E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia
Nowy dział w księgarni NCZ! Systematycznie uzupełniane recenzje prawicowych książek autorstwa Korwina Mikke, Zarzecznego, Sommera i innych (kliknij tutaj)!
W końcu października br. w Polsce nastąpiło znaczne nasilenie propagandy tutejszej eurokomuny na rzecz „jak najszybszego wstąpienia Polski do strefy euro”. Nawoływał do tego między innymi wiele razy sam premier Tusk. Waluta Unii Europejskiej ma stać się cudowną receptą na zapewnienie gospodarczego rozwoju i wszelkiej pomyślności. Podobnie jak dawniej sowiecki rubel.
Tydzień wcześniej pokomunistyczne media warszawskie radośnie ogłosiły, że „rząd” już „przyjął mapę” koniecznego wprowadzenia Polski do „strefy euro”. Zgodnie z tą radosną eurosowiecką nowiną, złotówki mają zniknąć z naszych portfeli i kont już w styczniu 2012 roku. W zamian mamy otrzymać, po jakimś jeszcze nieznanym, ale na pewno sztucznym, tj. urzędniczo-szalbierczym kursie, mocno podejrzane banknoty euro – przez nikogo nie podpisane, nie oparte w żadnej mierze na złocie czy srebrze i nie gwarantowane przez żadne konkretne, cywilizowane i zdrowe państwo (podobnie jak dawne sowieckie ruble).
Kurs ten mają określić wyżsi urzędnicy UE w Brukseli, w eurobanku we Frankfurcie nad Menem i być może też w Warszawie – zapewne jesienią roku 2011. Premier Tusk oświadczył 28 października, ogłaszając „mapę”, że jest to „plan ambitny, ale realny, będziemy przekonywać prezydenta, że obecność w strefie euro będzie dla Polski korzystna” (poparcie posłów PiS i prezydenta jest konieczne, aby przeprowadzić niezbędne do wprowadzenia euro zmiany w konstytucji RP i ustawie o NBP).
Już kilka godzin później wielkie zadowolenie z przyjęcia przez rząd PO i PSL planu likwidacji złotego i wprowadzenia euro wyraziła Komisja Europejska w Brukseli. Od tej pory różni opłacani przez rząd, wielkie media i banki „ekonomiści” i propagandyści już nieustannie mącą Polakom w głowach, że przyjęcie tej „europejskiej waluty” przyniesie im same korzyści. A to, że po przyjęciu euro „firmy przestaną się martwić o ryzyko kursowe”, a to, że „łatwiej im będzie zdobyć kapitał na rozwój” (ciekawe, które to firmy i skąd ten kapitał – może z Brukseli?), a Polska będzie mogła „liczyć na większe obroty handlowe”.
Minister finansów Jacek Rostowski zapewnił nawet w TVN (29 października), że wprowadzenie euro w ogóle nie uderzy obywateli po kieszeniach. „Nie jest prawdą, że wprowadzenie euro bije po kieszeniach” – powiedział Rostowski. Jego zdaniem, po wprowadzeniu waluty euro mogą lekko wzrosnąć ceny takich towarów jak gazety czy papierosy, a czynsze czy elektryczność „nie muszą rosnąć”. Pytany o ryzyko znacznego zaokrąglenia cen przez handlowców w górę po zamianie złotówek na euro – odpowiedział: „Zaokrąglanie idzie w obie strony. Zauważamy te, które są podwyżkami. (…) Efekt wprowadzenia euro, jeśli chodzi o ceny, będzie minimalny, śladowy” (PAP).

W podobnym tonie wypowiadali się też niektórzy „eksperci”, np. z firmy Deloitte (prorokujący nawet spadek cen wielu towarów i usług po wprowadzeniu euro!) i innych instytucji finansowych. Wygląda na to, że powszechnie negatywne doświadczenia Niemców, Francuzów, Austriaków, Włochów czy Słoweńców, szczególnie zauważalne w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu u nich euro, nie mają dla tych ministrów czy „ekspertów” żadnego znaczenia.
Warto więc przypomnieć, że w tych krajach ceny większości podstawowych artykułów konsumpcyjnych, gastronomicznych, energii, transportu i usług (np. hotelowych) zwiększyły się o od kilkunastu do aż kilkudziesięciu procent – już w ciągu pierwszego roku po wprowadzeniu eurorubla.
