Najwyższy CZAS! Pismo konserwatywno - liberalne. Serwis internetowy.

E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia

Nowy dział w księgarni NCZ! Systematycznie uzupełniane recenzje prawicowych książek autorstwa Korwina Mikke, Zarzecznego, Sommera i innych (kliknij tutaj)!

12/08/2008, 3:54. Kategorie: wazne

Liberalizm w pigułce. Contra errores Majewski

Tomasz Sommer »

Dosyć często myślenie młodych zwolenników myśli wolnościowej wraz z wiekiem przechodzi pewnego rodzaju metamorfozę, kierując się w stronę konserwatywnego socjalizmu bądź połączenia wiary w państwo z bardziej lub mniej ortodoksyjnym religijnym zelotyzmem.

W wielu przypadkach takie dość dziwne stanowiska myślowe są pochodną wyborów życiowych – po prostu młodzi wolnościowcy po studiach w ramach programu „pierwsza praca” trafiają na państwową pensyjkę do urzędów – miejsc, które tak zajadle wcześniej krytykowali – i muszą to jakoś zracjonalizować.

Znam nawet pewnego anarchistę, który skończył w policji w powiatowym mieście. Zachował się jednak na tyle uczciwie, że nie próbował swych wyborów uzasadniać i uczciwie zajął się alkoholem.

Jednakże są także osoby, które tego typu metamorfozę starają się uzasadniać ideologicznie i filozoficznie, dając tym sposobem jak najgorsze świadectwo szkołom, z których wyszli, oraz rozumieniu myśli wolnościowej. I właśnie ostatnio najwyraźniej takiej przemiany doświadczył jeden z naszych Autorów, a następnie swe doświadczenie przelał na papier. Poprosił także, by ktoś się do jego wniosków ustosunkował. Przeanalizujmy więc jego rozumowanie krok po kroku:

Błędy libertarianizmu. Wyznanie ekswolnościowca… (Aleksander Majewski)

Każdy czytelnik „NCz!” wie, czym jest libertarianizm, i nie muszę wdawać się w objaśnianie jego cech charakterystycznych. Warto jednak zwrócić uwagę na brak logiki w postępowaniu tej części libertarian, która przyznaje się do wiary katolickiej – tzw. chrześcijańskich libertarian, do których można zaliczyć słynnego publicystę, p.Tomasza Teluka.

Celem libertarianizmu jest ustanowienie takiego ładu (choć brak tu podobieństwa do łacińskiego, prawdziwego Ordo), w którym można byłoby robić wszystko, byle nie szkodzić innym („Prawo pięści jest ograniczone bliskością twojego nosa”).

Tu od razu nasuwa się zasadnicza uwaga: celem libertarianizmu nie jest ustanawianie jakiegokolwiek ładu. Wręcz przeciwnie – podejście libertariańskie zakłada współistnienie dowolnej liczby ładów (większej niż jeden) – o ile oczywiście ich uczestnicy nie są do życia w nich przymuszeni.
W tym rozumieniu libertarianin nie ma nic przeciwko np. istnieniu sekty komunistów, o ile nie zmusza ona ludzi nie zainteresowanych do przystępowania do niej. Z praktyki wiadomo, że dobrowolnie do takiej sekty zbyt wielu ludzi nie przystąpi (patrz falangi Saint-Simona czy germańskie obozy Elizabeth Förster-Nietzsche). Jeśli jednak ktoś chce i nie słucha właściwej interpretacji swojego zachowania – to niech sam sobie szkodzi. Trudno. Jest to podejście charakterystyczne dla rozumowań św. Tomasza. O czym będzie jeszcze niżej.

W każdym razie libertarianizm nie ma nic z totalitaryzmu – nie promuje powstania żadnego „jednego ładu”, a pozwala też na przekroczenie „złotej zasady”. Jeśli ktoś upiera się, by złamać sobie nos, to można go od tego odwodzić, ale nie można mu tego zabronić. Chyba że jest obiektywnie niepoczytalny, co jednak trudno ocenić.

Co ciekawe, do podobnych wniosków doszedł w XIX wieku ojciec komunizmu Karol Marks.

