E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia
Nowy dział w księgarni NCZ! Systematycznie uzupełniane recenzje prawicowych książek autorstwa Korwina Mikke, Zarzecznego, Sommera i innych (kliknij tutaj)!
Nie wiedzieć czemu przyjęło się uważać, że system podatkowy w Polsce wspiera ludzi biednych. Stosowana progresja podatkowa miałaby uderzać w lepiej zarabiających, dzięki czemu, poprzez system transferów socjalnych, biedni dostają dodatkowe pieniądze. Jest to całkowitą bzdurą, wymyśloną przez etatystycznych ekonomistów po to, by usprawiedliwić istnienie ogromnego systemu biurokratycznego. Tak naprawdę mało i średnio (w Polskich warunkach do 2 tysięcy złotych netto) zarabiający przeznaczają największą część swojego dochodu na podatki. A przecież według tego, co deklarują niektórzy ekonomiści, to właśnie najbogatsi powinni płacić największe podatki.
Prawie wszyscy politycy na świecie i wspierający ich ekonomiści chcieliby, żeby ludzie zarabiali więcej. A najlepiej żeby jak największa grupa ludzi mogła zarabiać więcej, bo przecież dzięki takim deklaracjom wygrywa się demokratyczne wybory. Nie ma w tym nic dziwnego. Gdy już politycy dojdą do władzy, zaczynają swoje koncepcje realizować. Jednak mimo że w teorii robią wszystko, by swoich obietnic wyborczych dotrzymać, zwykli ludzie często czują (wbrew statystykom), że jednak im się nie nic nie poprawiło. Skąd ta sprzeczność?
Dlaczego bogaci mają płacić wyższe podatki?
Obecny system ekonomiczno-polityczny (ze szczególnym uwzględnieniem Polski) spowodował, że rządzącym do niczego nie są potrzebni ludzie bardzo bogaci. Wybory wygrywa się przy pomocy głosów większości, a większość (w Polsce ok. 75%) nawet nie osiąga średniej krajowej (czyli na polskie warunki ok. 2200 zł netto miesięcznie). By obecny system mógł istnieć (tzn. sytuacja, gdy nie ma potrzeby uzyskiwania pieniędzy na kampanię wyborczą od bardzo bogatych ludzi), potrzebna była zmiana całego systemu ekonomicznego i politycznego (w polskich warunkach finansowanie kampanii wyborczych i partii politycznych pod przymusem z kieszeni podatnika).
Taki system oczywiście został zaproponowany w tym, co generalnie nazywa się szkołą keynesowską (zebranie ekonomistów, którzy postulują racjonalność działania państwa i pozytywny efekt tej działalności dla gospodarki) – taka socjaldemokracja w ekonomii. Podstawowym założeniem nowego systemu musiało być wykluczenie potrzeby istnienia bardzo bogatych ludzi i ich pieniędzy. Dopóki istniała potrzeba utrzymywania przez banki rezerw w złocie, potrzebne były bardzo duże oszczędności do tego, by bank mógł podejmować akcje kredytowe, na których najwięcej zarabiał. Dlatego też pierwszym krokiem do ograniczenia roli ludzi bogatych było takie przekształcenie systemu bankowego, aby mógł się on obyć bez dużych depozytów.
Do I wojny światowej utrzymywał się standard złota, dzięki któremu wielu bankierów było ograniczonych w swoich akcjach kredytowych. Musieli najpierw pozyskać złoto, by później móc pod jego zastaw pożyczać klientom pieniądze. W momencie, gdy standard złota został najpierw ograniczony, a po 1970 roku (kiedy załamał się całkowicie system z Bretton Woods) całkowicie poszedł w odstawkę, banki mogły wreszcie przystąpić do tzw. akcji kreacji pieniądza. Czyli mówiąc prościej: akcja kredytowa od tego momentu nie była uzależniona od posiadanych przez bank depozytów. Obecnie za wartość kreacji odpowiada stopa rezerw obowiązkowych, która w Polsce wynosi 3% (została zmniejszona 29 maja bieżącego roku – więcej na temat wpływu stopy rezerw obowiązkowych w artykule „Chciwość polskich bankierów nie zna granic” w nr. 7 „Najwyższego CZASU!”. Znaczy to dokładnie tyle, że 3% ze zdeponowanych przez Państwa pieniędzy w banku musi być utrzymane w rezerwie. Pozostałe 97% pieniędzy bank może pożyczyć kredytobiorcom. Co powoduje, że z każdego zdeponowanego tysiąca złotych system bankowy może wykreować ok. 33,3 tys. zł (100%/3 % pomnożone przez zdeponowane środki).
