dla mnie, mimo wszystko, profesorem.
UWAGA! Masz problem z obsługą strony, e-wydania lub księgarni? Napisz do nas: pomoc.nczas@gmail.com
W internetowej księgarnii pojawiły się nowe pozycje. Osoby mieszkające w Warszawie zamówienie mogą odebrać osobiście:
● Dekadencja (Janusz Korwin-Mikke): Zmian kulturowych, które zachodza w Unii Europejskiej nie da sie ukryc. Nie da sie tez ukryc, ze zmiany te nie sa spontaniczne, a starannie planowane. Czy winic trzeba, tak jak JKM - dekadencje?
● Kosciol a wolny rynek (Thomas Woods): Katolicka obrona wolnego rynku. Czy bieda jest blogoslawiona, a bogactwo przeklete? Ksiazka o tym, ze liberalizm, jak niewiele innych pradow umyslowych, jest bliski nauczaniu Chrystusa, ktory w swoich naukach uwalnial czlowieka z wiezow opresyjnej wladzy i zakazow odbierajacych mu godnosc i wolna wole…
● Ekonomia Wolnego Rynku. Tom 1 i Tom 2 (Murray Rothbard): Wreszcie w Polsce! Pierwszy tom najwazniejszego dziela amerykanskiego profesora Murraya N. Rothbarda, najwybitniejszego ucznia samego Ludwiga von Misesa! Ksiazka lamie monopol przestarzalych, nieaktualnych i falszywych podreczników ekonomii obowiazujacych na polskich uczelniach.
________________________________________________________
zachęcam do odwiedzenia internetowej księgarni nczas.com
KSIĄŻKI JANUSZA KORWIN MIKKE W ATRAKCYJNYCH CENACH!
● tylko wyselekcjonowane pozycje książkowe najlepszych Autorów!
● stawiamy na jakość, nie na ilość!
● książki wysyłamy dwa razy dziennie (tylko priorytetem)
● już wkrótce nowe kanały płatności
________________________________________________________
zachęcamy do zamówienia e-prenumeraty Najwyższego Czasu!
● Kupując e-wydanie wspierasz rozwój portalu nczas.com - KAŻDA wpłacona złotówka przekłada się na ilość tekstów na stronie
● 10 kolejnych numerów kosztuje jedynie 30 zł
● To tylko 3 zł za numer - czyli niecałe 10 gr za artykuł!
● W e-prenumeracie numer pojedynczy kosztuje tyle samo co podwójny (zawsze płacisz 3 zł zamiast 5 / 7 zł, które musiałbyś wydać w kiosku!)
Kliknij tutaj, aby zamówić e-prenumeratę
N. Sarkozy został sfotografowany z “Kapitałem”. Niemiecki minister finansów P. Steinbrück stwierdził, że “niektóre poglądy myśliciela nie są nawet takie złe”. 3 komentarzy
Chcą wystawiać w szkołach spektakl o królewiczu, który zamiast wybranki znalazł wybranka 7 komentarzy
Kryzys finansowy i ekologiczny jako główne tematy obrad Rady ds. Społecznych Episkopatu Polski. 1 komentarz
Zabrali ojca do aresztu pod zarzutem “fizycznego znęcania się nad dzieckiem” 10 komentarzy
Pakiet działań “wspierających koniunkturę gospodarczą” za 130 mld. 5 komentarzy
“Demokracja” aż do skutku: wiosną 2009 Irlandczycy zagłosują ponownie!? 26 komentarzy
1 Lutego 2008 o 00:20
“The grass is always greener on the other side of the fence”. W publikacjach Najwyzszego Czasu Ameryka czesto sluzy jako przyklad kraju, gdzie zachowano o wiele wiecej rozsadku niz w Europie i Polsce. Projektujemy nasze wlasne idee na inne kraje, bo chcemy wierzyc, ze nasze idee moga byc realizowane w praktyce. Nie widac takiej realizacji wokol nas, wiec moze w USA, albo w Chinach, albo w Korei? Sam psioczylem na system habilitacji …
W Stanach jest jeszcze gorzej, bo habilitacji wogole nie ma. Dlatego kryteria pozanaukowe w ocenianiu pracy na uczelniach USA sa jeszcze silniejsze. Poziom badan na amerykanskich uczelniach nie jest wcale wyzszy niz w Polsce. Poziom nauczania jest zdecydowanie nizszy. Zycze polskim wyzszym uczelniom by nie ulegaly redukcjonistycznym tendencjom modnym na Zachodzie, a w szczegolnosci w Stanach, lecz zeby odwolywaly sie do najlepszych tradycji polskiej nauki, oraz kultywowaly i rozwijaly te tradycje. Wiele krajow moze nam ich pozazdroscic.
