Szumią morza trzy

Wielu Czytelników zarzuca mi, że się powtarzam. To prawda – ale dlatego, że i sytuacja się powtarza. Oto w roku 2013, po kilkuletniej przerwie spowodowanej „resetem” dokonanym 17 września 2009 roku przez prezydenta Obamę w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, Stany Zjednoczone powróciły do aktywnej polityki w Europie Wschodniej.

Polska ponownie trafiła pod amerykańską kuratelę i ponownie podjęła się roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, co objawiło się w postaci postępowania polegającego na żyrowaniu przez Polskę w ciemno wszystkiego, co zrobią tamtejsi Umiłowani Przywódcy w rodzaju Arszenika Jaceniuka, Piotra Poroszenki czy największej osobliwości w postaci Michała Saakaszwiliego. Kontynuacją tego było zadeklarowanie kijowskim dygnitarzom przez pana prezydenta Dudę 4 miliardów złotych pożyczki, żeby mieli jeszcze przez jakiś czas z czego pokraść. Już mniejsza o to, w jaki sposób pan prezydent uzbiera taką sumę („nie mam głowy, jak ty to uzbierasz” – śpiewała Izabela Trojanowska), bo ważniejsze jest pytanie: czy jesteśmy skazani na bęcwalstwo, czy też z powrotu USA do aktywnej polityki w Europie Wschodniej Polska mogłaby uzyskać jakieś korzyści?

Skoro Polska już podjęła się niebezpiecznej roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, to byłoby bardzo niedobrze, gdyby tę rolę odgrywała za darmo – jak to było za prezydenta Kaczyńskiego. Polska – po pierwsze – powinna uzyskać od Stanów Zjednoczonych zapewnienie, że USA nie będą wywierały na Polskę żadnych nacisków w sprawie realizacji tak zwanych „roszczeń majątkowych”, jakie Żydzi wysuwają wobec naszego nieszczęśliwego kraju, a po drugie – że ponieważ Polska, wychodząc naprzeciw amerykańskim oczekiwaniom i podejmując się roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, siłą rzeczy stała się państwem frontowym, to oczekiwalibyśmy, że USA potraktują Polskę tak samo, jak traktują inne państwo frontowe, to znaczy Izrael.

W praktyce chodziłoby o finansową kroplówkę w wysokości 4 mld dolarów rocznie plus udogodnienia wojskowe, z jakich korzysta Izrael. I jedna, i druga sprawa ma żywotne znaczenie z punktu widzenia polskich interesów państwowych i uważam, że władze polskie powinny starać się uczynić z tego probierz jakości stosunków amerykańsko-polskich.

Postępowanie przeciwne oznaczałoby polską zgodę na instrumentalne traktowanie naszego państwa, a byłoby niedobrze, gdyby politycy amerykańscy przyzwyczaili się, że Polskę nie tylko można, ale tak właśnie trzeba traktować. Wprawdzie sojusz amerykańsko-polski ma wszelkie znamiona sojuszu egzotycznego (polega on na tym, że jeśli jeden sojusznik traci niepodległość, to drugi może nawet tego nie zauważyć), ale o ile tej egzotyki nie możemy wyeliminować z uwagi na okoliczności obiektywne, to przecież możemy ją zmniejszać przez odpowiednie postępowanie, w którym również Polonia amerykańska mogłaby oddać Polsce wielką przysługę. Warto zwrócić uwagę, że zapowiedzi rozlokowania m.in. na terenie Polski amerykańskiego wojska „w sile brygady pancernej” czy urządzenie tu amerykańskich magazynów ciężkiej broni to nie to samo. Bowiem te wojska ani nie będą podlegały polskim władzom, tylko będą wykonywały rozkazy przywódców amerykańskich, ani broń tu zmagazynowana nie będzie mogła zostać wykorzystana przez Polskę bez zgody jej właścicieli.