Tego typu wnioski są ciekawe, o ile są prawdziwe. O ile wiem, Marks nigdy nic nie napisał na temat libertarianizmu – z tej choćby przyczyny, że ten termin pojawił się po jego śmierci.

Jeśli jednak w tym zdaniu chodzi o pewną przenośnię, sugerującą, że myśl leseferystyczna zdaniem Marksa ma jedno oblicze, to też nie jest to do końca prawdą – Marks dzielił leseferystów na wulgarnych (Fryderyk Bastiat) i postępowych (Dawid Ricardo). Ale nawet jeśli byłoby prawdą, to czy przypadkiem nie oznaczałoby to tylko, że Autor tekstu patrzy na libertarianizm po marksistowsku?

Libertariańskie credo aprobuje przymknięcie oka na degradację jednostki, gdyż „tylko jednostka może o sobie stanowić”, a Tobie człowieku wara od bliźniego! Co ciekawe, ten nihilizm wolnościowcy zawsze chcą określić mianem wiary w odpowiedzialność jednostki.

Tak samo jak nie ma libertariańskiego ładu, nie ma libertariańskiego credo, zwłaszcza w teologicznym rozumieniu tego terminu.

Wolnościowcy wcale też nie przekonują, że „tylko jednostka może o sobie stanowić” – dowodzą tylko, że w razie konfliktu w swoich sprawach głos jednostek powinien decydować. Nie jest to żaden nihilizm, tylko dowód szacunku dla drugiego człowieka i jego tomistycznej wolnej woli decydowania!

Nihilizmem jest podejmowanie decyzji za innych wbrew ich woli! Wolnościowcy, zwłaszcza ci konserwatywni, wcale też nie wierzą w nieograniczoną odpowiedzialność jednostki. Wierzą natomiast w tyle razy dowiedzioną przez historię nieodpowiedzialność jednostek wobec innych ludzi.

O wrzody przyprawić może też postawa ojców libertarianizmu wobec aborcji. Np. Murray Rothbard otwarcie aprobował ten mord, podobnie jak większość anarchokapitalistów (najbardziej radykalny, zdaniem niektórych jedyny prawdziwy odłam libertarianizmu). Ba! – skoro nie ma państwa, to jaki organ ścigałby dzieciobójstwo? W końcu to „prywatna sprawa kobiety”, która „ma prawo stanowić o swoim ciele”. Miałem jednak okazję poznać tzw. libertarian pro-life, którzy opowiadali się po stronie życia, ale na myśl o interwencji państwa w obronie życia dostawali gęsiej skórki. Co ciekawe, nie umieli też wskazać sposobu ochrony życia w ich „wolnym społeczeństwie”. Zatem z jednej strony lewackie sk***ysyństwo, a z drugiej całkowita niemoc i impotencja intelektualna.

Rzeczywiście jest faktem, że Rothbard był do pewnego stopnia zwolennikiem aborcji. Wynikało to z pewnych niuansów etyki wolnościowej, której sam był zresztą kodyfikatorem. W pracy „Ethics of Liberty” za źródło etyczne uznaje samoposiadanie, czyli posiadanie własnego ciała. Konsekwencją takiego podejścia są wątpliwości w jedynej istniejącej w rzeczywistości sytuacji wyjątkowej, gdy dwa ciała są nierozerwalnie związane, czyli sytuacji ciąży. Rozwiązaniem takiego dylematu jest zasada in dubio pro reo, czyli w razie wątpliwości uniewinnić. I z tego wynika postawa libertarian pro-life – moim zdaniem, jedyna racjonalna. Rothbard rzeczywiście miał inne zdanie (być może wynika to z różnic kulturowych – podobnie jak Ayn Rand był z pochodzenia Żydem), co nie unieważnia jednak słuszności większości jego ocen i poglądów.

Do radykalnej akcji państwowej w sprawie ciąż nie wzywa nawet papież. Bo przecież sprowadzałoby się to do wprowadzenia rejestru kobiet ciężarnych i okresowych kontroli bądź nawet obozów odosobnienia, gdzie trzymano by kobiety pod okiem kamer, aż urodzą. Taka prewencja byłaby oczywistym szaleństwem o charakterze marksistowskim – choć oczywiście wielu panów byłoby z takiego rozwiązania zadowolonych.