Niestety zbyt czesto zdarza sie, ze prac w kierunku zmian dopiero wtedy zauwazamy jak wiele tracimy, gdy jest juz za pozno …
1 Lutego 2008 o 02:39
W cywilizowanych krajach naukowcy zajmują się nauką.
W dzikich, będących w ruskiej strefie wpływów - pisaniem bzdetnych “prac naukawych” i zdobywaniem kolejnych idiotycznych “stopni naukowych” i szczebli w rzekomej “karierze naukowej”.
Polska niestety do dziś ma w nauce naleciałości rusko-komunistyczne.
Trochę się normalizuje - zlikwidowano oficjalnie stopień docenta, ale nadal różne dupki domagają się, bym ich nazywał “docentem”. Zlikwidowano dwustopniowe specjalizacje (jakby można było być półchirurgiem czy półinternistą:-) - nawiasem mówiąc to jeszcze nic, w Związku Radzieckim stopni specjalizacji lekarskiej było aż pięć!!!
Ale nadal utrzymuje się idiotyczny “stopień” profesora - gdy w USA Medical Doctor z chwilą objęcia katedry obejmuje jedynie czasowe STANOWISKO profesora, a kończąc kierowanie katedrą już nie jest profesorem - bo najwyższym stopniem naukowym jest doktor.
W każdym bądź razie ja nie mam zaniaru się habilitować, na profesurę, choćbym chciał nie mam szans (układy…), a moich kolegów ze “stopniami” profesorskimi publicznie nazywam “doktorami”.
Gdy jakiś bubek oburza się, że “ja nie jestem doktorem, tylko profesorem” ripostuję - “bardzo mi przykro, panie kolego, że odebrano panu jedyny naukowy tytuł w medycynie - tytuł doktora nauk medycznych. Co pan kolega narozrabiał?” :-)
1 Lutego 2008 o 02:46
Dobrze by bylo poprzec ta opinie jakimis dowodami,nieprawdaz? Wedlug mnie poziom nauczania wyzszego jest duzo lepszy niz w Polsce a wyrazem tego sa nagrody Nobla w wielu dziedzinach otrzymane w wiekszosci przez naukowcow amerykanskich. Ale tak sie mozna przekomazac,natomiast ciekawe jest skrytykowanie w komentarzu kryteriow poza naukowych. A ja uwazam ze to wlasnie to ze uczelnie przyznaja tytuly bez zadnych habilitacji jest plusem,oczywiscie w warunkach wolnego rynku,ktorego w Polsce nie ma.
1 Lutego 2008 o 15:36
Nasz system nadawania tytułów i stopni naukowych wzorowany jest na systemie niemieckim. Moim zadniem nie stanowi żadnej przeszkody w rozwijaniu nauki i karier naukowych polskich naukowców. To czy mamy tylko doktora czy doktora habilitowanego jest mało istotne. Porównanie stopni naukowych i tytułów naukowych do analogicznych stosowanych np. w USA nie jest wcale proste. Wystarczy zobaczyć np listę stopni naukowych w USA, aby zrozumieć że przeniesienie naszych licencjatów, magisterek czy stopni inżynierskich może być trudnym zdaniem. Samych “Bachelor of Science” i “Master of Science” jest chyba ze 100 (http://en.wikipedia.org/wiki/Bachelor’s_degree). Sczasami stopień B.Sc. otrzymuje się po 3-ech, czasami po 4-ech latach studiów, podobnie jak u nas licencjat lub magisterkę. Tyle samo jest problemów jest z odnoszeniem naszych tytułów doktorów i doktorów habilitowanych do anglosaskiego Doctor of Philosophy. Ogólnie można powiedzieć, że nasz doktor to mniej niż ich i odpowiada bardziej ichniemu Master Of Science, chociaż nieraz tak tłumaczy się nasz stopień magistra. Zmiana naszego systemu nadawania stopni i tytułów byłaby mało celowa, zważywszy na złogi doktorów zalegające na naszych uczelniach. Co z nimi zrobić? Znacznie poważniejszym problemem jest jakość prac doktorskich i ogólnie styl i poziom uprawiania nuki. A i jakość i styl są kiepskie. Do zrobienia doktoratu np. w ekonomii wystarczy zapisać się na tzw studia doktoranckie, wyskrobać pracę doktorską i zdać egzamin doktorski. Praktycznie żaden dorobek naukowy nie jest potrzebny. Niczym się to nie różni od