A faktycznie potaniały jedynie nieliczne artykuły z importu. Więc dziesiątki milionów zwykłych ludzi, mieszkańców „eurolandu”, wyraźnie zbiedniało, a na euro w sposób widoczny skorzystali jedynie urzędnicy wyższych rang, funkcjonariusze wielkich mediów, banków i część pracowników dużych firm międzynarodowych – czyli ci, którym wkrótce po wprowadzeniu euro znacznie podwyższono pensje – a także niektórzy eksporterzy. W sumie było to raptem kilka, a co najwyżej kilkanaście milionów „obywateli UE”. Wydaje się, że na unijną walutę najbardziej narzekają do dziś miliony Austriaków, a potem Niemców i Włochów.
Dla euro rząd podniesie podatki?
Były wiceminister finansów (do 18 kwietnia br.), prof. Stanisław Gomułka, uznał, że aby w roku 2010 Polska mogła spełnić wymagane kryteria wprowadzenia euro, może być konieczne podniesienie podatków. Rząd „użyje wszystkich środków, w tym także ewentualnego podniesienia podatków, aby te kryteria zostały spełnione” – powiedział prof. Gomułka dziennikarzom 29 października (PAP). Należy przypomnieć, że kryteria te stanowią, iż inflacja w kraju kandydującym do unii walutowej nie może być wyższa o więcej niż 1,5 punktu procentowego od średniej stopy infl acji w trzech krajach UE, gdzie wskaźnik ten był ostatnio najniższy; długoterminowe stopy procentowe nie mogą przekraczać o więcej niż 2 punkty procentowe średniej stóp procentowych w trzech krajach UE o najniższej inflacji, dług publiczny kraju nie może przekraczać poziomu 60 proc. PKB, a deficyt budżetu – 3 proc. PKB.
Moment wejścia do strefy euro poprzedza wymóg uczestniczenia w tzw. mechanizmie ERM-2, w którym przez dwa lata waluta rodzima musi być już dość sztywno związana z euro. A rząd PO i PSL chce wejścia Polski do tego ERM-2 już w połowie przyszłego roku (!). Tym samym chce „usztywnić” nie tylko kurs złotego, ale i polską gospodarkę. Według opinii niektórych polskich ekonomistów, jak np. prof. Andrzeja Kaźmierczaka, są to warunki w większości nie tylko niekorzystne dla polskiej gospodarki, ale też (na szczęście) trudne do spełnienia.
Wszelkie doświadczenia europejskie wskazują też na to, że po przyjęciu euro zamiast wzrostu konkurencyjności następuje szybki wzrost monopolizacji i oligopolizacji gospodarki, a co za tym idzie – wzrost cen za wszelkie usługi oraz wzrost marż, ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami.
Euromapa = europropaganda
Tymczasem założyciel (w 1990 roku) i od lat wiceprezes ekonomicznego Centrum im. Adama Smitha, Andrzej Sadowski, uważa, że to, co nazywane jest szumnie „mapą wejścia do strefy euro”, stanowi jedynie działanie propagandowe rządu, a wprowadzenie w Polsce euro w postulowanym przez rząd terminie (tj. w roku 2012) nie jest realne.
Jego zdaniem, ewentualne przyjęcie euro powinno być (jeśli w ogóle miałoby gospodarczy sens) efektem realnych procesów gospodarczych, a nie politycznej decyzji rządu. „Ten plan jest zawieszony pod sufitem, bez oglądania się na rzeczywistość” – powiedział Sadowski. Dodał, że plan rządu jest bardzo ryzykowny, bo „spowolnienie gospodarcze” może już wkrótce „zapukać do naszych drzwi”. I stwierdził, że deklarowanym od dawna celem unii walutowej jest zbliżenie gospodarek krajów Europy, a przy takim dystansie, jaki “teraz dzieli nas od pozostałych krajów UE, mówienie przyjęciu euro nie ma sensu”. A dystans ten można skrócić tylko poprzez „zwolnienie ręcznego hamulca gospodarki”, czyli poprzez przywrócenie wolności gospodarczej, zmianę przepisów, obniżkę podatków i zmianę całego systemu podatkowego – powiedział dziennikarzom wiceprezes Sadowski.
I skrytykował ustrój ekonomiczny kraju: zły system podatkowy, złe prawodawstwo i nadmierną ingerencję rządu w życie gospodarcze. Ponadto jest „niedopuszczalne”, że rząd próbuje w sposób administracyjny, a nie rynkowy, ustalić przyszły kurs złotego – uznał Sadowski w reakcji na opinię głównego specjalisty rządu od spraw gospodarczych, ministra Pawlaka.
Ten „spec” oznajmił bowiem dziennikarzom, że bieżący kurs złotego (3,63 zł/euro) jest bliższy temu, który byłby korzystny dla gospodarki po wejściu do strefy euro, niż kurs niższy (w domyśle – sprzed paru miesięcy).
