Tym razem to sam prezydent USA grozi wojną Iranowi. Dlaczego jednak reakcje tzw. “społeczności międzynarodowej” na te zapowiedzi są dość chłodne? Opinia publiczna na świecie już została z taką ewentualnością oswojona.
13 kwietnia 2007 w wywiadzie dla The Associated Press Generał Robert H. Holmes, zastępca szefa operacji Głównej Komendy Sił Zbrojnych USA, stwierdził, że wojsko amerykańskie jest gotowe do wojny z Iranem, ale nie ma planów aby ten kraj zaatakować. Zgodnie z demokratyczną zasadą podległości armii władzom cywilnym, gen. Holmes wskazał na polityków jako na czynnik decydujący.
„Jeśli moglibyśmy sprawy załatwić poprzez środki polityczne oraz przez naszych przywódców tak aby uniknąć konfliktu albo powstrzymać bądź wzbronić dostępu pewnych rodzajów broni czy narzędzi przemocy na pole bitwy, to wtedy dyplomacja czy polityka byłaby preferowaną metodą.” (“If we could pursue through means of policy and our political leadership to avert conflict or to deter or deny certain weapons or tools of violence to enter a battle space, then diplomacy or policy would be a preferred method.” Tariq Panja, “General: US Has No Plan to Attack Iran,” The Associated Press, 13 kwietnia 2007).
Tymczasem politycy amerykańscy rozważają rozmaite opcje, często nawzajem wykluczające się.
Biały Dom
Przez wiele lat oficjalną pozycją Waszyngtonu było ostracyzowanie Teheranu. Było to odpowiedzią na zdobycie szturmem niemal trzy dekady temu Ambasady USA przez islamskich rewolucjonistów, którzy następnie przez wiele miesięcy przetrzymywali dyplomatów amerykańskich jako zakładników. Za prezydentury Georga W. Busha sytuacja pogorszyła się znacznie. Miało to głównie związek z postępami w budowie broni nuklearnej przez Iran. USA widzi to jako poważne zagrożenie dla stabilności Bliskiego Wschodu, a szczególnie dla bezpieczeństwa Izraela. Iran jawi się jako główna siła antyizraelska w regionie. Taki ponury scenariusz zdają się potwierdzać szokujące wypowiedzi Prezydenta Iranu Mahmouda Ahmadinejada. Polityk ten nie tylko często nawołuje do zniszczenia Izraela ale również rutynowo neguje Holokaust.
Rok temu Biały Dom zmienił zdanie i podjął bezpośrednie negocjacje z irańskimi władzami. W tym sensie inicjatywa Condoleezy Rice była - na pewein czas - przełomowa. Ale przełomu politycznego nie ma. Iran dalej dąży do uzyskania broni jądrowej. Twierdzi – wskazując na amerykańską inwazję Iraku – że jest to bezwzględnie potrzebne dla bezpieczeństwa państwa.
Tzw. „społeczność międzynarodowa” jest właściwie bezradna. Zarówno ONZ jak i Unia Europejska oscylują między łagodną perswazją a sankcjami gospodarczymi. Sytuację komplikuje fakt, że Rosja odgrywa rolę zarówno mediatora jak i protektora Iranu.
Amerykański pluralizm
W samych Stanach Zjednoczonych nie ma zgody co do sposobu postępowania z Iranem. Naturalnie polityka zagraniczna jest prerogatywą prezydencką. Ale od jesieni zeszłego roku Kongres kontroluje opozycja. Demokraci coraz głośniej domagają się od Białego Domu uwzględnienia ich propozycji dotyczących rozmaitych spraw, a w tym i Iranu. Niektórzy Republikanie skłaniają się również do wypracowania consensusu z Demokratami. Tzw. polityka „współpartyjności” („bi-partisanship”) wzywa do jedności w sprawie Iranu. Do tego na polityków obu partii wywierają nacisk rozmaite lobby, media, oraz środowiska intelektualne.