zwykłej szkoły. Szczególnie trudna sytuacja jest na tzw. “odcinku” interdyscyplinarnym, gdy próbuje się połączyć rezultaty różnych dyscyplin. Znam przypadki doktoratów z medycyny, które polegały na staytystycznym opracowaniu wyników jakiejś tam metody leczenia. Pomijam już to, że w przypadku, gdy mamy 60-ciu lub 100 pacjentów na których testowano rozmaite podejścia, stosowanie statystyki w celu wyciągnięcia rozsądnych wnisków specjalnie sensu nie ma. Ale za to jak groźnie takie prace wyglądają. Pierwszych 5 stron to ogólny wstęp, następne 30 stron to opisanie metodologii statystyki matematycznej z góą wzorów i matematycznych pojęć, dalej idą przykłady i opis konkretnego przypadku rozłożony na czynniki przy pomocy terminów statystycznych i na koniec wnioski - coś około 10 stron. A na marginesie samo pojęcie “pracownik nauki” jest strasznie zabawne i powstało pewnie w okresie, kiedy niepodzielną władzę sprawował lud pracujący miast i wsi.
1 Lutego 2008 o 20:22
W Polsce tytuł profesora niewiele ma wspólnego z osiągnięciami naukowymi. W dalszym ciągu decydujący wpływ mają układy personalne a konkretnie powiązania ze stałymi bywalcami w CK, komsomolsko-zetempowskimi korzeniami, pronowskimi, którzy dyspozyjnymi “recezentami”, jednym głupawym sloganem potrafią zrobić z nieuka profesora a rzetelnego badacza utrąca się,bez żadnych szans dyskusji. Głosowanie w CK i radach naukowych zakrawa na kpinę. O wyniku decydują ludzie przeróżnych specjalności, którzy w przedmiotowej sprawie nie mają żadnego pojecia a nawet nie wiedzą nad czym w danej chwili głosują. I ten systemn trzyma się mocno. PIeS dużo szczekał ale nie gryzł.
2 Lutego 2008 o 00:14
@George:
“Znam przypadki doktoratów z medycyny, które polegały na staytystycznym opracowaniu wyników jakiejś tam metody leczenia. Pomijam już to, że w przypadku, gdy mamy 60-ciu lub 100 pacjentów na których testowano rozmaite podejścia, stosowanie statystyki w celu wyciągnięcia rozsądnych wnisków specjalnie sensu nie ma.”
—-
Nie ma sensu uczyć mikkolubów nawet czytania i pisania - bo do czego ta sztuka jest potrzebna np. mikkolubowi George, skoro nic nie rozumie?
Podstawą pracy naukowej w medycynie jest statystyka. Przecież gdyby doktorat nadawano tylko za odkrycie nowej metody leczenia - to by polskie i światowe uniwersytety medyczne świeciły pustkami z braku kadry.
Ktoś raz na ruski rok wymyśla nowy lek czy nową technikę operacyjną - a inni sprawdzają jej przydatność, do czego jest potrzebna statystyka.
I jest sens analizować statystycznie 60 pacjentów. Nawet kilkunastu pacjentów może stanowić znamienną statystycznie grupę badaną (np. dla rzadko występujących chorób), zwłaszcza, że istnieje coś takiego, jak metaanalizy.
2 Lutego 2008 o 06:24
Krotko odpowiadam abaraba. Problem spadku poziomu nauczania w Stanach jest
dobrze znany, choc oficjalnie uniwersytety naogol zaprzeczaja z oczywistych powodow. Dynamika przemian w dalszym ciagu jest negatywna.
(1) Wedlug broszury, ktora otrzymalem kilka miesiecy temu:
Trzydziesci lat temu student literatury angielskiej w kursie z literatury danego okresu musial przeczytac “az 18 pozycji”.
Dzis do tego kursu maja jedna pozycje, antologie fragmentow odpowiednio (PC)
wybranych. Ponadto studenci ogladaja filmy w czasie zajec. Te zmiany z duma
okreslono jako postep!
Ja pamietam kolegow studiujacych polonistyke w Polsce, ktorzy czytali ponad
sto pozycji rocznie …
(2) Z bezposredniej relacji osoby studiujacej:
Uniwersytecki kurs literatury angielskiej bez zadnych esejow, komentarzy, wypracowan, interpretacji. Wszystkie egzaminy to … multiple choice tests!
