„Poczciwy truizm, banał, z nagła dreszczem przebiegnie wam po grzbiecie lub szlochem skoczy wam do gardła” – przestrzegał poeta w „Sądzie nad Don Kichotem”. Taki dreszcz lub taki szloch może być nawet autentyczny, wywołany jakimś osobliwym kontekstem sytuacyjnym, ale może też mieć jedynie pozór autentyczności.

Na czym taki pozór autentyczności polega, ładnie pokazuje Józef Mackiewicz w powieści „Droga donikąd”, stanowiącej pierwszą część dylogii z „Nie trzeba głośno mówić”: „Niech żyje ojciec wszystkich mas pracujących całego świata, kochany nasz nauczyciel i wódz, wielki, genialny towarzysz Stalin! (…) – Niech żyje! – odkrzyknął pierwszy kulawy robotnik, wymachując również ręką. – Niech żyje! – krzyknięto z wielu stron naraz i ludzie powstali z miejsc. (…) Wracali bezładną kupą, tym razem piaszczystą drogą, (…) Na zakręcie dopędziła ich i minęła szara limuzyna (…) Z okna jej wychyliła się ta sama dziewczyna i powiewała czerwonym szalem. (…) Kulas odmachnął jej przyjaźnie ręką i odwracając twarz do idących obok wycedził powoli: – Poszła ona w… mać, kurwa czerwona. (…) – Taksówką, taka ich mać rozjeżdżają… – odsapnął kulas, któremu iść było ciężko. – A dlaczego wrzeszczeliście „hurra”, w takim razie? – niespodziewanie wtrącił Paweł. – No… a jakże inaczej?… – odpowiedział kulas i odwrócił do Pawła swą szeroką twarz, na której malował się wyraz szczerego zdziwienia”.

W dzisiejszych czasach dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik. Dzisiaj nie tylko rzeczywistość, ale nawet wyobraźnię zdominował przekaz telewizyjny. Zwłaszcza dobrowolni uczestnicy imprez masowych, zgodnie zresztą z zasadami prakseologii, czują się współodpowiedzialni za końcowy efekt, toteż nie tylko dokładają staranności, by zachowywać się zgodnie z intencjami reżysera widowiska, ale wprawiają się również w ekstatyczne stany psychiczne. Ileż razy mogliśmy to widzieć, choćby przy okazji meczów futbolowych? Cóż dopiero, kiedy towarzyszą temu sugestie nie tylko dotyczące zachowania, ale i odczuwania? Stanisław Lem w „Dziennikach gwiazdowych”, w większości pochodzących jeszcze z epoki przedtelewizyjnej, pisze między innymi tak:

„Gdy po raz pierwszy poszedłem do teatru, w oglądaniu przedstawienia wielce przeszkadzał mi nieustający szept. Sądząc, że to szepczą moi sąsiedzi, starałem się nie zwracać na to uwagi. W końcu zdenerwowany przesiadłem się na inny fotel, ale i tak słyszałem ten sam szept. Gdy na scenie była mowa o Wielkim Rybonie, cichy głos szeptał: „członki twe przepaja szczęsne drżenie”.

Zauważyłem, że cała sala zaczęła z lekka dygotać. Potem przekonałem się, że we wszystkich miejscach publicznych umieszczone są specjalne szeptacze, podpowiadające obecnym właściwe przeżycia”. Dzisiaj taką rolę pełni pani redaktor Justyna Pochanke, świecąca, jak przypuszczam, światłem odbitym, bo przecież to nie ona decyduje o tym, jakie przeżycia są w określonej chwili właściwe, a jakie nie – no i oczywiście redaktorzy wszystkich innych stacji telewizyjnych.

A podczas ostatniej wizyty papieża Franciszka wszystkie stacje telewizyjne – zarówno sekundujące na co dzień obozowi zdrady i zaprzaństwa, jak i te prorządowe – starały się podtrzymać nastrój euforii. Niekiedy wywoływało to niezamierzone efekty komiczne, bo komentatorzy chwilami przypominali Kontemplatora Bytu Szczęsnego – maszynę skonstruowaną przez Wielkiego Konstruktora Trurla gwoli udowodnienia możliwości wprowadzenia szczęścia powszechnego.