Jak pisze w swojej najnowszej pracy Druga Szansa (Second Chance: Three Presidents and the Crisis of American Superpower (New York: Basic Books, 2007) Zbigniew Brzeziński, o kontrolę polityki zagranicznej USA walczą dwie orientacje: „globalistyczna” i „neokonserwatywna”. Ta ostatnia to właściwie stary imperializm prowadzony w nowym stylu. Jego szermierzami jest przymierze szerokiej bazy protestanckich fundamentalistów z neo-konserwatywnymi intelektualistami, „energetycznymi kowalami opinii publicznej” („energetic opinion shapers” s. 36).
Co do Bliskiego Wschodu, „ich strategia w tych sprawach bezwstydnie sympatyzowała z poglądami partii Likud z Izraela” („Their strategic outlook on these issues was unabashedly sympathetic to the views of Israel’s Likud party.” s. 36). Neokonserwatyści dominują w takich think tanks jak The American Enterprise Institute czy American Foreign Policy Council. Wiceprezydent AFPC Ilan Berman, na przykład, jest autorem wielu artykułów i książek ostrzegającej o zagrożeniach płynących z Iranu. Ostatnio zredagował Zabierając się za Teheran: Strategie ku konfrontacji Republiki Islamskiej (Taking on Tehran: Strategies for Confronting the Islamic Republic).
Opcja neo-konserwatywna jest obecnie bardzo istotna bowiem to ona do dużego stopnia dyktuje politykę Białego Domu. Uważani są powszechnie za architektów wojny w Iraku. Są często identyfikowani z „lobby izraelskim” w Waszyngtonie. Główną organizacją tego lobby jest bardzo wpływowy Amerykańsko-Izraelski Komitet Akcji Politycznej (America-Israel Political Committee – AIPAC).
Opcja globalistyczna to przymierze rozmaitych liberałów, lewicowych internacjonalistów, oraz libertariańskich przedstawicieli wielonarodowych firm, tzw. wielkiego kapitału. Są oni raczej przeciwni wojnie w Iraku, jak również rozszerzeniu konfliktu na Iran. Sprzymierzeni taktycznie z nimi są rozmaici pacyfiści, ekolodzy, anarchiści, alterglobaliści, komuniści i rozmaici lewacy. W ramach tej koalicji znaleźli się też niektórzy prawicowcy. Najbardziej prominentni wśród nich to katoliccy konserwatyści, którzy zgadzają się z watykańską definicją wojny sprawiedliwej; izolacjoniści, tacy jak Pat Buchanan, którzy sprzeciwiają się przekształcaniu amerykańskiej republiki w globalne imperium; oraz paleo-konserwatyści, którzy uważają, że wojna w Iraku czy w Iranie leży w interesie Izraela, a nie USA.
Lobby izraelskie
W USA – w związku z konfliktem w Iraku — zaistniał szeroki consensus, że tzw. „lobby żydowskie” (the Jewish lobby) pcha do wojny z Iranem. Paleokonserwatyści, tacy jak na przykład Joe Sobran, przynajmniej od połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia całkiem otwarcie potępiają „kółko potakiwania Izraelowi” („the Israel amen corner”). Ale w marcu 2006 w podobny sposób o potędze AIPAC napisali ogólnie szanowani liberalni politolodzy John Mearsheimer i Stephen Walt („The Isreal Lobby,” London Review of Books, 23 marca 2006).
W ostatnim wydaniu liberalnego The New York Review of Books sam lewicowy multimiliarder i guru George Soros przestrzegał przed “lobby izraelskim”:
“Jest wysoce wątpliwe, że Partia Demokratyczna może się wyzwolić z wpływów AIPAC. Każdy polityk, który się ośmieli obnażyć wpływy AIPAC narażałby się na jego gniew; w związku z tym można się spodziewać, że tylko niewielu się na to zdecyduje. Zależy od samej amerykańskiej społeczności żydowskiej aby wyhamować wpływy organizacji, która twierdzi, że tą społeczność reprezentuje.”
(„Whether the Democratic Party can liberate itself from AIPAC’s influence is highly doubtful. Any politician who dares to expose AIPAC’s influence would incur its wrath; so very few can be expected to do so. It is up to the American Jewish community itself to rein in the organization that claims to represent it.” George Soros, “On Israel, America & AIPAC,” The New York Review of Books, 12 April 2007, 20-23 {quote at p. 23}).
