E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia
Nowy dział w księgarni NCZ! Systematycznie uzupełniane recenzje prawicowych książek autorstwa Korwina Mikke, Zarzecznego, Sommera i innych (kliknij tutaj)!
Co Państwo sądzą o pewnej bardzo interesującej grupie współobywateli – o tych, którzy mają na głowie liczbę włosów podzielną przez 17? Jest to pokaźna grupa, licząca mniej więcej 1/17 wszystkich obywateli III Rzeczypospolitej. Czy uważają Państwo, że parlament powinien uchwalić jakąś ustawę regulującą problemy tej – ważnej przecież – grupy? Nawet to Państwu do głowy nie przyszło – nieprawdaż? A przecież państwo wydaje jakieś ustawy regulujące sytuację np. nauczycieli… Traktujemy to jako rzecz zupełnie normalną. „Nauczyciele” to całkiem spora i solidna grupa, mająca swoje „przedstawicielstwa” w postaci rozmaitych związków zawodowych itd. No dobrze – ale co łączy ze sobą dwóch nauczycieli?
Jeden jest wysportowanym blondynem, druga ostrą brunetka, trzecia rozlazłą blondynką… Jeden swój zawód wykonuje dobrze – drugi źle… Zupełnie jak członkowie grupy posiadaczy włosów w liczbie podzielnej przez 17… Albo, załóżmy, niebieskookich. Jedna z tych nauczycielek powinna być właśnie z trzaskiem wywalona ze szkoły, w której uczy (z czego nie wynika, że nie nadaje się do żadnej innej!) – inna powinna akurat awansować. Jednakże podróżują – pod przymusem – na tym samym wózku: należą do „grupy nauczycieli”. Ich awanse i dymisje regulowane są tymi samymi przepisami. Przywykliśmy do tego – i uważamy to za naturalne. W rzeczywistości nie ma żadnego powodu, by tych ludzi obejmować wspólnym ustawodawstwem. Zły nauczyciel więcej ma wspólnego np. ze złym tokarzem niż z dobrym nauczycielem. To, że są traktowani jako grupa, wynika z dwóch przyczyn. Pierwsza z nich to słownictwo. Uważamy, że jak jakąś grupę nazwiemy, to ta grupa niejako „istnieje”. W rzeczywistości istnienie tej „grupy” jest równie realne jak istnienie grupy posiadaczy odpowiedniej liczby włosów na głowie.
Gdybyśmy podzielili ludzi na 17 takich kategoryj i wydali jakieś przepisy regulujące prawa i obowiązki każdej z tych grup, to te grupy nagle „zaistniałyby”. Z ta podzielnością przez 17 mocno przesadziłem – ale ja zawsze uważam, że skrajne przykłady są dobre, bo szokują. Jeśli jednak te 17 grup zastąpilibyśmy np. ośmioma grupami krwi (uwzględniając Rh), sprawa przestałaby być śmieszna. Jest niesłychanie prawdopodobne, że grupy ludzi o takich samych cechach krwi mają jakieś cechy różniące je od innych. Np. B+ jest prawie na pewno „lepsza” pod niektórymi względami. Wystarczy teraz ludziom te grupy krwi wytatuować na czołach, wydać przepisy np. wyrównujące albo różnicujące: jeśli, powiedzmy, ci z B+ zarabiają średnio więcej, to obłożyć ich podatkiem na rzecz innych – i mamy konflikt społeczny, że aż ha!
Oczywiście to, że grupy te zaistniałyby, wynika nie stąd, że one istnieją jakoś obiektywnie – tylko z tego, że te kategorie zostały stworzone przez język i przepisy!! Ponieważ grupy krwi nie są tatuowane, więc konfl iktu nie ma. Dokładnie to samo dotyczy „nauczycieli”. Mają ze sobą tyle wspólnego, co np. rozmaite „parzystokopytne”. Jest taka grupa ssaków. Tak ją nazwaliśmy. Co z tego wynika? Poza zaistnieniem w statystykach – nic! To samo dotyczy „nauczycieli”. W normalnym kraju każdy nauczyciel ma inne obowiązki, inny zakres pracy, inne metody. Czyli żadnych dwóch nauczycieli nie byłoby w takiej samej sytuacji: każdy miałby indywidualną umowę o pracę – każdy inną, bo też umowa o pracę powinna być dopasowana do każdego człowieka i każdej szkoły. Pojęcie „nauczyciela” oczywiście by istniało – tak samo jak istnieją „parzystokopytne”. Natomiast NIC by z tego nie wynikało.
Sądy rozstrzygałyby spory o pracę na podstawie konkretnej, indywidualnej umowy – a nie „Karty Nauczyciela” czy kodeksu pracy. Co oczywiście uniemożliwia „spory zbiorowe”, wspólne protesty, strajki i demonstracje „nauczycielskie”! Piszę to (po raz kolejny) po to, by Państwo sobie uświadomili, jak głęboko zakorzenione jest w nas myślenie kolektywistyczne. Nasz umysł wytwarza kolektywy z lotnością burzy piaskowej. Stoję na ulicy podporządkowanej – i natychmiast w moim umyśle powstaje „kolektyw”: ONI, ci na głównej ulicy, którzy nie chcą nas wpuścić…
Biurokratyczne dzielenie ludzi na kategorie oparte jest na tym właśnie prymitywnym, a naturalnym (jestem przekonany, że 75% z Państwa uzna mnie za wariata kwestionującego oczywistość…) trybie myślenia. A biurokratom chodzi po prostu o to, by podzielić ludzi na kategorie – a potem już łatwo ludźmi rządzić. Można np. wydać rozporządzenie zwiększające premie „nauczycielom” o 10%. A to, że jeden z oddaniem uczy w szkole zawodowej trudnych przedmiotów, a drugi wykłada „podstawy propedeutyki filozofii” (czego nikt nie słucha – i słusznie, bo facet klepie wyuczone formułki, nie mające realnego sensu) – dla biurokraty nie ma znaczenia. On zadbał o „nauczycieli”. Czemuż, ach czemuż nie dba o tych, którzy mają na głowie liczbę włosów podzielną przez 17? Albo o niebieskookich? Tyle dekretów można by wydać –zaskarbiając sobie uznanie, a nawet miłość członków poszczególnych „grup społecznych”.
Z drugiej jednak strony „nauczyciele” przywykli do jakichś zbiorowych faworów. Natomiast dla posiadaczy liczby włosów podzielnej przez 17 byłby to nieoczekiwany i radosny prezent. Z pewnością to oni lepiej by zapamiętali polityka, który by im jakąś niewielką sumkę wręczył. Więc może politycy pomyśleliby przed wyborami o tak niekonwencjonalnym sposobie zaskarbienia sobie łask sporej grupy wyborców? O, gdyby wszyscy przedstawiciele tej grupy zagłosowali na UPR, to ta przekroczyłaby 5%! Więc może wybrać sobie jakąś docelową grupę – nie tak absurdalną oczywiście? Polecam grupy krwi… Sam się tym nie zajmę, rzecz jasna – bo nie uprawiam polityki „dziel i rządź”.