Konkludując, libertarianizm nie prowadzi z założenia do zgody na zabijanie nienarodzonych. Z tego, że wielu jego zwolenników zgadza się na taki proceder, nie wolno wyciągać wniosków, bo inaczej trzeba by wyciągnąć wniosek z tego, że wielu katolików też się na niego zgadza. Czy oznacza to, że katolicyzm promuje aborcję?

Libertarianizm ma wiele wspólnego (o ile nie jest synonimem) z tzw. filozoficznym satanizmem, czyli hedonistyczną ideologią myloną z „rytualnym” zabijaniem kotów przez pryszczatych młodzieńców w czarnych ciuszkach. Proszę tylko zerknąć do niektórych portali satanistycznych i zwrócić uwagę na ich „deklaracje”, które bardzo przypominają „wolnościowe” ideały. Tam również można znaleźć ględzenie o „wolności ograniczonej tylko wolnością innych osób”, braku konieczności pomocy innym (klasyczne libertariańskie „zdychaj pod płotem”), no i ukazywaniu katolicyzmu jako „socjalistycznej”, „frajerskiej” ideologii, która skupia się tylko na promowaniu „słabych”. Pomijając już wszelkie paszkwile pod adresem chrześcijaństwa i silnie zaakcentowany sprzeciw wobec „przypisaniu cudzych win” (bo tak zwykli określać „grzech pierworodny”). Czyż podobnego światopoglądu nie prezentowała Ayn Rand, „pierwsza dama” myśli wolnościowej? Ba! – istnieją pewne nurty libertarianizmu, które nie kryją swoich satanistycznych sympatii (casus Maxa Moore’a, który przytoczył niedawno p.Łukasz Adamski w swoim tekście „Libertarianizm = bezbożność?”).

W tym fragmencie mamy tak ogromną ilość półprawd pomieszanych z absurdami, że po jego przeczytaniu aż się żachnąłem. Ale po kolei:

1. Libertarianizm nie jest synonimem satanizmu. Wyrażając tego typu opinie, ich Autor upodabnia się do rosyjskich „myślicieli”, którzy Kościół katolicki określali mianem Wielkiej Nierządnicy i rozsadnika satanizmu właśnie. Lepiej nie stawać w szeregu zwolenników tej formacji umysłowej. Bo można wreszcie dojść do wniosku – poprzez przechodzenie do porządku dziennego nad różnicami, a podkreślanie podobieństw – że nie istnieją żadne różnice.

2. Libertarianizm nigdzie nie głosi braku konieczności pomocy osobom słabszym! Przekonuje tylko, że nie wolno zmuszać do takiej pomocy osoby trzeciej, bo ma się takie widzimisię. Konkretniej: nie wolno rabować w celu pomocy innym, bo takie zmuszanie zawsze prowadzi do złodziejstwa, a często do morderstw! Cel nie uświęca środków.

3. Nie istnieje „klasyczna libertariańska zasada »zdychaj pod płotem«”. Natomiast jeśli ktoś koniecznie chce zdechnąć pod płotem i nie przyjmuje żadnej pomocy, to istotnie trzeba i taki wybór uszanować. O ileż to lepsze podejście niż socjalistyczna reguła: „nas nie obchodzi, że zdechniesz pod płotem – podatki zapłacić musisz, a jak coś zrobisz bez zezwolenia urzędu, to wcześniej jeszcze zamkniemy cię w więzieniu”! Innymi słowy: libertarianizm proponuje zdychanie pod płotem tylko miłośnikom takiego rozwiązania. Natomiast socjalizm – i bezbożny, i pobożny – wszystkim swoim przeciwnikom.

4. Katolicyzm nie jest religią słabych. Wręcz przeciwnie. Przecież by spełnić kryteria, trzeba siły wręcz nadludzkiej, wielu cierpień i wyrzeczeń. Ostaną się tylko najsilniejsi albo ci, którym zostanie udzielona najskuteczniejsza pomoc. Katolicyzm ma tylko zrozumienie dla słabości.

