E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia
Nowy dział w księgarni NCZ! Systematycznie uzupełniane recenzje prawicowych książek autorstwa Korwina Mikke, Zarzecznego, Sommera i innych (kliknij tutaj)!
Pod koniec 2007 roku XVII Kongres KPCh potwierdził, iż Chiny zmierzać będą w kierunku „społeczeństwa harmonijnego” (hexie shehui). Oznacza to, że pierwszy etap chińskiej modernizacji, w trakcie którego najważniejszy był wzrost gospodarczy za wszelką cenę, nieodwołalnie dobiegł już końca.
Od dłuższego czasu priorytetem rządu jest tak zwany harmonijny wzrost. Oprócz gospodarki liczy się ochrona środowiska i dziedzictwa kulturalnego, bliżej nie zdefiniowana (ukryta pod chińskim pojęciem hexie – harmonia) pomyślność i zadowolenie mieszkańców.
Rząd obiecał nie tylko walkę o dalszy cywilizacyjny awans 1,3 miliarda Chińczyków, ale także walkę z różnicami w dochodach między najbogatszymi i najbiedniejszymi grupami społecznymi, a także między wschodem i zachodem Chin.
Siłą rozpędu chińska gospodarka ma zapewnione jeszcze kilka lat rozwoju przy nieosiągalnym dla Polski 8-procentowym rocznym wzroście PKB. Wszystko wskazuję na to, iż władze świadomie starają się wykorzystać tę sytuacje do spowolnienia. Stąd też następuje powolna restytucja socjalizmu i renegocjacja układu pod tytułem „siedzicie cicho i robicie pieniądze”, który stworzył w ostatnich 30 latach chiński dziki kapitalizm, nazywany socjalizmem z chińską specyfiką. Bardzo istotnym posunięciem było wprowadzenie od 1 stycznia 2008 roku nowego kodeksu pracy. W Chinach wiele przepisów pozostaje jedynie na papierze.
Tak jest na przykład w przypadku ochrony patentowej i praw autorskich.Za każdym razem rząd rozkłada ręce, mówiąc że Chiny to wielki kraj i trudno mieć nad wszystkim kontrolę. Jednak kodeks pracowniczy to co innego. Gniew ludu domagającego się nowych przywilejów i większego udziału w owocach chińskiego wzrostu gospodarczego to sprawa, która nie może zostać zlekceważona.
Nowy kodeks zakłada minimalną płacę i nie daje przedsiębiorcom prawa swobodnego zwalniania pracowników. Od 1 stycznia pracownik za każdy rok przepracowany w danej firmie czy instytucji otrzymuje przy zwolnieniu odprawę w wysokości miesięcznego wynagrodzenia.
Coraz gorzej z biznesem – przyznaje Wang, producent uszczelek z Zhejiangu – rząd nam nie pomaga, inflacja szaleje (w marcu wyniosła ponad 8 procent), chiński juan jest coraz mocniejszy, cena transportu morskiego wzrosła, a do tego ci pracownicy… Jak tylko czegoś się nauczą, zaraz żądają więcej, a gdy nie dostają, idą do konkurencji. A rząd? Nęka nas podatkami i podnosząc ceny ziemi tutaj na miejscu, zachęca do inwestycji… na zachodzie kraju. Ale kto tam będzie jechał? Ja całe życie spędziłem w mojej fabryce. Teraz mam się przenosić? A przecież transport towaru często kosztuje tyle samo co sama produkcja. To bez sensu.
Kłopoty Wanga z pracownikami to obecnie chleb powszedni chińskich przedsiębiorców. Zaczyna się też mścić polityka jednego dziecka. Pokolenie jedynaków dobiega dzisiaj trzydziestki, a to oznacza, że źródło młodej i chętnej do pracy siły roboczej wysycha. Międzynarodowy kapitał – ze względu na inflację i drożyznę – już ucieka do Wietnamu, na Sri Lankę i na Filipiny.
Na szczęście ja już się zabezpieczyłem parę lat wcześniej. Uważam, że z ludźmi są kłopoty. Są nieregularni i zawodni. Dlatego już dawno temu wprowadzałem mechanizację! I zobaczysz, że dobrze na tym wyjdę! – cieszy się Wang.
Ale to nie koniec. Rząd ugiął się także pod żądaniem utworzenia związków zawodowych. Domagali się ich chłoporobotnicy, którzy od lat 80. napływali do miast i są w nich pozbawieni prawa do osiedlania się, a także opieki medycznej i edukacji dla dzieci. Ming gong (ludowi robotnicy) to ogromna siła – około 200 milionów ludzi. Aby nie dopuścić do utworzenia autentycznych związków zawodowych, rząd zaktywizował organizacje robotnicze koncesjonowane przez władzę. Te nieoczekiwanie, by zyskać uznanie robotników, zaczęły agresywnie i ostro zwalczać pracodawców, chyba nawet brutalniej niż zakładał to sam rząd.