Tym sposobem w XXI wieku większość amerykańskiej elity doszła do wniosku, który od lat sześćdziesiątych głosił w wyważony i delikatny sposób założyciel i twórca studiów bliskowschodnich w Stanach Zjednoczonych śp. profesor George (Jerzy) Lenczowski z University of California, Berkeley. Ten przedwojenny dyplomata RP oraz przyjaciel od lat szkolnch Jana Nowaka Jeziorańskiego puentował krótko: „Ameryka nie ma polityki bliskowschodniej. Ma Izrael.” Pytanie jest dwojakie: czy Ameryka wogóle ma politykę zagraniczną oraz czy znaczy to, że będzie wojna z Iranem?
Polityka USA
Amerykańska polityka zagraniczna w sensie strategicznym właściwie nie istnieje. To co świat wewnętrzny bierze za politykę międzynarodową USA do dużego stopnia opiera się na improwizacji a nie na długofalowej wizji. Jest wynikiem doraźnego kompromisu oraz stale zderzających się ze sobą interesów wewnętrznych Stanów Zjednoczonych jak też i odruchowych reakcji Waszyngtonu na raz po raz wybuchające kryzysy międzynarodowe.
Obecny układ sił sugeruje, że wojny z Iranem na razie nie będzie. Jednak zarówno Watykan, jak i społeczność międzynarodowa (nie mówiąc już o Iranie) są przekonane, że groźba konfliktu zbrojnego z Teheranem jest bardzo poważna. Rozważmy więc pozycje pro i kontra wojny.
Strona pro-wojenna ma niewiele argumentów. Najważniejszy to, że broń nuklearna w rękach Teheranu zdestabilizuje region oraz śmiertelnie zagrozi Izraelowi. Drugi ważny argument to, że armia USA dość łatwo może sobie poradzić z Iranem w wojnie konwencjonalnej.
Z drugiej strony, jak zadowcipkował w telewizji prof. Brzeziński, Irańczycy nie przepłyną łódką Atlantyku aby zagrozić Ameryce. Irańskie pół-tajne mieszanie się w wojnę w Iraku również nie stanowi casus belli podobnie jak otwarte wsparcie Teheranu dla Hezbollah w Libanie.
Otwarcie nowego frontu na Bliskim Wschodzie jest również nie na rękę siłom zbrojnym USA. Po pierwsze wojska amerykańskie w Iraku i w Afganistanie znajdą się w polu bezpośredniego rażenia lotnictwa i rakiet irańskich. Po drugie, i najważniejsze, nawet spodziewając się zwycięstwa w wojnie konwencjonalnej armia USA nie ma obecnie wystarczającej ilości żołnierzy aby podołać sobie z okupacją kolejnego kraju. Trzeba byłoby wprowadzić pobór, który zniesiono po przegranej wojnie w Wietnamie. A na to nie ma przyzwolenia społecznego w Stanach Zjednoczonych. Ponad połowa obywateli jest przeciwna wojnie w Iraku. Opozycja wobec wojny w Iranie i wobec prób wprowadzenia poboru jest jeszcze większa.
Tym razem opinie dziennikarzy i specjalistów od stosunków międzynarodowych raczej nie odbiegają od głosów wielu przeciętnych ludzi. Właściwie w podobny, antywojenny sposób eksperci argumentują na stronach liberalnego The Washington Quarterly, vol. 30, no. 1 (Winter 2006-2007), wydawanego przez prestiżowy Center for Strategic and International Studies, jak również w ostatnim The National Interest, no. 88 (March-April 2007), redagowanym głównie przez kissingerowskich amoralnych realistów. Właściwie większość znaczących głosów odradza inwazji na Iran.
