Trumpizm – reorientacja

9

W 1989 roku ówczesna postkomunistyczna władza była przekonana, że wygra zarządzone przez siebie wybory. Niektórzy zastanawiali się nawet, czy by ich trochę nie sfałszować na korzyść „Solidarności” – bo to tak głupio, by 8-milionowy związek uzyskał tak mało głosów… Oczywiście śp. gen. Czesław Kiszczak wiedział, jak jest – ale ścisła grupa montująca imprezę pt. „Okrągły Stół” trzymała tę wiedzę dla siebie. Dlatego działacze junty i PZPR byli zaszokowani wynikiem wyborów. Przecież wszystkie sondaże…

Mniej więcej to samo odbywa się w prawie każdych wyborach. Właściciele sondażowni i sami ankieterzy powiązani są licznymi nićmi towarzyskimi – nie tylko z lewicowym establishmentem – i tak jakoś z tych sondaży wynika, że lewica wygra. A potem następuje rozczarowanie.
Wszyscy moi znajomi Amerykanie na informacje o sondażach machali tylko ręką i zapewniali, że p.Donald Trump wygra bez najmniejszych trudności. Podobnie i ja głosiłem urbi & orbi – choć w ostatnich trzech dniach, gdy WSZYSTKIE sondażownie (poza „LA Times”) pokazywały WZROST notowań p.Hilarii Clintonowej, i ja zacząłem panikować i rozsyłać rozmaite apele. A potem, gdy nadeszła wyborcza (dla nas) noc i zaczęły spływać wyniki szokująco korzystne dla p.Trumpa (jego zwolennicy, bardzo cięci na establishment, pierwsi polecieli do urn), odetchnąłem z ulgą. P. Trump zresztą do końca – to znaczy do czasu, gdy doliczono wyniki głosowania listownego – prowadził różnicą ponad miliona głosów (co zresztą nie ma w USA decydującego znaczenia) – i zaczęło się to zmniejszać dopiero, gdy… wybory były już rozstrzygnięte.

Skąd taka różnica między głosami elektorskimi a głosami oddanymi? Stąd, że system amerykański jest degresywny – faworyzuje małe stany – a p.HRC bardzo wysoko wygrała, ale w Nowym Jorku i w Kalifornii.

Zwycięstwo p.Trumpa było dla rządzącej w Europie i Ameryce oligarchii kompletnym szokiem. IM w ogóle nie mieściło się w głowie, że „ktoś taki” może wygrać wybory. Ponieważ oglądają wyłącznie produkowaną przez siebie telewizję i czytają książki (na szczęście mało kto czyta już dziś książki – bo dzisiejsze książki nadają się wyłącznie do spalenia), są przekonani, że większość ludzi podziela narzucany im system wartości. Informacja o tym, że p.Trump potrafi poklepać po pupie kobietę, powinna – ICH zdaniem – pogrążyć p.Trumpa w ogóle, a w oczach kobiet to już zupełnie. Tymczasem spośród białych kobiet 55%, zamiast solidaryzować się ze swoją gender, zagłosowało na p.Trumpa – uważając zapewne (i słusznie!), że gdyby mężczyźni tak nie postępowali, to świat byłby nieciekawy.

Jest to niesłychanie ważne zjawisko. Pokazuje, że ICH propaganda oddziaływa na motłoch – bo motłoch ogląda tylko telewizję. Tymczasem biali ludzie – czyli elita Ameryki – już wyzwolili się spod zaklęcia srebrnego ekranu i zaczęli myśleć.

Ale jest też druga grupa – „buraków”. Ci ludzie nie oglądają telewizji, tylko dyskutują z kolegami przy piwku, nie czytają książek – a jeśli byli w szkole, to wszystko szczęśliwie spłynęło po nich jak woda po kaczce. Dlatego zachowali resztki zdrowego rozsądku i wystarczyło, że p.Trump obiecał chronić ich przed inwazją imigrantów, by na niego zagłosowali.

I trzecia grupa – to niezależni przedsiębiorcy. Fakt: już bardzo wielu kapitalistów robi interesy głównie z państwem i z uwagi na uniwersyteckie wykształcenie ma wbitą w głowę poprawność polityczną. Jednak bardzo wielu (mniej niż za Reagana – powszechna edukacja czyni niestety postępy) czytało Ayn Rand i chce działać na wolnym rynku, a przynajmniej mieć mniejsze podatki.

Wytresowane w szkołach wykształciuchy poniosły kolosalną stratę gospodarczą. Słuchając alarmujących głosów swoich guru, wieszczących klęskę nieledwie kosmiczną, zaczęli wyprzedawać swoje akcje. Co najmniej kilkanaście miliardów dolarów przepłynęło w ten sposób z portfeli zwolenników i torebek zwolenniczek p.Clintonowej do kieszeni ludzi trzeźwo myślących. I bardzo słusznie. Rynek jest sprawiedliwy. To samo zjawisko zachodzi i będzie zachodzić w polityce. Kto będzie podejmował nerwowe ruchy i ratował się przed nadciągającą katastrofą – ten straci. Kto nastawi żagle na nowy wiatr – ten wygra.