A trzeba wiedzieć, że np. w strefie euro stopa rezerw obowiązkowych wynosi 2% (tzn., że z każdego zdeponowanego w systemie bankowym tysiąca euro system może wykreować 50 tys. euro). Wraz z pozbyciem się systemu rezerw opartych na złocie politykom do stymulowania popytu (poprzez kredyty) praktycznie przestały być potrzebne oszczędności obywateli.
Oszczędności już nie są potrzebne
W klasycznej ekonomii (przed I wojną światową) utrzymywało się, że inwestycje w skali gospodarki kraju są równe oszczędnościom. W momencie, gdy system bankowy może pożyczać znacznie więcej niż w tym systemie jest zdeponowane, inwestycje w gospodarce mogą znacznie przewyższać oszczędności. I tu dochodzimy do sedna: jak pozbyć się pozytywnego wpływu bogatych na gospodarkę. By oszczędzać, trzeba mieć pieniądze i zaspokojone podstawowe potrzeby.
Ludzie biedni i bardzo biedni rzadko kiedy miewają oszczędności – z tej prostej przyczyny, że muszą najpierw zaspokoić swoje podstawowe potrzeby (ot, choćby żywność, ubranie, mieszkanie), a dopiero w momencie zaspokojenia tych potrzeb mogą coś odłożyć. Dlatego wraz ze zwiększaniem się dochodu rośnie też tzw. skłonność do oszczędzania. To znaczy dokładnie tyle, że gdy czteroosobowa rodzina ma dochód ok. 2 tys. zł, będzie miała duży problem z zaoszczędzeniem choćby 10% swojego dochodu. Lecz ta sama rodzina, osiągając dochód 20 tys. zł, może przeznaczyć nawet 80% swojego dochodu na oszczędności, a skonsumować pozostałe 20% (czyli 4 tys. złotych).
Ekonomiści i politycy, którzy chcą pobudzać popyt, mogą to zrobić zatem w prosty sposób – rodzinie, która osiąga dochód 20 tys. zł, zabrać trochę i przekazać tej, która ma dochód zaledwie 2 tys. złotych. I gospodarka w krótkim okresie na tym zyska! Wszystko przez to, że obecny system bankowy i tak nie wykorzystuje całego swojego potencjału do kreowania pieniądza, więc nie potrzebuje wysokich depozytów, by zaspokoić zapotrzebowanie ludzi, firm i państwa na kredyty. Zatem rodzina osiągająca wyższy dochód posiadałaby oszczędności, które de facto nie są obecnemu systemowi bankowemu potrzebne w aż tak dużym wymiarze.
Natomiast gdy przekaże się (poprzez oczywiście system zasiłków i różnych państwowych programów pomocowych) część dochodu od rodziny bogatej do biednej, gospodarka w krótkim okresie na tym zyska. Biedna rodzina od razu większość wyda na zaspokojenie podstawowych potrzeb, zwiększając popyt w danym kraju. Oczywiście w dłuższym okresie system takich zasiłków nie ma sensu i chyba w tym miejscu nie trzeba tego tłumaczyć (jak mawia profesor Michał Wojciechowski, autor książki „Moralna wyższość wolnej gospodarki”: „Wolna gospodarka nie dlatego jest dobra, że jest wydolna ekonomicznie, ale przede wszystkim dlatego, że jest moralna”).