Opcje Prezydenta
Armia naturalnie zrobi to, co podyktują władze cywilne. A ostateczna decyzja jest w rękach Prezydenta Georgea W. Busha. Z jednej strony, Prezydent USA traktuje sprawę Iranu — tak jak Iraku – jako kwestię fundamentalną: walkę ze Złem. Z drugiej strony, Bush wie jak bardzo niepopularny w społeczeństwie jest projekt wojny w Iranie. Poza tym znajdujący się wciąż w Białym Domu neo-konserwatywni doradcy tym razem w większości doradzają cierpliwość. Wydaje się, że odrzucono popularna jeszcze z rok temu opcję, że należy zaatakować i zwyciężyć Iran aby odciągnąć uwagę opinii publicznej od katastrofy w Iraku oraz zwycięstwem nad Teheranem przerazić terrorystów na całym świecie.
W końcu, jak dowiedzieliśmy się ze źródeł prywatnych bliskich państwa Bush, ojciec i matka Prezydenta są przeciwnikami wojny w Iraku oraz, tym bardziej, konfliktu zbrojnego w Iranie. Rodzice „Dubya” uważają, że bliskowschodnie bagno poważnie kompromituje spuściznę (legacy) historyczną obecnego przywódcy USA.
Czy znaczy to, że nie będzie wojny? Nie. Na razie mamy stan zawieszenia. To znaczy, że może nie być wojny, jeśli powiodą się negocjacje. Ale nawet jeśli Iran odmówi zaprzestania budowy broni atomowej najpewniej nie będzie wojny konwencjonalnej oraz okupacji. Prezydent USA wciąż jeszcze może zastosować blokadę Iranu, taką jak w swoim czasie nałożono na Kubę. Następnie Bush może przedsięwziąć akcje destabilizacyjne: od wojny psychologicznej przez gospodarczą do wspomagania opozycji, która przeprowadzi zamach stanu w Teheranie. In extremis, Prezydent może się zdecydować też na zbombardowanie instalacji nuklearnych Teheranu.
Jeśli nie zrobią tego Stany Zjednoczone, prawie napewno zrobi to Izrael. Odwrotnie niż dla USA, dla Izraela jest to przecież kwestia „być albo nie być.”
Nowości w księgarni:
W sklepie nczas.com można nabyć długo oczekiwaną książkę “SB a Lech Walesa. Przyczynek do biografii” (Cenckiewicz, Gontarczyk). Pozycja niezwykle trudno dostępna! Ilość egzemplarzy ograniczona! Zachęcamy do złożenia zamówienia!
N. Sarkozy został sfotografowany z “Kapitałem”. Niemiecki minister finansów P. Steinbrück stwierdził, że “niektóre poglądy myśliciela nie są nawet takie złe”. 2 komentarzy
Chcą wystawiać w szkołach spektakl o królewiczu, który zamiast wybranki znalazł wybranka 1 komentarz
Kryzys finansowy i ekologiczny jako główne tematy obrad Rady ds. Społecznych Episkopatu Polski. Skomentuj
Zabrali ojca do aresztu pod zarzutem “fizycznego znęcania się nad dzieckiem” 9 komentarzy
Pakiet działań “wspierających koniunkturę gospodarczą” za 130 mld. 5 komentarzy
“Demokracja” aż do skutku: wiosną 2009 Irlandczycy zagłosują ponownie!? 26 komentarzy
11 Lipca 2008 o 22:04
Dwie uwagi:
Energetic w jezyku angielskim nie dotyczy energetyki tylko energii a zatem „energetic opinion shapers” to „energiczni kowale opinii publicznej” a nie „energetyczni kowale opinii publicznej”.
W artykule postawiona zostala teza (potraktowana jako dogmat nie wymagajacy uzasadnienia) ze zneutralizowanie Iranu to dla Izraela kwestia „być albo nie być.” Zgadzam sie z nia ale uwazam ze wymaga ona pewnych wyjasnien. Przede wszystkim nie nalezy oczekiwac ze Iran kiedykolwiek zaatakuje Izrael. Iran od setek lat jest w defensywie bedac w tym regionie (obecnie sunnicko-arabskim, przedtem sunnicko-turecko-arabskim) wyrzutkiem, po pierwsze datego ze jest szyicki, a po drugie ze perski. Nie wydaje sie prawdopodobne aby aby iranska polityka nieprowokowania otwartych konfliktow mogla sie zmienic bo zagrozenie dla samego istnienia narodu i panstwa w razie przegranej wojny jest za duze. Cokolwiek prezydent Ahmedinedzad mowi jest nieistotne. Ma on mniejszy wplyw na polityke panstwa niz mial Nikolaj Podgorny (tez formalnie glowa panstwa) w ZSRR.