Prezydent waha się czy udaje?
Prezydent Lech Kaczyński natomiast mówi o wprowadzeniu euro inaczej w Warszawie – politykom i dziennikarzom – a inaczej na spotkaniach z ludźmi na prowincji. Więc jeszcze do końca nie wiadomo, czy faktycznie jeszcze się waha, czy też już tylko udaje obrońcę polskiej suwerenności. 30 października zadeklarował np. w Wierzchosławicach, że jest gotów do rozmów o „perspektywie wejścia Polski do strefy euro”, ale nie oznacza to, iż jest gotów do „przyjmowania w tej chwili jednoznacznych terminów”.
Lech Kaczyński wyraził liczne wątpliwości co do rządowej daty, czyli roku 2012, i stwierdził, że „jest rzeczą złą, że te grupy, które są zainteresowane jak najszybszym wprowadzeniem euro, korzystają z okazji związanej z trudnościami finansowymi, żeby przeprowadzić swój plan”. Prezydent przestrzegł, że na wprowadzeniu waluty euro stracą przede wszystkim Polacy gorzej zarabiający. A ponadto „własna waluta to jednak niezwykle istotny element suwerenności – dla mnie to jest bardzo ważne”.

Po drugie – zauważył rzeczowo prezydent – własna waluta zapewnia „znacznie większą swobodę manewru na rynku finansowym”. Po trzecie – stwierdził Lech Kaczyński – doświadczenia wielu krajów, które wprowadziły euro, są następujące: ceny istotnie wzrosły, co uderzyło przede wszystkim w ludzi średnio i słabo zarabiających. Na koniec zaznaczył jednak, już niezbyt mądrze i chyba asekuracyjnie, że wejście w przyszłości do „strefy euro będzie jednak dobre, stabilizujące, uspokajające”(PAP).
Należy przypomnieć, że wprowadzenie pod przymusem sowieckiego rubla na ziemiach wschodnich RP w latach 1939-1940 czy też na Litwie i Łotwie w latach 1944-1945 też okazało się wielce „stabilizujące” i „uspokajające”. Gospodarka tych krajów i ziem została „uspokojona” do tego stopnia, że z powszechnego odrętwienia i biedy (w stosunku do rozwijających się krajów Europy, które miały własne waluty) zaczęła wychodzić dopiero po zrzuceniu tej postępowo-politycznej „wspólnej waluty” – w roku 1992. Ale o tym fatalnym doświadczeniu sprzedajni warszawscy „eksperci” czy dziennikarze nie chcą ani nic wiedzieć, ani mówić. Bo i po co? Czy ktoś by im za to zapłacił?
Euro = brak większego rozwoju
Warto też przypomnieć, że wprowadzenie sztucznej, polityczno-urzędniczej waluty Unii Europejskiej (w roku 1999) w żadnym z krajów Europy nie stało się jakimś wyraźnym stymulatorem gospodarczego wzrostu. Wręcz przeciwnie – kraje „eurolandu” coraz bardziej odstają od tempa rozwoju krajów na innych kontynentach. Ponadto przy jednej polityce finansowo-walutowej, sterowanej przez biurokratów z Brukseli i Frankfurtu, nie da się elastycznie i optymalnie reagować na potrzeby gospodarek tak różnych krajów jak np. Portugalia, Holandia i Polska. A powszechne przyjęcie waluty euro, dokonane w roku 2002, stało się już jedną z zasadniczych przyczyn znacznego wyhamowania rozwoju takich gospodarek jak irlandzka czy austriacka, a także włoska, francuska, a nawet niemiecka (w latach 2002-2005).
Jest więc oczywistością, że odrzuceniu polskiego pieniądza będzie towarzyszyć zahamowanie gospodarczego rozwoju Polski. Gdyby władze w Warszawie faktycznie chciały szybkiego rozwoju kraju, powinny zachować niezbędne instrumenty polityki rozwoju – własną politykę kursową i politykę stóp procentowych, a więc i własną walutę. Ale cały problem w tym, że władze rządowe i inne już wyraźnie nie chcą zachowania złotego, bo już stały się klientami i wykonawcami planów unijnej Brukseli, Berlina i Paryża. I chcą jak najszybszego wprowadzenia politycznego pieniądza UE, aby wykazać się jakimś „sukcesem” przed swymi zagranicznymi protektorami.