Proszę mi wybaczyć powyższe herezje (czyli stwierdzenie, że zasiłki społeczne zwiększają popyt), ale potrzeba wykazania, że obecny system gospodarczy nie potrzebuje wcale bogatych ludzi do sprawnego funkcjonowania, wydaje mi się na tyle istotna, by przejść do meritum, czyli do tego, że biedni w Polsce przeznaczają na podatki większą część swojego dochodu niż bogaci.
Biedni płacą wysokie podatki
W Polsce bieda ciągle jest powszechna. Przyjmuje się, że osoby nie osiągające minimum socjalnego są biedne. Obecne minimum socjalne dla cztero-ososobowej rodziny wynosi 685 zł miesięcznie na osobę. Przyjmijmy więc tę granicę jako granicę biedy. Zatem dla czteroosobowej rodziny biedą będzie osiągnięcie dochodu poniżej 2736 zł, co odpowiada zarobkowi (w końcu mamy równouprawnienie) każdego z rodziców na poziomie 1386 zł netto miesięcznie. Poniżej w tabelce przedstawiono opodatkowanie pracy osoby rozliczającej się ze współmałżonkiem i osiągającej dochód 1386 zł netto.
Tabela 1. Opodatkowanie pracy w Polsce dla osoby zarabiającej na granicy minimum socjalnego dla 4-osobowej rodziny przy 2 osobach pracujących. Kliknij, aby powiększyć.
Zatem już na starcie rodzina osiągająca dochód 2736 zł jest opodatkowana 56-procentowym podatkiem od funduszu płac. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że po zakończeniu roku urząd skarbowy zwróci cały zapłacony podatek dochodowy (dzięki możliwości rozliczenia razem z dziećmi, co zawdzięczamy głównie inicjatywie Ligi Polskich Rodzin w 2007 r.), w wyniku czego pracujący odzyska 47 zł zapłaconego podatku dochodowego (czyli de facto opodatkowanie jego pracy wyniesie 50,88%). A więc już z samej płacy zapewniającej minimum socjalne państwo zabiera ponad połowę dochodu – oczywiście w imię walki z biedą. Ale to, co zostanie, jest później wydawane na różne niezbędne do życia produkty. W poniższej tabeli można znaleźć (zgodnie z wyliczeniami Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, który jest odpowiedzialny za ustalanie takich stawek) wydatki czteroosobowej rodziny na produkty, które pozwalają zachować minimum socjalne. Obok nich pozwoliłem sobie przedstawić opodatkowanie każdego z tych produktów.
Tabela 2. Opodatkowanie wydatków 4-osobowej rodziny zapewniające minimum socjalne. Kliknij, aby powiększyć.
Żywność opodatkowana jest według 3- i 7-procentowej stawki VAT. Uśredniliśmy więc ją do 5%, co w miesięcznych wydatkach rodziny daje 43,15 zł podatku płaconego przy zakupie żywności. Więcej trudności napotykamy przy wyliczeniu podatków na tzw. mieszkanie. Generalnie wiele usług jest zwolnionych z podatku od towarów i usług, ale występuje akcyza na prąd, 7-procentowa stawka VAT na usługi ciepłownicze i wywóz śmieci oraz 22% VAT na podgrzanie wody.
Generalnie można założyć, że opłaty mieszkaniowe są obłożone ok. 7-procentowym podatkiem, co przekłada się na 52,17 zł. Edukacja jest zwolniona z opodatkowania, natomiast kultura i rekreacja obłożona jest najczęściej 7% stawką. Wiele wydatków związanych z kulturą jeszcze ciągle posiada zerową stawkę podatku VAT, ale już bilety do kina to 7% VAT, a wydatki na rekreację to 22%. Można więc założyć ok. 10% średniego opodatkowania tej gałęzi wydatków (15,85 zł). Na odzież i obuwie obowiązuje 22-procentowa stawka VAT oraz, a na artykuły dziecięce 7-procentowa, toteż uśredniliśmy ją do 15%, co przekłada się na 21,32 zł podatków. Jeżeli chodzi o ochronę zdrowia, to świadczenie usług z tego zakresu nie jest objęte podatkiem VAT, natomiast leki są przeważnie obłożone 7-procentową stawką, zatem można założyć średnią 3%, co daje 3,05 zł podatków.
