Michalkiewicz: Świat się męczy

No a skoro tyle przed nami, to nieomylny to znak, że teraz jeszcze nie jest dobrze, a nawet jest całkiem źle – na co zwróciła uwagę również pani Manuela Gretkowska, która w tym roku kończy 53 lata, a więc, „wedle zwyczaju niewiast”, jest w tak zwanym niebezpiecznym wieku. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie charakterystyka obecnego etapu, jaka wyszła spod jej pióra: „To, co się odbywa w Polsce, to bezwstydny patos etosu kutasa. Patriarchalny wzwód zwany wstawaniem z kolan, sarmackie erekcje idiotyzmu. Kogucie napinanie klaty przez zwiędłego politycznie fiutka, który musi jechać na viagrze faszyzmu bez prawa i recepty”.

Jestem pewien, że psychoanalityk po przeanalizowaniu tej charakterystyki dostałby orgazmu, co, mówiąc nawiasem, utwierdza mnie w przekonaniu, że za feminizm, przynajmniej w Polsce, odpowiadają dwaj panowie: Ludwik Dorn i Cezary Michalski. Ludwik Dorn był w swoim czasie narzeczonym pani Kingi Dunin, która została radykalną feministką, no a Cezary Michalski był nawet małżonkiem pani Manueli Gretkowskiej, która nie tylko jest feministką, ale w dodatku demonstruje takie falliczne fantazmaty. Zwróćmy przy tym uwagę, że o ile w sferze fallicznej pani Manuela idzie na całość, to w sferze ideologicznej kurczowo trzyma się aktualnej linii partii, nieubłaganym palcem wytykając „faszyzm” i „bezprawie”.

Jak wytykać, to wytykać, więc nic dziwnego, że pani Manuela wyposaża „faszystów” w „zwiędłe politycznie fiutki”, chociaż w tym samym zdaniu daje wyraz nieukojonej tęsknocie za „bezwstydnym patosem kutasa”. „Darmo – co człek raz stracił, tego nie odzyszcze” – pisał nie bez melancholii Tadeusz Boy-Żeleński w sławnym poemacie, jak to „o praemium się ubiegał, bez Boskiej obrazy Tomkowic z Sodalicyey i pan Aszkenazy”. Jak to się skończyło – pamiętamy: „Tomkowic stawa śmiele, bo ma rzecz w porządku, zasię tamten, Żydowin, skrył się w ciemnym kątku…”. Co tu dużo gadać: obydwaj panowie musieli – być może „bez swojej wiedzy i zgody” – popełnić jakieś sprośne błędy Niebu obrzydłe, skoro obydwie Panie stoczyły się w otchłań feminizmu.

Ale to byśmy może jakoś przeżyli, gdyby nie potężny dysonans poznawczy związany z niedawną deklaracją prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w związku z globalnym ociepleniem. Prezydent Trump oświadczył bowiem, że żadnego globalnego ocieplenia nie ma. Trudno mu się dziwić w sytuacji, gdy obecna zima w Stanach Zjednoczonych jest wyjątkowo mroźna i ciężka – do tego stopnia, że śnieg spadł nawet na Florydzie!

Głoszenie w tej sytuacji „globalnego ocieplenia” stałoby w oczywistej sprzeczności z potocznym doświadczeniem szerokich mas ludowych, które – jak to mawiali marksistowscy mełamedowie – „w ostatecznej instancji” decydują o tym, co jest, a czego nie ma. Do tej „ostatecznej instancji” – jak pokazuje historyczne doświadczenie – musi akomodować się nauka, zwłaszcza ta „postępowa” czy „przodująca”, więc tylko patrzeć, jak pojawią się rozprawy ponad wszelką wątpliwość dowodzące, że mamy raczej globalne ochłodzenie, a jeśli nawet w takiej, dajmy na to, Europie, jest cieplej, to właśnie dlatego, że jest zimniej. Pamiętamy przecież, że kiedy już po proklamowaniu globalnego ocieplenia nastała fala chłodu, promotorzy ocieplenia wyjaśniali, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo jeśli nawet jest zimniej, to właśnie dlatego, że jest cieplej. Najwyraźniej świat wchodzi w tak zwany okres przejściowy, kiedy to – jak w sławnej żydowskiej anegdocie – ani nie żyje, ani nie umarł, tylko się męczy.