Ambitne i zadziorne chłopy. Pierwsi stanęli do walki!

Wołyń.
Miejsce nieistniejącej już polskiej wsi na Wołyniu na Ukrainie. (Fot. PAP)
Prenumerata Najwyższego Czasu!

Mało kto pamięta, że pierwszym zbrojnym oddziałem na Wołyniu, który stanął w obronie Polaków był oddział braci Jurgielewiczów. Powstał on na przełomie lat 1941-1942, gdy polska konspiracja na Wołyniu była w powijakach, podnosząc się z trudem po ciosach zadanych przez Sowietów i zaraz potem przez Niemców. Jego działanie było skierowane przeciwko Niemcom i współpracującymi z nimi Ukraińcami. Oddziałem dowodził najstarszy z braci Jan, a jego głównymi pomocnikami byli bracia Izydor i Józef. Miała też ich wspomagać siostra Felicja.

Oddział rozrastał się, przyjmując w swoje szeregi zbiegów z radzieckich obozów jenieckich, którym też było wszystko jedno i marzyli o odwecie na Niemcach. Oddział Jurgielewiczów działał w samym centrum powiatu dubieńskiego w rejonie Młynowa, Smordwy, Ignatówki i Pełczy. Niemcy, opierający swą władzę w terenie na Ukraińskiej Policji Pomocniczej, nie byli w stanie opanować sytuacji.

Musieli skierować do pościgu za oddziałem Jurgielewiczów znaczne siły wojskowe. Musieli długo się za nim uganiać, zanim zdołali go zlikwidować. Partyzanci Jurgielewiczów bili się do końca. Żaden z nich nie dał się wziąć do niewoli.

Rodzina Jurgielewiczów mieszkała początkowo w Pańskiej Dolinie i była spokrewniona z Cybulskimi. W latach trzydziestych postanowili przeprowadzić się do  Ignacówki leżącej w gminie Werba należącej tak, jak wspomniana Pańska Dolina, do powiatu dubieńskiego. Wieś ta wchodziła w ciąg polskich wiosek i kolonii rozciągniętych na przestrzeni 18 km między Dubnem a Pełczą takich, jak: Witosówka, Mieczysławówka, Wielkopolanka i właśnie Ignacówka, a także Krzywucha. Leżały one w górzystym i lesistym terenie. Przed wojną te duże kompleksy złożone z sosen, dębów i olch, należących do lasów smordewskich, były własnością hrabiego Chodkiewicza z Młynowa i Ledochowskiego ze Smordwy. Te porośnięte lasem góry długie i szerokie na 25 km, miejscowi mieszkańcy nazywali mianem Gór Pełczańskich.

Ambitne i zadziorne chłopy

Ze wspomnień byłych mieszkańców wynika, że były to bardzo malownicze wzgórza, przerżnięte wąwozami. Znajdowały się też tu kamieniołomy, w których wydobywano piaskowiec kwarcytowy. W latach trzydziestych bracia Jurgielewicze założyli rodziny i gospodarowali każdy na swoim areale. Jak wspomina ich krewny Antoni Cybulski, były to „bardzo ambitne iż zadziorne chłopy”. Razem z nimi żyła ich matka, słynąca z energii kresowa kobieta, i dwie siostry. Bracia Jurgielewicze przetrwali spokojnie czasy pierwszej sowieckiej okupacji. Ich kłopoty zaczęły się, gdy na Wołyń po ataku na ZSRR wkroczyli Niemcy. Ukraińcy w gminie Werba, tak jak na całym Wołyniu, uznali ich za swoich protektorów.

Czego Polacy mogą się spodziewać po Ukraińcach, pokazało zdarzenie w Ptyczy odległej o kilka kilometrów od miejsca zamieszkania braci Jurgielewiczów. Ukraińcy  wrzucili granat do plebanii parafii rzymskokatolickiej w tej miejscowości licząc, że w ten sposób pozbędą się proboszcza Wincentego Jacha. Jak pisze ksiądz Stanisław Kuźmiński, proboszcz parafii Dubno do bpa A. Szelążka: „Bomba eksplodując zniszczyła część podłogi obok łóżka, pościel, a jego chwilowo tylko ogłuszyła, nie wyrządzając najmniejszej krzywdy”*. Bracia Jurgielewicze trzymali się razem i byli gotowi bronić się i odpłacić za każdą krzywdę. Ukraińscy nacjonaliści początkowo omijali ich, czekając na ostateczną rozprawę z Polakami.