(3) PC kompletnie dominuje uniwersytety, szczegolnie wydzialy humanistyczne. Skojarzenia z gleboka komuna trudno uniknac.
Ponizej podaje cztery linki. Pierwszy dotyczy glownie szkolnictwa sredniego, ktorego jednak nie da sie oddzielic od szkolnictwa wyzszego. Ostatni, to
oczywiscie zart.
Nie jest moim celem krytykowanie systemu amerykanskiego. A polski system jest
rowniez daleki od idealu. Chce jednak przestrzec przed postulowaniem nieprzemyslanych zmian w skali calego kraju na podstawie ogolnego poczucia niezadowolenia, frustracji, zaslyszanych opinii, czy indywidualnych obserwacji. Te specjalnosc pozostawmy lewicy. Jesli chcemy zmian, powinnismy dokladnie wiedziec jakich, i w opoarciu o jakie zasady. Powinnismy wiedziec dokladnie co chcemy uzyskac, a przed wszystkim, co mozemy stracic!
Niejednokrotnie slyszalem slowa podziwu i zazdrosci ze strony Amerykanow, dotyczace systemow edukacyjnych europejskich, w tym polskiego. Pewnie jest
w tym rowniez cos z powiedzenia “The grass is always greener on the other side of the fence.” Ja jednak sklaniam sie do opinii, ze w tym przypadku moga oni miec sporo racji.
Oto zapowiedziane linki:
http://home.att.net/~mwhodges/education.htm
http://www.mackinac.org/article.aspx?ID=5209
http://www.bus.lsu.edu/accounting/faculty/lcrumbley/HarvardGradeInflation.htm
http://www.bus.lsu.edu/accounting/faculty/lcrumbley/evomath.html
2 Lutego 2008 o 09:48
Do Szanownego PQR:
Wybitny rosyjski matematyk V.I.Arnold posunął się nawet dalej w krytyce wpływu amerykańskiego stylu w systemach oświaty i edukacji na świecie i nazwał go “antynaukową rewolucją”. W swojej pracy zatytułowanej “The antiscientifical revolution and mathematics” nie zostawia na nim suchej nitki. Pozwolę sobie zacytować kilka wymownych fragmentów z owego tekstu (bez wiedzy autora):
“The situation is similar to that of the history of the Hellenic culture, destroyed by the Roman Empire, which was only interested by final results, those useful for millitary application, navigation and architecture (fragment dotyczy problemu rugowania matematyki z programów szkolnych - przyp. mój). The Americanization of the society in most countries, which one observes now, could lead to a similiar annihilation of the science and the culture of the present day Humanity.
Liz studied the history of art at Harvard. At a lesson of French language she was asked, whether she had visited France (”Yes”), Paris (”Yes”), whether she had seen the Notre Dame de Paris Cathedral (”Yes”) and whether she liked it (”No”). “Why?” - the question came. “It is so old” - Liz answered”
Gdyby ktos myślał, że to tylko na amerykańskich uniwersytetach dzieją się takie cuda, oto inny fragmencik:
“The biology department of the University of Gothingen has aked that the mathematicians provide a course in number theory. The mathematicians, initially puzzled by this proposal, discovered that what the biologists wanted was to teach students the addition of fractions. Many of the Gothingen Univeristy’s students prefer to add the nominators and the denominators separately, like the American students do: 1/2 + 1/3 = 2/5.”
Posiłkowanie się przez p. Gwiadowskiego amerykańskimi uniwersytetami jako przykładami wzorowych rozwiązań, ktore powinniśmy naśladować, jest co najmniej dyskusyjne. Osobiście przychylam się do zdania W.I. Arnolda: amerykanizacja (niektórzy mówią makdonaldyzacja) kultury, sztuki i nauki oznacza jej upadek.
