Górzyński: Od demokracji do terroru

REKLAMA

Po przeczytaniu artykuły pana redaktora Jana Pińskiego pt. „Lekceważony głos ludu. Instytucja referendum” (dostępny tutaj) uznałem, że nie wszystko zostało w nim poruszone i chcę się podzielić własnymi przemyśleniami na ten temat.

W starożytnych Atenach w ogóle nie było czegoś, co dziś uznaje się za źrenicę demokracji i co wielu prodemokratycznych publicystów i zwykłych ludzi przyznaje, że to jedyny moment, kiedy mają jakiś wpływ na rządy. Chodzi oczywiście o wybory. Dlatego mówi się o demokracji pośredniej czy przedstawicielskiej.

REKLAMA

Oligarchia elekcyjna

Nie jest to oczywiście żadna demokracja. Jest to zwykła oligarchia, a właściwie niezwykła, tylko, jak ja to nazywam, oligarchia elekcyjna. Czym się ona różni od zwykłej oligarchii no i oczywiście od demokracji? Oligarchia to rządy nielicznych, zazwyczaj arystokracji, (która notabene jest również błędnie określana, bo arystokracja to rządy aristoi czyli lepszych), a właściwie jej części, która akurat przeważyła szalę sił na swoją stronę. Demokracja to, jak już wspomniałem, rządy ludu. Demokracja w starożytnych Atenach polegały na tym, że każdy z obywateli mógł przedstawić swój projekt uchwały, a urzędników wybierano poprzez losowanie wśród obywateli, tak, że każdy obywatel, choć raz w życiu, jakąś funkcję publiczną pełnił. A oligarchia elekcyjna? Taki system występował u schyłku republiki w starożytnym Rzymie. Stronnictwa walczyły między sobą o poparcie plebsu, na zasadzie, kto więcej obieca i bardziej obrzydzi drugą stronę, ewentualnie wyrzynano wrogą watahę. W celu objęcia władzy, takie osobistości jak Juliusz Cezar czy Cyceron, należące do stronnictw popularów czy optymatów, organizowali igrzyska, rozdawali zboże i inne towary, często doprowadzali się do finansowej ruiny. Traktowano to, więc jak inwestycję. Trudno uznać, że robiono to dla dobra ogółu. Robiono to, aby zarobić na tym naprawdę wielkie pieniądze, a przecież urzędowało się tylko rok, więc można sobie wyobrazić jak wiele musieli przez ten czas nakraść, aby odbić sobie straty i jeszcze zarobić. Mimo, iż popularzy i optymaci, różnili się „programem” to jednak, należeli wszyscy do starych rzymskich arystokratycznych rodów.

Parlamentarna arystokracja

A jak jest dziś? Dziś jest jeszcze gorzej, bo parlamentarna arystokracja rozdaje ludowi te pieniądze, które wcześniej zabrała w formie podatków. Zwykły człowiek nie ma za to żadnego wpływu na władzę w państwie (może to i dobrze), lecz ma coraz mniejszy wpływ na swoje własne życie i swoją rodzinę, a to już bardzo źle. Dziś władzę dzierży arystokracja, czy to wybrana przez lud do parlamentu, czy to już wybrana przez premiera kasta urzędnicza. Dlaczego nie jest to demokracja przedstawicielska? Bo lud nie wybiera własnych przedstawicieli, tych przedstawicieli wybierają im sztaby partyjne. Przedstawiciel, nie musi nawet mieszkać czy pochodzić z terenu, z którego jest wybierany. Lud nierzadko w ogóle nie zna swojego „przedstawiciela”. Najczęściej głosuje się po prostu pierwszego na liście popieranej przez siebie partii. Dlatego, o żadnym przedstawicielstwie mowy być nie może, bo o ile wyborcy mogą „reprezentanta” kojarzyć, to już on nie pojęcia nie ma nawet, kto na niego głosował, a co dopiero, czego jego elektorat od niego oczekuje. No, chyba, że chodzi o to, że obywatel zarządza swoimi pieniędzmi poprzez przedstawiciela, który wie lepiej jak ma je wydać. Jeszcze politycy tacy jak Winston Churchill, gdy mówili o demokracji, nie wyobrażali sobie, że można ją oddzielić od kapitalizmu i wolności. Bowiem znacznie ważniejsza dla zwykłego człowieka jest władza nad sobą samym i nad swoimi pieniędzy niż władza państwowa.
Fakt, że demokracja jest fikcją widać również w samorządach. Teoretycznie, w demokracji przedstawicielskiej, to rządzący zależą od wyborców. Jednak w gminach wygląda to zupełnie odwrotnie. Spora część mieszkańców jest zależna od władz samorządowych, bo pracuje na państwowych etatach. I doskonale rozumie, że zmiana wójta czy burmistrza może oznaczać utratę pracy. Tymczasem, władcy samorządowi żyją sobie niczym perscy satrapowie.