Dlatego Polska jest zainteresowana modernizacją własnych sił zbrojnych, które nie tylko stanowią element sił zbrojnych NATO, ale w dodatku są rozlokowane na wschodnim skraju obszaru obrony Paktu Atlantyckiego. Ich wzmocnienie leży zatem w interesie wszystkich członków NATO, a jednocześnie wychodzi naprzeciw polskim interesom państwowym. I tylko takie zgrywanie interesów Paktu Atlantyckiego z polskimi interesami państwowymi pozwoli Polsce na uzyskiwanie korzyści z faktu uczestnictwa w NATO.

Obecne podróże pani premier Beaty Szydło, prezentowane przez życzliwą państwową telewizję jako dyplomatyczna ofensywa, stwarzają dobrą okazję do zastanowienia się nad jeszcze jedną sprawą, a mianowicie nad powrotem do Heksagonale – jednak uzupełnionego i poprawionego. Wspominał o tym jeszcze w roku 2001 Jan Nowak-Jeziorański, publikując w „Rzeczpospolitej” artykuł „Czy NATO jest zagrożone?”, ale atak terrorystyczny na USA z 11 września sprawił, że na czoło listy amerykańskich priorytetów politycznych wysunęła się „wojna z terroryzmem” – cokolwiek miałoby to oznaczać – do której USA potrzebowały sojuszników, m.in. Niemiec, więc aktywna polityka europejska musiała zostać odłożona do lepszych czasów.

Teraz jednak, gdy następuje powrót USA do aktywnej polityki w Europie w związku z rozgrywką z Rosją, a także w związku z kryzysem, jaki spektakularnie dotknął Unię Europejską, podważając dotychczasowe niemieckie przywództwo, można by do tego wrócić. Chodzi oczywiście o tak zwane Międzymorze, to znaczy Estonię, Łotwę, Litwę, Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Słowenię, Chorwację, Serbię, Rumunię i Bułgarię – a więc państwa leżące między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Adriatykiem.

Zamieszkuje je ponad 80 milionów ludzi, a więc mniej więcej tylu, ilu w samych Niemczech. Międzymorze nie stanowiłoby więc zagrożenia dla nikogo, natomiast mogłoby spełniać rolę sojuszu realnego dla swoich uczestników pod warunkiem uniknięcia błędu popełnionego podczas poprzedniej próby pod nazwą „Heksagonale”, która nie miała dostatecznie silnego lidera czy ściślej: protektora. O tym właśnie pisał m.in. we wspomnianym artykule Jan Nowak-Jeziorański – że „ze Stanami Zjednoczonymi na czele”. Brak tego protektora sprawił, że Niemcy z łatwością tę inicjatywę storpedowały i próżnię polityczną, jaka w Europie Środkowej pojawiła się wskutek ewakuacji stamtąd sowieckiego imperium, zaczęły wypełniać poprzez rozszerzanie na wschód Unii Europejskiej, której były niekwestionowanym politycznym kierownikiem. W tej sytuacji współpraca polityczna w ramach Grupy Wyszehradzkiej powinna być m.in. skierowana na przekonywanie polityków amerykańskich do koncepcji Międzymorza nie tylko jako zapory przed ewentualną rosyjską ekspansją w kierunku zachodnim, ale również jako przeciwwagi dla strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które miałoby wyznaczać ramy polityki europejskiej. Wydaje się, że obecna sytuacja sprzyja powrotowi do tamtej – ale uzupełnionej i poprawionej – koncepcji. Polska polityka zagraniczna uzyskałaby wtedy perspektywę szerszą niż dotychczasowe zadaniowanie starych kiejkutów – a to byłaby niewątpliwie „dobra zmiana”.

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • Hugo

    Nie sposób się nie zgodzić. Po prostu nie sposób.

  • 47alex

    Immer-drang nach Osten.A dokładniej -„immer nach Ost” -tak powiedział starszy turysta niemiecki na rowerze kiedy zapytałem o kierunek wyprawy.Sytuacja tzw. geopolityczna w środku EU jest do znudzenia taka sama od tysiąca lat z tym, że obecnie ekspansja germańska na wschód nie ma charakteru militarnego ale ekonomiczny, technologiczny. I nic nie wskazuje na to aby miało się to zmienić.Chyba,że rozpoczniemy na olbrzymią skalę produkować „Syrenki” model 2016 i wyeksportujemy co roku do BRD 2 mln. egzemplarzy…