Higiena osobista (proszki, mydła, kosmetyki) to już podstawowa, 22-procentowa stawka VAT – i 16,59 zł z portfela idzie na podatki. Najbardziej opodatkowany jest transport oraz łączność. Łączność, czyli telefonia, to 22-procentowa stawka VAT, natomiast transport, czyli benzyna, to ok. 70% podatku. Przyjmując, że według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej, średni rachunek telefoniczny wynosi ok. 60 zł na osobę, można te wydatki rozłożyć – 120 zł na telefony (stacjonarny i komórkowy), a pozostałą kwotę na benzynę. Wtedy ok. 52% wydatków na łączność i transport będą stanowić podatki (czyli 165,83 zł). Ponieważ większość produktów w Polsce jest opodatkowana 22-procentową stawką VAT, dla pozostałych wydatków należy przyjąć właśnie taką wartość, co przełoży się na 28,73 zł podatków. Łącznie średnio czteroosobowa rodzina, chcąc utrzymać minimum socjalne, płaci poprzez zakupy co najmniej 12,65% podatku. Gdy doliczymy do tego opodatkowanie pracy, da to łącznie 63,53% podatków.
Przekładając na liczby: wysokość podatków czteroosobowej rodziny, w której każde z rodziców zarabiają po 1368 zł na rękę, to 1880,73 zł. A przecież obciążenie pracy, VAT oraz akcyza to nie jedyne podatki w Polsce. Średnio w cenie każdego produktu znajduje się jeszcze 0,2% cła, mamy jeszcze podatek inflacyjny (obecnie ok. 4%), nie można też zapomnieć o opodatkowaniu alkoholu i tytoniu, które są objęte mniej więcej takim samym opodatkowaniem jak benzyna (a więc ok. 70%).
Po zsumowaniu wszystkiego może okazać się, że czteroosobowa rodzina, w której rodzice osiągają po 1368 zł dochodu na rękę, może płacić nawet 70% podatku – i to bez zapłacenia choćby złotówki podatku dochodowego PIT. Co oczywiście nie przeszkadza politykom twierdzić, że biedni nie płacą wysokich podatków. Jeśli 70% nie jest wysokim podatkiem, to już należy się bać, co nowego szykuje nam rząd.
W sprzedaży nowe książki:
● “Absurdy Unii Europejskiej” (dr Tomasz Sommer): Przykład? Komisja Europejska rozważa wprowadzenie zakazu jedzenia pałeczkami, bo zwyczaj ten nie pochodzi z Europy.
● “Interwencjonizm czyli władza a rynek” (Murray Rothbard): Świetne omówienie dominującego we współczesnym świecie systemu ekonomiczno – politycznego, który nie tylko wywołał obecny kryzys, ale zbliża nas do faszyzmu!
● “Czerwony, brunatny i zielony socjalizm” (Josef SchuBlburner): Czyli co laczy kosmonautow, nazistow i wspolczesnych zielonych?
● Więcej w naszej księgarnii: kliknij tutaj.
Polecamy również:
● Tomasz Sommer: Dlaczego przegraliśmy? Co zrobić, aby wygrać?
● Janusz Korwin Mikke: Traktat lizboński – dzieło spiskowców?
● Janusz Korwin Mikke: “Ruszam z akcjami politycznymi!”
● Janusz Korwin Mikke: Uniowybory i wnioski
UWAGA: Przedruk artykułów (w całości lub części), jest możliwy jedynie: a) za podaniem klikalnego źródła b) tylko w niezmienionej formie: artykuł + wszystkie linki + inne informacje poniżej artykułu np. o e-wydaniu, nowych publikacjach w sklepie itp.;