Nie znaczy to, że demokracja przedstawicielska istnieć nie może. Demokracja przedstawicielska byłaby możliwa w systemie podobnym do systemu z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, a najbliżej jest jej do systemu, jaki był w I Rzeczypospolitej. Wtedy na lokalnym sejmiku wybierano z pośród siebie przedstawiciela na sejm powszechny i taki reprezentant był zobowiązany do obrony interesów swoich „wyborców”. Mieszkańcy gmin, czy powiatów wybieraliby na sejmikach posłów bezpośrednio do sejmu, albo wybrani przez nich radni wybieraliby kolejno spośród siebie reprezentanta. Byleby tylko zależność szła od dołu do góry.

Demokracja bezpośrednia może istnieć tym bardziej. Mówi się dziś o jej niemożliwości, gdyż państwa mają zbyt dużo obywateli lub o zbyt wysokich kosztach referendów. Żebyśmy mieli tylko takie wydatki! Obecnie, w epoce komputerów i Internetu, demokracja bezpośrednia, może być skuteczniejsza i bardziej bezpośrednia niż w starożytnych Atenach i to przy minimalnych kosztach.

Dlaczego, stworzono taki system i bezczelnie nazywa się to demokracją? Każda władza musi na czymś opierać. Musi mieć ludzi, którzy władzę popierają, bo bez tego długo by się nie utrzymała. Monarchowie opierali swoją władzę na konkretnych grupach społecznych, oligarchowie, mogli liczyć tylko na bardzo niepewne, własne stronnictwo, nawet w demokracji, ma się tylko większość i to na chwilę, jednak system, który dziś istnieje to prawdziwy majstersztyk! Opiera się na stuprocentowym poparciu ludności. Oczywiście tej, która w ogóle kogoś popiera, a w Polsce frekwencja w wyborach rzadko przekracza 50%, jednak nie wszyscy zwolennicy jakiejś partii głosują. Lud zbuntowałby się, co czynił już wielokrotnie w historii, jednak nie może tego zrobić, skoro władza leży w jego rękach. Część społeczeństwa popiera jedną partię parlamentarnej arystokracji, a inna część społeczeństwa popiera inną partię. Lud jest, więc zaszachowany i co najwyżej może „przekazywać” władzę na zmianę jednej bądź drugiej partii, a władzę ciągle sprawują ci sami ludzie przez 20 lat, a często swoje kariery polityczne zaczynali już w PRL. A krajach zachodnich „demokracji” widać to jeszcze lepiej, gdzie władzę sprawują ciągle członkowie tych samych, arystokratycznych rodzin.

Jednak, coraz większa liczba ludzi zniechęcona jest do jakiejkolwiek władzy, toteż terror będzie się stopniowo zaostrzał tak jak w szkołach coraz bardziej będzie się indoktrynować dzieci. Gdy ostatnio odwiedzałem szkołę, w jednej sali zauważyłem wywieszoną gazetkę na temat „współczesnego patriotyzmu” i jednym z elementów, obok dbania o środowisko, godnego reprezentowania kraju, było płacenie podatków.

(list do redakcji)

REKLAMA