Francuskie feministki chcą pigułki wczesnoporonnej bez recepty

Czego to feministki nie wymyślą! Np. reaktywowany Femen zajmował się przeszkadzaniem w kampanii wyborczej jedynej poważnej kandydatce-kobiecie, czyli Marynie Le Pen. Z kolei organizacja Planowania Rodziny, lewackie stowarzyszenie feministek, wystosowała list otwarty o wielce wdzięcznym tytule „Uwolnijcie moją pigułkę”. Rzecz jasna, chodzi o pigułkę wczesnoporonną, która i tak jest we Francji szeroko dostępna, a nawet refundowana.

Chodzi jednak o to, żeby była dostępna bez żadnej recepty. Obecnie mogą ją zapisywać nawet szkolne pielęgniarki, więc „utrudnienie” jest iluzoryczne, ale lewica uwielbia robić głośne akcje, więc każdy pretekst jest dobry. A co się przy tym nagadają głupstw! Niejaka pani Karolina Rebhi, wiceprezeska „Planning Familial” i sygnatariuszka owego listu, uważa np., że kupowanie pigułek bez recepty będzie „postępem praw kobiet”.

Dodaje przy tym, że owe pigułki nie niosą żadnego ryzyka i przeciwskazań, choć już lektura ulotki świadczy o czymś innym. Dlatego pani ta wymyśliła sobie, żeby farmaceuta w aptece przeprowadzał ankietę i podpisywał odpowiedni protokół. Przenoszenie odpowiedzialności na aptekarza to pomysł iście szatański, ale czego nie robi się dla… „wolności” kobiet.

  • Lutogniew

    Jeśli aktywistki z Femenu zdecydują się – jak to mają w zwyczaju – rozebrać się, fruwać po ulicach w tym stroju i wpadać do aptek, domagając się „Uwolnijcie moją pigułkę”, to na Le Pen mogą się zdecydować jej dotychczasowi przeciwnicy.

  • Jacek zarazek

    Phyllis Schlafly, zagorzały krytyk amerykańskiego feminizmu, zmarła 5 września 2016 r.

    Od czasy jak Ojcowie Pielgrzymi mądrze porzucili swoje „naiwne i nonsensowne” socjalistyczne eksperymenty, Ameryka kwitła dzięki ciężkiej pracy motywowanej troską o rodzinę, w klimacie wolności bronionej ostatnio przez bombę atomową, „cudowny dar dany naszemu krajowi przez mądrego Boga”. Takie było kredo Phyllis Schlafly i jak wszyscy liberalnie nastawieni Amerykanie zgodnie twierdzili, było przestarzałe, skrajne i odpychające: obsesyjnie antykomunistyczne, antyimigracyjne, antyaborcyjne i antygejowskie. Jednak ci, którzy próbowali traktować ją protekcjonalnie lub ignorować ją, szybko tego żałowali.

    Wbijała swoje polityczne zęby przeżuwając internacjonalistyczny, republikański establishment uosabiany w 1964 roku przez Nelsona Rockefellera, ówczesnego kandydata na prezydenta. Jej pierwsza książka, „Wybór a nie Echo”, 121-stronicowe wydanie za 75 centów, wydane przez nią samą, sprzedało się w ilości 3 milionów egzemplarzy i pomogło populiście, Barry Goldwaterowi („w swoich sercach wiecie, że ma rację”) zdobyć nominację. Usiłował on pokonać Lyndona Johnsona, który odpowiedział na to: „w głębi duszy wiecie, że to świr”.

    Jej następnym celem była zdradziecka, o słabej woli, elita polityki zagranicznej: ludzie tacy jak Robert McNamara, którzy wdali się w wojnę w Wietnamie, ale bali się walczyć jak należy, lub ten omamiony mitygant Henry Kissinger, którego schłostała w gęsto uargumentowanym, 800-stronicowym tomie. Zamiast marnować pieniądze na „patyczkowane się”, Ameryka powinna wystraszyć Związek Radziecki utrzymując przeważającą wyższość w tych danych od Boga broniach jądrowych. Rozmowy o kontroli zbrojeń także były niebezpiecznym odwracaniem uwagi: komuniści będą oszukiwać tak jak zawsze czynili – jedyną umową, jakiej dotrzymali, była ta z Hitlerem w 1939.