2 Lutego 2008 o 14:35
@Grzegorz Lewicki
Widzisz Grzesiu i tu Cię popieram. Zdecydowanie. Statystyka jest podstawą w badaniach naukowych. A wiele testów statystycznych pozwala na uzyskanie istotnych (statystycznie) wyników już przy próbie liczącej 30 obserwacji. Oczywiście warto mieć próbę kontrolną o podobnej liczebności, żeby móc porównać wyniki i ewentualnie sprawdzić różnice w rozkładzie, różnice miar tego rozkładu itd. Wszystko oczywiście zależy od tego co badamy. Jeśli ktoś szacuje model ekonometryczny z 10 zmiennymi niezależnymi, to wtedy 30 obserwacji oczywiście nie wystarcza, ale po co o tym dyskutować? To tajniki badań naukowych, o których zwykli śmiertelnicy mogą nie wiedzieć i tyle. Zgadzam się z pomysłem, że habilitacje należałoby zlikwidować, a profesurę związać z funkcją objęcia katedry a nie tytułem naukowym. Pozdrawiam wszystkich doktorów.
dr Totti
2 Lutego 2008 o 17:33
Do dr Totti
I owszem. Matematyka jest podstawą badań w naukach przyrodniczych. Ważną role odgrywa probabilistyka, a szczególnie jej dział nazywany statystyką, chociaż nie wszyscy zgadzają się z wyodrębnianiem statystki jako niezależnego przedmiotu. Jednak zarówno zastosowania matematyki, jak i wnioski płynące z uzyskanych rezultatów powinny być formułowane bardzo ostrożnie, bowiem często są po prostu naciągane, żeby nie powiedzieć wadliwe. Zbyt często aparat matematyczny wykorzystuje się tylko dlatego, że nadaje on naukowy wygląd jakimś tam dociekaniom. Polecam gorąco zbiór esejów naszego wybitnego matematyka, Hugona Steinhausa, który ukazał się w zbiorku pod tytułem: “Między duchem a materią pośredniczy matematyka”, a szczególnie artykuł “Głos w dyskusji na konferencji: Statystyka jako metoda poznawcza”. Steinhaus nie dość, że był wybitnym teoretykiem, to nie stronił, co jest dość rzadkie u matematyków, od zastosowań tej nauki w naukach przyrodniczych. A na koniec autentyczne zdarzenie, obrazujące pewien fenomen braku ostrożności w stosowaniu matematyki. Rzecz dziej się na pewnej uczelni techniczne, nazywanej politechniką. Na wydziale chemicznym pewien młody, zdolny eksperymentator pracuje nad zagadnieniem wykorzystania pewnych substancji w fotoogniwach. Projekt jest finansowany grantem, przy okazji jednak ów młody, zdolny eksperymentator pracuje nad doktoratem. Uzyskał zadowalające wyniki eksperymentalne, jednak w pracy doktorskiej musi być odpowiednia podbudowa teoretyczna, z dużą dawką matematyki. Jednak już na początku ów badacz trafił na problemy nie do przebrnięcia, które sprowadzały się do rozwiązania równani różniczkowego uwikłanego postaci F(x,y,y’)=0. Zwrócił sie więc, i słusznie, do pewnego matematyka, który stwierdził, że równani tego nie da sie rozwiązać explicite, można je tylko przebadać, w szczególności określić kilka własności rozwiązań. Jednak badacz był nieustępliwy i bardzo chciał wzoru w postaci y=f(x). Matematyk po zastosowaniu standardowych metod uzyskał najpierw równanie różniczkowe y’=F(y,x), przy czym zastrzegł, że koniecznie trzeba zbadać czy aby nie mamy do czynienia z jakąś niestabilnością, która mogłaby wywrócić wszystko do góry nogami. Badacz był niewzruszony i zupełnie tym niezainteresowany. Dalsze “upraszczanie” równania doprowadziło w końcu do równania y’=f(x) ale i f nie za bardzo chciała się scałkować, aby dać upragnione rozwiązanie y=f(x). W ruch poszła siekiera i po arbitralnym odrzuceniu w rozwinięciu funkcji członów wyższego rzędu wreszcie pojawił sie rezultat: y=W(x), W był wielomianem. Szczęśliwy badacz zabrał wszystkie obliczenia i nawet słuchać nie chciał matematyka, że funkcja ta może się mieć nijak do rzeczywistego rozwiązania. Ostatecznie w eksperymencie wszystko poszło mu jak trzeba, a matematyka potrzebna była tylko do tego, aby przyozdobić pracę doktorską i nadać jej ścisły, naukowy charakter.
2 Lutego 2008 o 21:44
Błąd polega na łączeniu zdobywania stopni akademickich z rozwojem nauki. Większość pracowników akademickich koncentruje się na zdobywaniu uznania dla siebie przez zaliczanie kolejnych stopni akademickich, brnąc mozolnie przez publikacje, zdobywanie uznania kolejnych “promotorów” i recenzentów itd. Historia największych osiągnięć nauki jest pełna samorosłych geniuszy, którzy swoje osiągnięcia zawdzięczają nie pracy w aparacie akademickim ale głównie obok niego a często poza nim. Ilu z uniwesyteckich pracowników naukowych będzie cokolwiek wymyślać kiedy pozbawi się ich etatu na uczelni ?