5. Libertarianizm rzeczywiście jest bezbożny – w tym jednak sensie, że nie zajmuje się w ogóle teologią, lecz życiem na ziemi. W tym sensie bezbożna jest także informatyka, łucznictwo, a nawet szewstwo i krawiectwo (choć to ostatnie dostarcza także ubioru kapłanom).

Ciekaw jestem, jak osoby deklarujące się jako „chrześcijańscy libertarianie” chcą pozostać chrześcijanami i jednocześnie stawać po tej samej stronie frontu co zwolennicy aborcji, pornografii itp. dewiacji. Np. p.Tomasz Teluk uważa, że libertarianizm wierzy w fundamentalne wartości cywilizacji zachodniej. Podobny „argument” można znaleźć u innych przedstawicieli tej ideologii. Tyle że oprócz ogólnikowych stwierdzeń i jednostkowych, wyrwanych z kontekstu biblijnych fragmentów nie są w stanie wyraźnie określić libertariańskiego „ładu”, który w istocie jest chaosem i anarchią, gdzie trudno byłoby mówić o tradycyjnych wartościach. Natomiast wszelkie próby ukazania „prawowierności” tej ideologii wyłącznie na przykładzie Biblii są godne protestanta, a nie katolika.

No właśnie. Autor nie jest w stanie odejść od totalitarnego myślenia. Tymczasem już św. Tomasz pisał, że choć wybory większości ludzi są dobre, to zawsze pozostanie margines wyborów złych. Nie ma co pozwalać czy nie pozwalać na pewne rzeczy, bo one i tak się zdarzą. Jednak w imię ograniczania zła nie można ograniczać możliwości wolnego wyboru. To jest podstawa myślenia wolnościowego wypływającego z tomizmu.

Muszę też Autora rozczarować: „Summa” Tomaszowa jest oparta o uzasadnienia biblijne, a o ile wiem, Doktor Anielski protestantem nie był.

Pamiętam, że jakiś czas temu sam myślałem w podobny sposób. Uważałem, że ludzie w „wolnościowych” realiach, znudzeni postępem, sami dobrowolnie powrócą do tradycyjnych wartości. No cóż, naiwność jest przywilejem (i przekleństwem) młodości – mea culpa.

Św. Paweł przeżył oświecenie w drodze do Damaszku, a nasz Autor doznał najwyraźniej zaćmienia w drodze do pobożnego socjalizmu. Państwo musi istnieć po to, aby utrzymywać Ład, stać po jego stronie i niekiedy zainterweniować, aby go ocalić. Państwo katolickie, do którego powinniśmy dążyć, za zadanie stawia sobie ułatwianie życia obywatelom w świetle Przykazań Bożych – skonstruowanie takiego systemu, w którym człowiek stawałby się bardziej wolny. Wolny, tzn. zdeterminowany do czynienia dobra, służby Ojczyźnie i Kościołowi, co bardzo uwypuklił w swym nauczaniu Pius XI.

Problem polega na tym, że jak dotychczas nie pojawiło się takie państwo. Historia wskazuje, że pojawiło się natomiast aż zbyt wiele państw-ludobójców, państw-agresorów, państw-morderców, a wszystkie państwa to państwa-złodzieje. Autor ma nadzieję na powstanie bytu, który zaistnieć nie może. Innymi słowy: jest utopistą. Kościół też wcale nie ma zamiaru budować Królestwa Bożego na ziemi. Wykluczył taką możliwość już jego założyciel – zaznaczając dobitnie, że Jego Królestwo nie jest z tego świata. Rozumiem, że Autor czerpie z utopii judaistycznych mówiących o kolejnych Jeruzalemach. Tradycja ciekawa, ale troszkę archaiczna.

Autor powinien przyjąć do wiadomości, że Chrystus, przybywając na ziemię, zwrócił się do jednostek, oferując im indywidualne, jednostkowe zbawienie. Nie zwrócił się do żadnego państwa, nie zaoferował zbawienia państwowego czy grupowego, co oferuje np. judaizm w swej koncepcji „narodu wybranego”. Sama instytucja Kościoła ma tworzyć tylko wspólnotę nakierowującą w dobrym kierunku, bez przymusowego członkostwa i z możliwością wystąpienia. Jest to więc instytucja libertariańska. Wizja Kościoła przedstawiona przez Autora to wizja faryzeizmu z nakłanianiem siłą do dobra i pobieraniem przymusowego podatku. Bez możliwości wystąpienia.