Sołtys chciał ich załatwić

Wiosną 1942 r. postanowili posłużyć się ukraińskim sołtysem, który był jak wszyscy inni uzależnieni od OUN i wykonywał rozkazy tej organizacji. Jednym z ich zadań było chronienie ludności ukraińskiej przed przymusowym wyjazdem do Niemiec i typowanie jako kandydatów na przymusowych robotników wyłącznie Polaków. OUN jeszcze przed planowanym powstaniem chciała maksymalnie osłabić żywioł polski, żeby przy planowanych rzeziach stawiał jak najmniejszy opór. Sprawa braci Jurgielewiczów jest znakomitą ilustracją tej polityki. W marcu 1942 r. miejscowy sołtys Ukrainiec Czajek wytypował trzech braci na wywózkę do Niemiec.

Zrobił to, mimo że w wielodzietnych rodzinach ukraińskich było wiele osób stanu wolnego. Jurgielewicze, mający na utrzymaniu rodziny, zaprotestowali przeciwko wyznaczeniu ich na wyjazd. Nie zgłosili się też do Arbeitsamtu w Dubnie. Takie rzeczy się zdarzały. Brak trzech osób dla Niemców nie stanowił tragedii. Ukraińcy pracujący w administracji przedstawili zapewne sprawę tak, że bracia Jurgielewiczowie to osobnicy niebezpieczni dla Rzeszy, których trzeba bezwzględnie aresztować i wywieźć do Rzeszy. Policja ukraińska wraz z przedstawicielem gestapo przyjechała do Ignacówki, ale nie zastała Jurgielewiczów w domach. Odwiedzali bowiem swoje domy tylko za dnia, w nocy chronili się w lasach, obserwując okolicę. Kilkakrotne przyjazdy ekip ukraińskich policjantów do Ignacówki nic nie dały. Jurgielewicze zawsze zdołali szczęśliwie uciec. Niemiecki komisarz widząc, że ma do czynienia z nie lada kozakami, postanowił zneutralizować ich w inny sposób. Zaproponował im poprzez rodzinę, by wstąpili do policji pomocniczej – Schutzmannschaften i zajęli się pilnowaniem porządku w okolicy. Komisarz miał powiedzieć ich matce, że potrzebni mu są tacy odważni ludzie. Być może niemiecki urzędnik miał szczere intencje, ale Jurgielewicze nie mieli tego jak sprawdzić. Równie dobrze mógł to być podstęp, żeby ich złapać i dla przykładu powiesić w Dubnie. Dziś nie da się już ocenić, jak było naprawdę. W każdym razie niemiecki komisarz się wściekł, przyjechał do Ignacówki z ukraińskimi policjantami i gestapowcami, aresztował wszystkich członków rodziny i wywiózł do Dubna. Tylko jednej siostrze Apolonii udało się ujść obławie i dotrzeć do braci.

Została im tylko zemsta

Jurgielewicze w nocy przyszli do wsi i, jak wspomina Antoni Cybulski, ich krewniak z Pańskiej Doliny: „zaraz rozliczyli się z sołtysem”*. Następnie wywiesili ogłoszenie, ostrzegające pozostałych Ukraińców, że jeśli któryś z nich ruszy ich majątek, spotka go los sołtysa. Początkowo nikt nie odważył się go zrabować. Jurgielewicze tymczasem nie próżnowali. Rozpoczęli wojnę z Niemcami na własną rękę. Można powiedzieć, prywatną, ale bardzo skuteczną. Stworzyli kilkunastoosobowy oddział, który zaczął zatrzymywać i zawracać furmanki, wiozące Niemcom kontyngent. Ci zaraz odczuli tę „gospodarczą wojenkę”. Nie tylko Polacy, ale i Ukraińcy przestali zaopatrywać Dubno w niezbędne produkty. Można przypuszczać, że zwłaszcza Ukraińcy ją zaogniali, nie dostarczając kontyngentów, następnie zwalając winę na Jurgielewiczów. Informowali ukraińską policję, że na drogach grasuje banda Jurgielewiczów, nie pozwalająca im dostarczać wyznaczonych kontyngentów.