Zagrozenie dla Izraela jest innego rodzaju. Iran pozostal obecnie jedynym liczacym sie krajem islamskim popierajacym w znaczacy sposob opor muzulmanskiej ludnosci (szczegolnie szyitow w Poludniowym Libanie) przeciwko izraelskiej dominacji w regionie. A bez totalnego zdominowania regionu przez dluzszy okres czasu (mierzony dziesiatkami lat) nie ma mowy o utrzymaniu istnienia Izraela. Ja osobiscie nie daje im dluzszego okresu niz okres istnienia w Sredniowieczu panstwa krzyzowcow w Jerozolimie i znacznej czesci Palestyny.
Neutralizacja Iranu to warunek konieczny wyparcia Arabow z terenu Wielkiego Izraela. A bez tego i utrzymania takiego stanu przez wiele pokolen Izrael w koncu upadnie gdy USA przestana dominowac militarnie w swiecie. Kiedy to nastapi trudno przewidziec ale dominacja zadnego imperium w historii nie przetrwala dluzej niz kilkaset lat. A czas obecnie plynie szybciej niz nawet kilka wiekow temu.
12 Lipca 2008 o 09:56
Jakiś taki przydługi ten artykulik, poza tym po co wspominać Watykan (aż 2 razy), przecież to państwo nie liczy się w polityce międzynarodowej. Co Watykan ma do Iranu, w czym ten kraj może pomóc albo doradzić??
13 Lipca 2008 o 09:49
Uwaga!!! Strona zawiera treści ksenofobiczne, antysemickie i rasistowskie! Czytelniku licz się z możliwością pociągnięcia do odpowiedzialności. Zaleca się jak najszybsze opuszczenie tej strony.
13 Lipca 2008 o 18:28
czy samo czytanie jest niebezpieczne? czy ksenofobiczne?
13 Lipca 2008 o 19:17
Calkiem ciekawy artykul - prosimy o wiecej. Jednak zgadzam sie z Krzychem koncowa teza troche na wyrost najpierw caly tekst o Stanach, a potem teza dotyczaca Izreala.
Aretai
13 Lipca 2008 o 22:00
trudno się zgodzić z autorem, że konwencjonalna wojna usa przeciw iranowi to spacerek. wręcz przeciwnie, oceniają to wojskowi. pewnik że odpada przewaga zasięgu amunicj ze zubożonego uranu, wirówki kręcą na full power i tego chłamu także iran ma sporo. jak dodać flotę małych szybkich łodzi z 1 torpedą kawitacyjną na pokładzie to ryzyko dla floty jest spore. plus armia ugrzęźnięta w iraku i wrażliwa na odcięcie dostaw.
14 Lipca 2008 o 06:32
Do Towczuk:
No wlasnie, a tak w ogole to ile dywizji ma Papiez?
14 Lipca 2008 o 08:06
Ja wiem w jaki sposób to wszystko się zakończy:
Żydzi górą!!
uups!
14 Lipca 2008 o 13:08
Stokroć ciekawszy tekst o ewentualnym ataku na Iran był kilka tygodni temu w NCz.. Tam była jakaś analiza i logika, tu nuda i bełkot! Chodakiewicz pisze truizmy. Facet przepisuje opinie powszechnie znane i myśli, że jest szalenie oryginalny. Jak Paradowska mądrząca się głosem starej mądrej burdel mamy, że wie już wszystko o ludziach. Ostatnio czytałam opinię Chodakiewicza o Obamie i dowiedziałam się dokładnie tyle samo ile można się dowiedzieć na byle forum internetowym. Wielkie odkrycie, że Obama był czarny jak jego tatko! Chodakiewicz powinien zlustrować swoją edukację, bo jak na razie nuda panie jak w polskim kinie.