– W takim wypadku ja wysiadam – mówi znajomy tajwański producent narzędzi przemysłowych. – Do zobaczenia w Wietnamie!
By zobaczyć, jak zmieniają się Chiny, warto przyjrzeć się sloganom, których obecnie, tuż przed igrzyskami w Pekinie jest więcej niż zazwyczaj. Kiedyś na ulicach chińskich miast dominowało słowo fazhan, czyli wzrost. Dziś odnoszę wrażenie, że odeszło do lamusa historii, a karierę robi wenmin, czyli cywilizacja, nowe słowo-klucz tłumaczące rzeczywistość współczesnych Chin.
Stojąc za pisuarem w pięciogwiazdkowej toalecie (ocena władz miejskich Pekinu), mam okazję poczuć się jak zdobywca Księżyca. A wszystko za sprawą chińskiego sloganu – jeden krok w kierunku pisuaru wielkim krokiem w stronę cywilizacji!
Igrzyska mają być piękne. Żeby tak było, musi świecić słońce, a niebo musi być błękitne. Przecież przyjedzie ponad pół miliona obcokrajowców i muszą mieć ładne tło do pamiątkowych zdjęć, które potem pokażą milionom swoich znajomych na całym świecie. W przedolimpijskim Pekinie, jak wiadomo, słoneczne dni nie zdarzały się zbyt często. Ale przecież Chiny to nie Polska gdzie nie zdążymy z autostradami i metrem
na Euro 2012, a budowa stadionu na 60 tysięcy miejsc stała się narodowym wydarzeniem. Tu, zgodnie z olimpijskim hasłem (impossible is nothing – nic nie jest niemożliwe), nawet słońce da się załatwić. Już w marcu władze osiągnęły upragnione siedem na siedem, czyli siedem dni słonecznych w tygodniu. I choć nikt nie wie, jak to się stało (zamknięto zakłady przemysłowe na zachodnich przedmieściach Północnej Stolicy, jednak zachodnia prasa i wielu Chińczyków podejrzewa że prawdopodobne było wystrzelenie substancji chemicznych czyszczących smog towarzyszący miastu od wielu lat), Słońce w każdym razie miało być i jest.
Zdjęcia zatem wyjdą dobrze. Okazało się, że ochrona środowiska (huanjin baohu), wymuszana trochę przez Zachód, spodobała się Chińczykom. Tutaj, w Pekinie, już nie będzie powrotu do smogu, bo mieszkańcom po prostu spodobało się czyste niebo. W dodatku Pekin daje przykład i inne miasta będą podążały jego śladem. A zatem biznes ekologiczny ma teraz w Chinach wielką przyszłość – lokalne władze na potęgę będą kupowały technologie służące do ochrony środowiska, budowały oczyszczalnie ścieków.
Na to jest teraz zielone światło – mówi Michael z Singapuru, współwłaściciel fabryki akcesoriów ekologicznych koło Hangzhou – dlatego wielu ludzi w mojej okolicy zrobiło na olimpiadzie kokosy, wysyłając do Pekinu na przykład zielone drzewka.
Yin Lang (Żelazny Wilk), taksówkarz z Hangzhou, jednak się z igrzysk nie cieszy. – Ja tam na pewno nie pojadę, bo za co? – macha z rezygnacją ręką. Gdy pytam go o wydarzenia w Tybecie i czy chciałby „wyzwalać Tajwan”, Wilk jest autentycznie rozbawiony. Daj Pan spokój! Ja tu zapier… po kilkanaście godzin, co mnie to obchodzi! Mam inne zmartwienia. Widzisz te budynki tam? – wskazuje palcem na nowe apartamenty. Nawet tutaj, na obrzeżach miasta kosztują. 20-30 tys. juanów za metr (6-8 tysięcy złotych). Jestem z Anhui i siedzę tu już kilka lat. Przez rok gdybym nie jadł, to zarobię na metr kwadratowy.
To chore ceny nawet dla miejscowych. Dawniej takie deklaracje w Chinach były rzadkością. Dziś świadczą o tym, że pod Niebiosami z harmonią jest rzeczywiście coś nie tak. Zheng Wei, menadżer z fabryki produkującej hulajnogi, zarabia sporo.
– Lubię wydawać pieniądze. Wzięliśmy z dziewczyną kredyt na mieszkanie, ale od czasu do czasu lubię gdzieś pojechać. Za granicą jeszcze nie byłem – Chińczykom być może łatwo dostać paszport, ale z wizą jest dużo gorzej. Jeździmy więc na Hajnan, do Yunanu i do Tybetu. Ten ostatni niestety teraz jest zamknięty.
Nadchodzące lata w Chinach upłyną na harmonizowaniu Wilka z Zheng Weiem. Ale jak rząd to zrobi? I co będzie, jeśli jeden uzna, że dali mu za mało, a drugi, że zabrali za dużo? W małym mieście w Zhejiangu obcokrajowiec samotnie przechadzający się po mieście wciąż jeszcze może wzbudzić zainteresowanie. Dlatego zaczepia mnie młody grafik komputerowy i przekrzykując warkot silnika swojego skutera, pyta, czy gdzieś mnie nie podwieźć. Pytam, ile będzie to kosztować, bo jeszcze niedawno od obcokrajowca za podobne życzliwe wydawałoby się przysługi oczekiwano sporej i często zupełnie nieadekwatnej zapłaty.