Oddział szybko się rozrastał i kąsał coraz mocniej. Zrobił nawet zasadzkę na jadącego z eskortą komisarza. Ten nasłał na nich ukraińskich policjantów, którzy jednak nie kwapili się do robienia obław na przeciwnika dobrze znającego lasy. Komisarz, jak wspomina Cybulski, wpadł w szał i postanowił zastawić na Jurgielewiczów kolejną pułapkę. Z silną obstawą przyjechał do Ignacówki, przywożąc ze sobą całą rodzinę Jurgielewiczów. Jednocześnie kazał rozpuścić „wici”, że wciąż jest gotowy do ugody i przyjęcia Jurgielewiczów do policji pomocniczej. Ci jednak nie wyszli z lasu, obserwując wioskę przez lornetkę. Komisarz widząc, że plan mu nie wychodzi, polecił Ukraińcom rozgrabić gospodarstwa Jurgielewiczów, a budynki rozebrać. Na koniec kazał je podpalić. Następnie wyjechał do Dubna, gdzie matkę, żony i dzieci Jurgielewiczów kazał dołączyć do grupy Żydów, przeznaczonych do likwidacji.

Nagroda za ich głowę

Bracia Jurgielewicze zaczęli rozbudowywać swój oddział do 30 ludzi. Oprócz Polaków byli w nim także Żydzi i kilku rosyjskich żołnierzy, którzy ukrywali się na Dubieńszczyźnie po rozbiciu ich jednostki w czerwcu 1941 r. Oprócz nich byli też żołnierze Armii Czerwonej, którzy uciekli z obozu jenieckiego. Wszyscy mieli swoje porachunki z Niemcami, a także ukraińską policją pomocniczą. Na czele oddziału stanął Jan Jurgielewicz. Zanim zaczął mocno dawać się we znaki, odwiedził swoją rodzinną wioskę. Ci, którzy uczestniczyli w grabieży ich majątku i spaleniu domostw, ponieśli zasłużoną karę! Po jej wymierzeniu Jan zarządził odwrót w lasy na zimowisko zorganizowane w rejonie wsi Sady. Jan Jurgielewicz zdawał sobie sprawę, że zima to najgorszy okres dla partyzantów. Wróg po śladach na śniegu łatwo mógł ich ścigać, a gromadząc odpowiednie siły, łatwo mógł pokusić się o ich zlikwidowanie. Na jakiś czas grupa zapadła się pod ziemię, korzystając ze specjalnie przygotowanych podziemnych kryjówek. Przez jakiś czas nikt o niej nie słyszał. Niemcy zaczęli nawet rozpuszczać informację, że grupa została zlikwidowana.

Wiosną 1942 r. oddział znów zaczął dawać o sobie znać. Jak pisze Józef Turowski: „W rejonie Młynowa, Smordwy i Ignacówki rolnicy nie oddawali kontyngentów, ginęli niemieccy urzędnicy i policjanci, nękano mniejsze oddziały wojska i posterunki, palono na trasach samochody. Pełczańskie wzgórza i lesiste tereny w okolicach wsi Sady dawały schronienie przed obławami, wykrywanymi w porę przez wywiad Jurgielewiczów”*. Obławy powodowały tylko zwiększenie strat Niemców. Działalność oddziału z pewnością powstrzymywała też Ukraińców przed masowymi napadami na Polaków. Chociaż już w 1942 r. w wielu miejscowościach nasiliły się antypolskie nastroje. W Werbie np. w listopadzie 1942 r. uzbrojeni w noże Ukraińcy zarżnęli kierownika szkoły Urbańskiego z żoną i dwójką dzieci. W tym samym czasie we wsi Stołbiec Ukraińcy bestialsko zamordowali także małżeństwo nauczycieli Rychlińskich i ich córkę. Także na początku listopada 1942 r. we wsi Wołkowyje Ukraińcy z OUN zamordowali nauczycieli Sierżyckich oraz ziemian Obuch- Woszczatyńskich.

