Nasza obecność w Unii jest, z wolnościowego punktu widzenia, całkowicie pozbawiona sensu

Czy obecność Polski w Unii Europejskiej jest dla niej korzystna? Naszym zdaniem – nie.

Już sama struktura przepływów finansowych wskazuje, że do tej organizacji dopłacamy. I z roku na rok dopłacać będziemy coraz więcej. Sam zresztą pomysł, że są płatnicy netto i płatnicy brutto, jest humorystyczny. Choć bowiem może się tak zdarzyć w jakimś momencie, to w dłuższym czasie każdy kraj członkowski do organizacji, która siłą rzeczy kosztuje, coś dopłaci. A w przypadku takiego monstrum jak UE to raczej więcej niż mniej.

Co oprócz przepływów obciąża Unię? Otóż to, że nie jest ona w stanie załatwić żadnej sprawy korzystnej dla Polski – natomiast co rusz obciąża ją jakimiś niekorzystnymi regulacjami, o których pisze na przykład Tomasz Cukiernik w wydanej właśnie przez „Najwyższy CZAS!” książce „Socjalizm według Unii”.

W dodatku są to regulacje wyjęte spod jakiejkolwiek kontroli. I w Polsce po prostu muszą być przyjmowane. Gdyby na przykład obywatele doprowadzili do referendum w sprawie likwidacji jakiejś unijnej regulacji, to nawet gdyby je wygrali, nic by nie wskórali, bo prawo unijne jest ponad prawem polskim. Innymi słowy: działa tu zasada „Bruksela locuta, causa finita”.

Do tego dochodzi polityczna poprawność, islamizacja, lewacka propaganda oraz arogancja uniokratów, którzy coraz śmielej pokazują, że czują się ustawieni ponad państwami narodowymi i są przekonani, że powinni o nich decydować bez ich wiedzy i zgody.

Co z kolei jest po stronie unijnych plusów? Oczywiście z przyzwyczajenia trzeba wymienić wolny przepływ osób, kapitału i pracy. Tyle że to przecież nieprawda. Te wolności są europejską normą i wolno ich wiązać z żadną organizacją.

W cywilizowanych krajach są one czymś zupełnie oczywistym i chyba przez nikogo nie kwestionowanym. Z tego równania wynika jedno: nasza obecność w Unii jest, z wolnościowego punktu widzenia, całkowicie pozbawiona sensu. I wolnościowcy powinni jednoznacznie i całkowicie opowiadać się za likwidacją tej organizacji i przywróceniem Europie jej tradycyjnych wolności, bez żadnego wyrywającego się do wszechwładzy pośrednika. Oraz oczywiście za przywróceniem pełni władzy narodom, które obecnie, jak rodziny zapędzone do kibuców, nie są w stanie samodzielnie stawiać czoła wyzwaniom współczesności. Tak, wolnościowość = rezygnacja z Unii. I taki właśnie powinien być postulat wolnościowców.

Oczywiście w miejsce Unii powinien powstać jakiś komitet, którego zadaniem powinno być zbiorowe komunikowanie się europejskich przywódców i dogadywanie się w różnych sprawach. Komitet ten nie powinien mieć jednak stałego charakteru, bo to od razu prowadzi do wzrostu znaczenia jego biurokracji. A podejmowane w wyniku jego działania decyzje powinny być przyjmowane jedynie na zasadzie konsensusu lub umów wielostronnych. W dyskusji o reformie Unii stanowisko wolnościowców może być więc tylko jedno: trzeba ją przemienić w klub dżentelmenów działających na zasadzie całkowitej dobrowolności.

PS Tradycyjnie przypominam o naszej Konferencji, połączonej z Targami Książki Prawicowej, która odbędzie się 8 i 9 kwietnia. Oraz o ciągle trwającej zbiórce 1 proc. na nasz portal wolnosc24.pl (tutaj). Bądźcie Państwo z nami!

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • Adam Weishaupt

    Wolny przepływ osób i kapitału nie jest „czymś oczywistym w krajach cywilizowanych”. Większość tych krajów stosuje bowiem, często nawet w sposób mocno restrykcyjny metody kontroli, takie jak wizy, cła bądź wewnętrzne wsparcie dla lokalnych firm (lub lokalnych działających za granicą). Ponadto, wolność przepływu kapitału i osób jest wynikiem przynależności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i ratyfikacji traktatu z Schengen, które to kwestie są całkowicie odrębne od przynależności do Unii Europejskiej.