Ten Kontemplator Bytu Szczęsny, czyli Kobyszczę wpadał w ekstazę na widok każdego przedmiotu, jaki akurat obserwował. Tak właśnie wyglądały zachwyty nad butami papieża Franciszka czy „małym samochodzikiem”, którym się poruszał. Mieliśmy do czynienia z pokazem „aktorstwa dnia codziennego”, o którym wspomina Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle”: „wszyscy grają przed wszystkimi i wiedzą nawzajem o sobie, że grają. To, że ktoś gra, nie jest mu poczytywane za ujmę i nie dowodzi bynajmniej jego nieprawowierności. Chodzi o to tylko, żeby grał dobrze”.

I nie tylko telewizyjni wyjadacze, co to z niejednego komina przecież wygartywali, stanęli na wysokości zadania, ale również zwykli uczestnicy Światowych Dni Młodzieży, którzy na tę okoliczność posługiwali się nawet specyficznym słownictwem, którym na co dzień, to znaczy w innych okolicznościach, prawdopodobnie w ogóle się nie posługują; te wszystkie „synowskie oddania”, „zawierzania” itp. Na tym tle papież Franciszek zaprezentował się całkiem zwyczajnie, żeby nie powiedzieć: banalnie, zwłaszcza gdy chodzi o tak zwane „katechezy okienne” – na przykład żeby małżonkowie byli dla siebie uprzejmi czy żeby młodzi ludzie „porzucili kanapę”, to znaczy żeby się angażowali.

W jego przypadku, a właściwie nie tyle w „jego”, chociaż oczywiście z jego udziałem, co w przypadku komentatorów jego zachowania, rekord osobliwości został pobity w oświęcimskim obozie, w którym papież Franciszek zademonstrował pokaz „intensywnego milczenia”, w którym część komentatorów zaczęła dopatrywać się nawet „tajemnicy milczenia”. Tymczasem wielkiej, a może nawet żadnej tajemnicy tu nie ma; w liście, jaki jeszcze przed przyjazdem do Polski wystosowała do papieża Franciszka przewodnicząca Związku Włoskich Żydów Noemi Di Segni, napisała, że „bardzo docenia” jego decyzję, by nie wygłaszać przemówienia, lecz „skoncentrować emocje tej tak znaczącej wizyty w długim, intensywnym milczeniu”. Nietrudno się domyślić, dlaczego pani Noemi Di Segni tak na tym „intensywnym milczeniu” zależało. Oświęcim, czyli „Auschwitz” jest rodzajem perły w koronie „religii holokaustu” i z tego powodu zazdrośnie strzeżonym żydowskim monopolem, którego nikt nie powinien w żaden sposób przełamywać.

Poprzedni papieże przechodzili jeszcze nad tym do porządku, ale papież Franciszek – czy dlatego, że chciał, czy dlatego, że nie mógł inaczej – wyszedł żydowskim oczekiwaniom naprzeciw – i to dosyć daleko. Jak wiadomo, jednym z dogmatów „religii holokaustu” jest pogląd, że w „Auschwitz” Bóg był „nieobecny”. Czy to była absencja czasowa, czy też trwała – tego nie jestem pewien, ale nie o to chodzi, bo ciekawsze jest, że papież Franciszek podczas drogi krzyżowej na pytanie: „gdzie jest Bóg, jeśli na świecie istnieje zło” wyjaśnił, że „Bóg jest w każdym cierpiącym człowieku”. To trochę inaczej niż przed laty pisała Kazimiera Iłłakowiczówna: „Bóg jest wszędzie. (…) i w sędzi, który sądzi krzywo i w świadku, co przysięga na prawdę fałszywie. Nie może nie być. I to mnie przestrasza. Bo jeśli – w świętym Piotrze, to także – w Judaszu. Jeśli w Żydzie zamęczonym niewinnie przez Niemców, to także w Niemcach tych?”. No, ale Kazimiera Iłłakowiczówna nie była papieżem, a poza tym pisała to na innym etapie, kiedy przedstawienia Pana Boga były trochę inne niż obecnie, a i Kościół też trochę inaczej wyglądał, a w każdym razie różnił się – i to znacznie – od innych przedsiębiorstw przemysłu rozrywkowego.

Fot. commons.wikimedia.org/wiki/User:Silar

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • 47alex

    hmmm………

  • jacuniek

    Mój idol, Stanisław Michalkiewicz, od jakiegoś czasu zadaje za dużo pytań i przegina z aluzjami. Czy za ostatnim nieudanym „puczem” stoi państwo Izrael , czy nie? Czy Korwin w końcu jest tym Żydem, czy nie? A co chodzi o tego Pańskiego „Boga”, to Dalajlama (który „abdykował”), to jak był w Oświęcimiu, zachichotał po swojemu: „dobrze, że nas tu nie było”. Słyszał Pan coś o karmie, która przechodzi na następne życie?