Przykład Szwecji
Nasi europlaniści i żałośni poputczicy UE z Warszawy czy Gdańska, w tym również niektórzy politycy SLD i PiS, odpowiadają na to, że przecież na przyjęcie waluty euro władze RP zgodziły się już w roku 2003, w traktacie „akcesyjnym” do UE. Należy więc spełnić to zobowiązanie jak najszybciej (wg SLD) lub bez pośpiechu – w bliżej nieokreślonej przyszłości (wg PiS).
A przecież sytuacja traktatowa Polski jest bardzo podobna do sytuacji Szwecji, która też została traktatowo zobowiązana przez władze UE do przystąpienia do unii walutowej, też bez podania konkretnego terminu, już w roku 1994. A więc o dziewięć lat wcześniej niż Polska.
Szwedzi jednak przeciwstawili się temu wstępnemu zobowiązaniu ich rządu w referendum (14 września 2003 r.). Prawie 56 proc. głosujących (przy niemal 83-procentowej frekwencji) powiedziało „nie” politycznemu pomysłowi wprowadzenia euro w ich kraju. I Szwecja spokojnie pozostaje przy swej mocnej koronie już od 13 lat – od czasu swej „akcesji” do Wspólnot Europejskich w 1995 roku.
I to głównie dzięki zachowaniu własnej waluty i polityki finansowej niemal wszystkie ważne wskaźniki gospodarcze Szwecja ma istotnie wyższe niż te same wskaźniki w krajach „eurolandu”. I nikt jej za to ze Wspólnoty i europejskiego rynku nie wyrzuca ani nawet tym nie grozi. A różni szwedzcy ministrowie, posłowie czy „eksperci” – w przeciwieństwie do niektórych ich żałosnych odpowiedników w Warszawie – nie bełkoczą przed kamerami bzdur, że szybkie przyjęcie waluty UE to konieczność, racja stanu i same korzyści.
Powiązana publicystyka
● Janusz Korwin Mikke: Kto zarobi na wprowadzeniu euro? Wielki krach za kilka lat?
● Marek Langalis: Unijne marnotrawstwo
● Robert Gwiazdowski: Zwolennicy euro robią z Polaków kretynów
● Tomasz Teluk: Niemoralność dotacji
● Krzysztof M. Mazur: Złoto a pieniądze
● Marek Jan Chodakiewicz: Optymiści kupują złoto, pesymiści amunicję?
● Tomasz Teluk: Europejska ekonomia rodziny
Powiązane wiadomości
● Socjal w natarciu: “Europejska polityka gospodarcza”
● UE a przebudowa światowych finansów
● Czy i Ty zainwestowałeś już w złoto?
● Euroland zwalnia
W wolnej chwili:
● Rafal Ziemkiewicz: Socjalizm jako wypaczenie chrześcijaństwa
● Konkurs na unijny absurd rozstrzygnięty
● Robert Gwiazdowski: Co ma robić Państwo?
● Tomasz Cukiernik: Korupcja to efekt interwencjonizmu
Inne artykuły z działu “ważne”:
● Dariusz Kos: Baty za polityczną niepoprawność!
● Marek Langalis: Unijne marnotrawstwo
● Janusz Korwin Mikke: Konstytucja to świstek papieru. Jak nie powinno wyglądać Prawo?
● Janusz Korwin Mikke: Prehistoryczna bajka o globalnym ociepleniu
● Robert Wit Wyrostkiewicz: Korupcja w rządzie? Jak zarabiają kadry Tuska
● Robert Wit Wyrostkiewicz: Jako pierwsi i jedyni publikujemy scenariusz „Tajemnicy Westerplatte”
● Robert Gwiazdowski: Wielki Krach oszustów! Profil prawdziwego kapitalisty
● Dariusz Kos: Już wiadomo! I Ty dołożysz się do ITI
● Tomasz Teluk: Polska we władzy urzędników
● Nigel Farage: Polska i Wielka Brytania powinny opuścić Unię
Nowości na nczas.com
● zachęcamy do pobrania prawicowych tapet na komórkę
● w sklepie wyśmienite nowości: “Prawa człowieka i ich krytyka”, “O Papieżu”, najnowszy numer “Frondy” oraz wiele innych.
● Książka “Czy można usprawiedliwić podatki?” gratis do prenumeraty papierowej (tylko do 31.12.08)! E-prenumerata w super cenie – tylko 10 groszy za artykuł!
UWAGA: Przedruk artykułów (w całości lub CZĘŚCI), jest możliwy JEDYNIE: a) za podaniem klikalnego źródła b) tylko w niezmienionej formie: artykuł + informacje poniżej artykułu np. o ewydaniu, nowych publikacjach w sklepie;