Opisane wyżej zdarzenia jednoznacznie świadczą, że była to zorganizowana ekipa, mająca na celu wymordowanie resztek polskiej inteligencji, by całkowicie odgłowić polską społeczność.

Bandyckie napady na Polaków, którym pobłażali Niemcy utwierdzały tylko Jurgielewiczów w przekonaniu, że wybrali właściwą drogę walki.

Kardynalny błąd

Na kilka dni przed końcem 1942 r. dali znać o sobie Ukraińcom. W swojej rodzinnej Ignacówce, którą Polacy opuścili przenosząc się do Dubna zapowiedzieli, że wszyscy Ukraińcy mają zabrać mienie i wyjechać, bo wieś zostanie spalona. Wszyscy zastosowali się do ich rady. W Sylwestra z 1942/43 r. członkowie oddziału Jurgielewiczów podpalili wieś. Łuna, która rozświetliła niebo informowała okolicznych Ukraińców, że Jurgielewiczowie jeszcze istnieją i działają. Ich sytuacja stawała się jednak coraz trudniejsza. Kilku członków ich grupy zdezerterowała do tworzonego przez OUN na Dubieńszczyźnie oddziału banderowców. Oznaczało to, że ich baza i leże zimowe jest znane nie tylko im, ale także ukraińskiej policji, a tym samym Niemcom. Wiadomo bowiem, że ukraińska policja była ekspozyturą OUN. Oddział musiał zmienić miejsce pobytu i działania.

Wincenty Romanowski sugerował, że oddział kontaktował się z inspektorem „Hrubym” Komendantem Inspektoratu Rejonowego AK Dubno, czyli kpt. Józefem Józefczakiem. Nie podał jednak bliższych szczegółów. Jeśli z kolei wierzyć źródłom radzieckim, można przyjąć za Iwanem Dubowskim, że oddział braci Jurgielewiczów dokonał także napadu na filię więzienia w Dubnie. Jego członkowie zrobili to w niemieckich mundurach. „Na dziedzińcu więzienia rozstrzelali 11 ukraińskich schutzmanów i powiesili komendanta – Niemca”*.

Ze wspomnień Antoniego Cybulskiego wynika, że oddział podzielił się wiosną 1943 r. na dwie grupy. Jedna złożona z trzech Rosjan i dziewięciu Żydów pod dowództwem Żyda „Lońki” trafiła do Pańskiej Doliny, gdzie działała polska samoobrona.

W grupie Jurgielewiczów pozostało piętnastu ludzi. Jan Jurgielewicz, chcąc złapać oddech, postanowił przejść z oddziałem do lasów Szumskich na pograniczu powiatu krzemienieckiego i zdołbunowskiego. Przekroczyli szosę Dubno-Brody oraz szosę Dubno-Krzemieniec, zatrzymując się w rejonie Lubomirka-Kamienna Góra, w budynkach leśnych obok osady Świnodobra.

Antoni Cybulski pisze, że bracia popełnili kardynalny błąd: w marszu używali do transportu ukraińskich furmanów. Ci w drodze powrotnej zawiadomił Niemców, kogo wieźli i dokąd. Niemcy natychmiast otoczyli teren pierścieniem i rozpoczęli atak. Jak wspomina Cybulski: „wywiązała się walka na śmierć i życie. Partyzanci obrzucili Niemców granatami i ostrzelali z automatów. Sami zginęli wszyscy śmiercią bohaterskich, sławnych i odważnych partyzantów Ziemi Wołyńskiej”*. (…) Wiadomość o ich śmierci z euforią przyjęli banderowcy, którzy przystąpili do bezkarnych rzezi Polaków na Dubieńszczyźnie, zaczynając od gminy Werba, z której pochodzili Jurgielewicze.

Marek A. Koprowski


1 KOMENTARZ

  1. Mają mało czasu, wkrótce będą masowe zgony wyszczepionych.
    Niewyszczepieni znamieniem bestii zostaną ogłoszeni publicznym zagrożeniem i rozpocznie się łapanka. Szykujcie się.

Comments are closed.