Błąd libertarianizmu polega na tym, że na swoim bluźnierczym ołtarzu stawia wybór. To słaby, chwiejny, grzeszny człowiek jest postawiony w centrum i w akcie żałosnego antropocentryzmu może wybrać również zło – to jest libertariańskie „sacrum”. Natomiast wg prawdziwej katolickiej teologii (polecam tu św. Tomasza z Akwinu), wolność, jaką dał człowiekowi Bóg, jest powołaniem do wyzwolenia się od grzechu. Im dalej człowiek jest od zła, tym bardziej staje się wolny, pozbawiony obaw „przed ryczącym lwem, który tylko czeka, aby kogo pożreć” – jak określił diabła św. Augustyn.

Ten fragment rozumowania jest szczególnie zabawny, bo Autor, opisując, na czym „polega błąd libertarianizmu”, charakteryzuje dość dokładnie doktrynę Kościoła katolickiego. Czyżby istniał jeszcze jakiś inny, zamordystyczny Kościół, o istnieniu którego nie wiem?

I jeszcze uwaga metodologiczna. Św. Tomasz nigdzie nie pisał o „wolności”, bo za jego czasów – moim zdaniem zresztą słusznie – takiego pojęcia nie używano. Pisał natomiast o wolnej decyzji (de libero arbitrio). Przyznają Państwo, że to termin trafniejszy od oświeceniowej i abstrakcyjnej „wolności”. Wolnej decyzji jest poświęcony rozdział 83 „Summy”. Akwinata analizuje w nim dość szczegółowo dyskusję na ten temat, przytaczając opinie za i przeciw. Ostatecznie dochodzi do następującego wniosku (1114 a 32 nn) „dlatego to człowiek musi posiadać wolną decyzję z racji tego samego, że jest rozumny”. Jest to sformułowana w żołnierskich słowach zasada libertarianizmu. Czyżby św. Tomasz był protestantem-satanistą?

Dlatego też państwo powinno uniemożliwiać człowiekowi dostęp do tego, co złe. Celem państwa „neutralnego światopoglądowo” jest uprawianie kultu tolerancji, praw człowieka i innych oświeceniowych wynalazków. Celem libertarian jest oddawanie czci tzw. wolności, czyli żałosnemu aktowi antropocentryzmu człowieka, który sam decyduje, co ma być Prawdą. Natomiast celem katolika winno być budowanie takiego państwa, które realizując projekt civitas christiana, prowadziłoby Naród do zbawienia.

Troszkę jestem przerażony, bo to wizja Jana z Lejdy, który obwołał się królem „Nowego Królestwa Syjonu” i zaprowadził teokratyczną dyktaturę, obowiązek pracy fizycznej i wielożeństwo. Własność prywatna i różnice stanowe były zniesione; zamykanie drzwi od domów było karane śmiercią. Było to w 1533 roku w Münster. Zagrożeni władcy niemieccy wysłali wojska i zdobyli miasto w czerwcu 1535 roku, przywracając władzę katolickiego biskupa. Jan z Lejdy został stracony.

Pamiętam, że kiedyś, słuchając pieśni kościelnej „Króluj nam Chryste zawsze i wszędzie! To nasze rycerskie hasło”, zastanowiłem się, czy można intronizować słownie Jezusa Chrystusa i jednocześnie wyznawać libertariańską ideę wolności religijnej (zaczerpniętą z oświeceniowego szamba). Ja już odpowiedziałem na to pytanie, a Państwo?

Ciekawsza byłaby odpowiedź na pytanie, jakim cudem takie słowa przechodzą przez usta osoby, która w przeciwny sposób łączy poglądy totalitarno-marksistowskie z judaistyczno-anabaptystycznymi, podlewając je dodatkowo sosem zdrowego socjalu? No ale cóż, premier Tusk zapowiadał cuda…

Skomentuj

Użyteczne tagi:

<a href="adres strony www"> link </a>
<blockquote> "cytat" </blockquote>
<code> kod </code>
<i> italic </i>
<strong> pogrubienie </strong>