Ostanie dwa akapity powyższego super-nudnego tekstu przypominają mądrą sentencję z Przygód Koziołka Matołka: ,,Leży biedak, połamany,. Jak niemowlę, cały w bieli. „Gdy nie umrze, to żyć będzie!” Tak doktorzy powiedzieli”. Zasiegał pan opinii u wróżki? Przecież tu wystarczy myśleć! Ale do tego panie Ch. nie trzeba ściskać pośladków!
Panie Chodakiewicz, takie wnioski jak pańskie o wojnie w Iraku to wyciąga mój pies. Poczytaj pan innych autorów, poducz się i nie bierz się pan za tematy łaskawego pana przerastające.
14 Lipca 2008 o 17:29
Chujdakiewicz stracil robote na budowie i ma problemy z kasa bo w USA w branzy budowlanej bryndza. Wiec dorabia sobie wypisujac takie bzdety dla eczasiku.
16 Lipca 2008 o 10:26
Do @wuuj
Polactwo nauczyło się obsługi komputera? Niedowiary….
16 Lipca 2008 o 17:32
@11
Naucz sie prolu obslugiwac jezyk polski.
16 Lipca 2008 o 23:15
Co ty powiesz azbeście z czarnuchowa, pisać się nauczyłeś? to jedż dalej swoją kara czarnym zrywać azbest za 7 dolary na godzinę, burasie spod grajewa!
18 Lipca 2008 o 10:48
Zydzi juz dawno temu (od 2 moze 3 lat) zaczeli przynudzac o bombardowaniu Iranu…(Izrael od Libanu do dzis kopa w dupe dostaja) teraz “globalny zyd” musi zdecydowac co sie bardziej oplaci….taki posthitlerowski holokaust w sumie by mial sens… ale w dzisiejszych czasach ? poswiecic szarego zyda dla zydowskiej elitey finansowej? Tego poraz drugi nie da sie zrobic bezkarnie!…hmmm… no chyba zeby… zwalic cala wine na The USA:))))
19 Lipca 2008 o 18:41
Od dawna jestem zwolennikiem tezy ze wojny z Iranem nie bedzie ze wzgledu na ceny benzyny w USA. Obecnie ksztaltuja sie na poziomie 4.30 za galon.
Mieszkam w stanach od paru lat i wiem jaki wplyw ma cena benzyny na gospodarke. Przewidywania mowia ze po zaatakowaniu Iranu cena benzyny poszlaby w gore az do 7 dolarow za galon. A taka cena rozlozylaby gospodarke
O stratach politycznych nie ma co mowic - bylyby ogromne. Wydaje mi sie ze to Iran dazy do wojny - odniosby ogromne korzysci polityczne, stajac sie ofiara agresji amerykanskiej i USA bylyby wrogiem nie tylko Iraku i Iranu ale wrogiem calego swiata muzulmanskiego. Na taka wojne Ameryki nie stac i taka wojna bylaby ogromnie niepopularna w USA. Tutaj w przeciwienstwie do Europy politycy licza sie z opinia publiczna.
21 Lipca 2008 o 09:28
“Wydaje mi sie ze to Iran dazy do wojny - odniosby ogromne korzysci polityczne”
Ta, tak samo jak i Egipt dążył do wojny, Syria dążyła do wojny, czy nawet Irak, tak teraz do wojny dąży Iran a bohaterskie USofA bronią się jak mogą, z miłującym pokój Izraelem z ramienia wysuniętym na czoło, przed potworną agresją świata muzułmańskiego (zły, zły islam, niedobry islam, a fe!).
22 Lipca 2008 o 20:50
Iran jest dziś ostoją zdrowej cywilizacji i rodzaju ludzkiego . Zdegenerowany Zachód niechybnie zginie śmiercią samobójczą.
25 Lipca 2008 o 11:30
Kiedyś życie było postsze. Wojny prowadzono aby zdobyć nowe tereny i poddanych, i to z tymi którzy byli najbliżej. Dziś najpotężniejszy kraj świata zastanawia się: “atakować, czy nieatakować”, kraju leżącego po przeciwnej stronie globu, po to aby zachować pokój. I po co t wszystko ?