Ja, na szczęście, nie muszę przebrasowywać ożaglowania: byłem (bez entuzjazmu) pro-Trumpowski, byłem (bez entuzjazmu) pro-Putinowski, zachowywałem zdrowy rozsądek – i spokojnie czekałem, aż okaże się, że to nie ja, tylko reszta świata zwariowała. W Polsce w ogóle wszystko dzieje się powoli i miękko. Natomiast w reszcie świata wzbiera fala tsunami.

Można przewidywać, że w wyniku wyboru p.Trumpa p.Igor Dodon (piszę to w Kiszyniowie) wygra drugą turę wyborów w Mołdowie wyżej niż pierwszą – bo bycie prorosyjskim nie jest już wstydliwe. Możliwe, że zdecyduje to o zwycięstwie p.Norberta Hofera w Austrii. A gdyby jeszcze we Francji za pół roku wygrała panna Maryna Le Penówna – to z Unii można będzie już tylko zbierać resztki (co Berlin niewątpliwie będzie chciał robić – i na co trzeba być przygotowanym).

I co z tego, że panna Le Penówna jest narodową socjalistką? W geopolityce liczy się wojsko, a nie ideologia. Rysuje się szansa zawarcia tradycyjnego, stabilnego sojuszu: Francja-Polska-Rosja (Francja wreszcie nie będzie miała problemu wyboru sojusznika…) przeciwko sojuszowi Niemców z Ukrainą i Litwą (a Niemcy już wysuwają macki i na Białą Ruś – i trzeba się z tym pogodzić).

Jednak by to osiągnąć, WCzc. Jarosław Kaczyński musiałby wywalić z posad IIEE Antoniego Macierewicza i Witolda Waszczykowskiego – i wzorem p. Wiktora Orbána przeorientować politykę i propagandę. Będzie to wyjątkowo trudne z uwagi na: (a) tradycyjną antyrosyjskość większości Polaków i (b) przyjęcie jako podstawy rządów PiS-u wiary w „Ruskich, którzy zamordowali naszego prezydenta”… Cóż, interes Polski jest ważniejszy niż interes PiS-u. Jeśli PiS będzie niezdolny do reorientacji – Polska będzie się musiała PiS-u pozbyć.I gospodarka od tego odetchnie…

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • Błazen Stańczyk

    „tradycyjnego, stabilnego sojuszu: Francja-Polska-Rosja”
    A kiedyż to w historii był taki sojusz, że już jest on „tradycyjny”?

    • asasello

      i „stabilny”

      • Błazen Stańczyk

        i „sojusz”

    • az

      Nie licząc ostatniego sojuszu z ZSRR , to był poważny sojusz Rzeczpospolitej z Rosją przeciw Szwecji za Wojny Północnej. Ale czy Francja miała coś do rzeczy w tym sojuszu to nie kojarzę.

      • Błazen Stańczyk

        Polska była niejednokrotnie „w sojuszu” z Rosją. Nigdy natomiast nie było trójstronnego sojuszu Francja-Polska-Rosja. Z bardzo prostego powodu: Sojusz Francji z Rosją był (i byłby) z natury rzeczy zawsze przeciw Niemcom. By to miało sens Rosja musi mieć w takim wypadku wspólną granicę z Niemcami. Co to znaczy dla Polski?

        • jscst

          … lata przed 1917? Widać niektórzy Polacy tak pojmują sojusze… w końcu największą ambicją niektórych jest przekształcenie Polski w 51 stan.

  • Ultima Thule

    Nie wiem, skąd JKM wymyślił, że komuniści byli pewni wygranej. Gdyby byli tak pewni, to nie tworzyliby dla siebie gwarantowanych mandatów. Moim zdaniem nie dało się nie odczuwać prawdziwych nastrojów, chyba, że ktoś był przez 10 lat zamknięty w szpitalu dla obłąkanych …

  • raf

    Korwin-Mikke jak zwykle: dobra Rosja versus demoniczne Niemcy. I ciągle powtarzany frazes: Nie możemy się przeciwstawić jednym i drugim naraz więc musimy postawić na sojusz z … Rosją. A dlaczego z Rosją, a nie z Niemcami? 1/4 polskiego eksportu (50 mld dolarów) idzie do Niemiec, a do Rosji idą polskie jabłka i mięso itp za kilka miliardów w przerwach między kolejnymi embargami nakładanymi na Polskę. Stąd pragmatyk gospodarczy, a nie ideolog zakochany w Rosji swoją politykę opierałby oczywiście na „robieniu łaski” Niemcom.

  • raf

    Korwin-Mikke jak zwykle: dobra Rosja versus demoniczne Niemcy. I ciągle powtarzany frazes: Nie możemy się jednocześnie przeciwstawić Niemcom i Rosji więc musimy postawić na sojusz z … Rosją. A dlaczego z Rosją, a nie z Niemcami? 1/4 polskiego eksportu (50 mld dolarów i rośnie) idzie do Niemiec, a do Rosji idą polskie jabłka i mięso itp za kilka miliardów w przerwach między kolejnymi embargami nakładanymi na Polskę. Dla Niemiec Polska jest już 7 co do wielkości partnerem handlowym z perspektywami na bycie 3 lub 4. Stąd pragmatyk gospodarczy, a nie ideolog zakochany w Rosji swoją politykę opierałby oczywiście na „robieniu łaski” Niemcom.