3 Lutego 2008 o 11:47
PQR:
Najlepsze 2 polskie uniwersytety (warszawski i krawkowski) znajduja sie w rankingu najlepszych szkol wyzszych na 300 - 400 miejscu.
Pierwsza 10 to od lat glownie szkoly Amerykanskie. Z europejskich tylko sa 2 szkoly angielskie.
Sek w tym, ze w stanach uczysz sie na studiach jak byc specjalista w swojej dziedzinie. To inwestycja. Ludzie placa gigantyczne pieniadze zeby moc studiowac na renomowanej uczelni i zarywaja noce zeby przebic sie pomiedzy tlum chetnych. Efekt tego jest taki, ze osoba ukonczywszy jakis tam kierunek w stanach jest od razu przygotowana do do pracy w zawodzie. A ile osob w polsce pracuje na stanowisku zwiazanym z tym czego sie uczyl ? Do tego dochodzi sprawa sciagania. Tam jest to przestepstwo, u nas oznaka sprytu i zaradnosci. Tam jak ktos sie wybiera na studia, to raczej jest to osoba zdeterminowana, ktora chce osiagnac sukces. U nas ? U nas to standart ze sie idzie na byle co byle by miec papier.
Pisanie, ze cos tam studenci w Polsce musza wiecej czytac swiadczy o nieskutecznosci systemu nauczania jaki panuje w Europie. Mianowicie w Europie w nauce panuje ENCYKLOPEDYZM, a w stanach PRAGMATYZM. Po co sie uczyc czegos co Ci sie nie przyda w przyszlosci w zyciu zawodowym ? A jak chce sie czegos dowiedziec wiecej, to sam biore ksiazke i czytam. Efekt jest jaki jest. To w stanach jest gigantyczna ilosc specjalistow, a u nas gigantyczna ilosc ludzi nie wiedzacych co robi na studiach i co studiuje i po co.
3 Lutego 2008 o 14:33
@George:
Ależ ja się z Tobą całkowicie zgadzam. Z mojego stwierdzenia nie wynikało, że stosowanie statystyki zabezpiecza przez popełnieniem głupoty. Wydaje się, że z obu naszych tekstów wyłania się jeden wniosek - rzetelność badań (metodologia!!!) to warunek konieczny (ale nie jest on dostateczny) do tego, aby wynik można było uznać za istotny. Niestety jest tak, że czasem różne metody stosuje się po to, żeby zachować tylko pozór naukowości.
Pozdrawiam
3 Lutego 2008 o 18:06
Do Szanownego Dzejk:
I ja się z amerykańskim podejściem nie zgadzam. Zresztą najlepsze amerykańskie uniwersytety starają się zachować pozory i nawiązać do greckiej tradycji, polegającej na pewnej wszechstronności wykształcenia. Na kierunkach ścisłych na uniwersytecie Princeton czy MIT wcale nierzadkie są kursy poezji czy literatury. I bardzo dobrze. Elementem wyższego wykształcenia powinno być oczywiście przygotowanie zawodowe, ale ograniczanie się do tego to swojego rodzaju zbrodnia na edukacji. Faktycznie w USA ceni się specjalistów, jednak świat się dynamicznie zmienia i nikt nie zagwarantuje, że wybitny specjalista w jakiejś dyscyplinie nagle nie zostanie bez pracy, bo jego wiedza przestanie być potrzebna. Tak np. było z programistami Cobolu, którzy dość szybko zostali “wyautowani” i stracili szansę na pracę w swojej specjalności (chociaż po kilku latach znów pojawił się popyt na ich umiejętności). To jest jednak temat na dłuższą dyskusję.
Do Szanownego Totti
Cieszę się, że jesteśmy tego samego zdania. Pozorowana nauka to niestety dość częste zjawisko, które nie dość, że nie wnosi do naszej wiedzy nic, to generuje niepotrzebny szum, a często jest najzwyczajniej szkodliwa! Znane są przypadki, gdy na takich pseudonaukowych pracach budowano całe szkoły. Np. w psychologii. Pod apelem o rzetelność badań podpisuję się obiema rękoma! Pozdrawiam i ja.