Daj spokój. Zawiozę Cię, gdzie będziesz chciał. Nie chcę pieniędzy! – I tak już się nie dorobię, żebym nie wiem jak ciężko pracowała – mówi pani Li z Wenzhou.Przyjechałam do fabryki produkującej zapalniczki kilkanaście lat temu z prowincji Jiangxi. Wiem już, że głową muru nie przebiję. A pieniądze to nie wszystko. Dlatego zaczęłam praktykować buddyzm. Coś jednak musi być po śmierci… A ty w co wierzysz ? – zaskakuje mnie.
Odpowiedzi na takie pytania kilka lat temu szukało niewielu ludzi. Zmiana stosunku do pieniędzy i „dorabiania się”, które stało się chińską religią w ostatnim 30-leciu, jest aż nadto widoczna.
Dziś około 300 milionów Chińczyków deklaruje się jako osoby wierzące i wyznające religię (chrześcijaństwo, islam, buddyzm). To aż 30 procent ludzi w wieku powyżej 16 lat. W ramach polityki harmonizacji władze uznały ateizację społeczeństwa za szkodliwą. Zależy im na promowaniu moralności i etyki. To ma być balsam łagodzący ból transformacji. Jednak kilkaset milionów religijnych ludzi to ogromna siła pozostająca poza kontrolą rządu. Dlatego rząd promuję religię, ale jednocześnie chce ją kontrolować. To jest przyczyną prześladowania chińskich katolików i mianowania ponad 30 procent biskupów w tak zwanym chińskim Kościele Patriotycznym, bez akceptacji Rzymu.
Mimo to w przyfabrycznych dzielnicach chłoporobotników wyrastają kościoły… W hotelu, przeglądając
ulotki i albumy, przekonuję się, że Zhejiang może się jednak kojarzyć z czymś innym niż fabryka świata
i globalne centrum produkcyjne, którym stało się przecież dopiero w ostatnich 30 latach. A historia tego miejsca jest znacznie dłuższa…
Oglądam więc sławnych poetów, mandarynów i generałów z różnych epok, którzy żyli na tych ziemiach i pewnie nie przypuszczali, że kiedyś wyrosną tu fabryki wysyłające towary w najdalsze zakątki świata, daleko poza Wielki Mur. A jakie wydarzenia rozegrają się na tych terenach w XXI wieku ? Tego jeszcze nie wiemy i dlatego żyjemy w ciekawych czasach…
Więcej w książce Autora, dostępnej tutaj.
Jedyna na polskim rynku książka prezentująca współczesne Chiny okiem dziennikarza Najwyższego Czasu, sinologa, który spędził w Państwie Środka wiele lat i biegle posługuje się językiem chińskim! W dodatku została napisana z wolnościowej perspektywy. Dowiedź się jak naprawdę funkcjonują współczesne Chiny tuz przed Olimpiadą w Pekinie! Kliknij tutaj.
Nczas.com o Chinach:
● Euro 2012 i Olimpiada 2008: Polska nie zdąży. Chiny… walczą z komarami
● Chiny zdradziły lewicę!
● Inny punkt widzenia: cena cudu w Chinach
● Chiny: powrót gospodarki centralnie sterowanej
● Chiny walczą z golizną i cenzurują Internet
● Chiny przed olimpiadą a dziki kapitalizm
● Korwin Mikke: o kapitalistycznych Chinach
● Europejski socjalizm a chiński turbokapitalizm
● Chiny walczą z rozwarstwieniem społecznym
● Chińscy towarzysze – kapitaliści
Inne artykuły z działu “ważne”:
● Korwin Mikke: Nie lustrować służb wywiadowczych!?
● Korwin Mikke: Mniejszości mniejsze i większe. Kto kogo ma tolerować?
● Korwin Mikke: Globalne ocieplenie i inne sezonowe afery
● Wyrostkiewicz: Awantura w LPR. Powstaje nowa partia
● Korwin Mikke: Wałęsa, Opus Dei, B’nai B’rith…
● Michalkiewicz: Wałęsa nie był sam
Nowości w księgarni:
W sklepie nczas.com można nabyć długo oczekiwaną książkę “SB a Lech Walesa. Przyczynek do biografii” (Cenckiewicz, Gontarczyk). Pozycja niezwykle trudno dostępna! Ilość egzemplarzy ograniczona! Zachęcamy do złożenia zamówienia!
UWAGA: Przedruk artykułów (w całości lub części) z działu “numer bieżący” oraz “ważne”, jest możliwy jedynie: a) za podaniem klikalnego źródła b) tylko w niezmienionej formie: artykuł + informacje poniżej artykułu np. o ewydaniu, nowych publikacjach w sklepie, itp.