    Jej absorbujące zainteresowanie zagrożeniem sowieckim stało się powodem, że późno – prawie za późno, zajęła się tym. Co okazało się być jej najbardziej sławną walką: powstrzymanie poprawki o równouprawnieniu. W roku 1972 poprawka o równouprawnieniu mężczyzn i kobiet przeszła ogromną większością głosów przez obie izby kongresu. Została też szybko przyjęta przez 30 z 38 wymaganych stanów. Jej trwająca dekadę krucjata zmierzająca do zablokowania możliwości „lesbijek, radykałów i pracowników federalnych” szukania „konstytucyjnego lekarstwa na swoje lenistwo i problemy personalne”, było jednym z najbardziej uderzających dokonań organizacji oddolnych w amerykańskiej historii politycznej.

    Połączyła społecznie konserwatywnych katolików, protestantów, muzułmanów, mormonów oraz ortodoksyjnych Żydów, do tej pory nieufne i dalekie obozy, z dziesiątkami tysięcy kobiet zagniewanych na swoich rzekomych obrońców. Zatrzymując tę kolosalną siłę popieraną przez prawie cały polityczny establishment, sprowadziła także ultrakonserwatywną prawicę z marginesu do głównego nurtu torując drogę dla Moralnej Większości lat 80-tych, Tea Party a w końcu Donaldowi Trumpowi – pierwszemu republikańskiemu nominatowi od czasów Reagana, ”który faktycznie reprezentuje przeciętnego amerykańskiego robotnika”.

    „Męska poprawka wolnościowa” argumentowała, zniszczyła prawa kobiet do bycia matkami i paniami domów oraz do łagodnego traktowania przy ciężkich pracach fizycznych. Obowiązkowa równość oznaczałaby pobór do wojska dla kobiet – nawet do jednostek bojowych – wysyłała szydercze upomnienia do legislatorów, którzy nie dostrzegali, jakie to jest tchórzliwe.

    Jej na większą skalę zakrojona walka toczyła się przeciw temu, co nazywała feministycznym zamiarem uczynienia kobiet i mężczyzn zamiennymi. Jej argumenty obejmowały od historycznych (chrześcijański wiek rycerskości) do teologicznych (cześć i szacunek należny Marii). Twierdzenie, że kobiety amerykańskie były tłamszone, było według niej „oszustwem stulecia”, pisała w „Potęga pozytywnej kobiety”, książce wydanej w 1977 r. Jeśli kobiety były niedostatecznie reprezentowane w kongresie, to dlatego, że przeważnie pragnęły robić ważniejsze rzeczy jak posiadanie dzieci. Wolna przedsiębiorczość okazała się bardziej pomocna niż feminizm – sprzęt gospodarstwa domowego położyła kres harówce. Przede wszystkim: małżeństwo okazało się dla kobiet najlepszym interesem, jaki kiedykolwiek wymyślono.

    Rozkoszowała się gniewem, jaki wywoływała. W debacie, w 1973 r., Betty Friedman, czołowa amerykańska feministka, nazwała ją „Ciocią Tomem”, dodając, „Chętnie spaliłabym cię na stosie”. Oblewano ją świńską krwią, rzucano w twarz szarlotką i wykpiwano w komiksie „Donnesbury” (który z zadowoleniem oprawiła sobie w ramkę). Jej przeciwnicy uważali ją za arcyhipokrytkę, zamężną za bogatego prawnika, za szczęśliwą utrzymankę, która usiłowała nie dopuścić do przyznania równych praw swoim siostrom. Uważała, że zniewagi są dowodem, że ma rację: jej przeciwnicy byli próżni, nietolerancyjni i pozbawieni argumentów.

    W rzeczywistości Mrs. Schlafly ( nie Ms., które kojarzy się z misery – nędzą) nie była dzieckiem szczęścia. Urodzona w rodzinie ciężko dotkniętej wielkim kryzysem ekonomicznym skończyła koledż pracując ciężko w fabryce amunicji na nocne zmiany testując karabiny maszynowe. Pod jej starannie ułożonymi lokami – niczym klucz wiolinowy, napisał o niej niegrzecznie New York Times – znajdował się niesamowicie wydajny mózg. Został on wycyzelowany stopniem magisterskim w Radcliff uzyskanym w wieku 20 lat; mając 51 lat (po uzyskaniu pozwolenia od swego męża) przeszła jak burza przez szkołę prawniczą.

    Głębszym paradoksem, któremu gwałtownie zaprzeczała, było to, że powstrzymywał ją seksizm w jej własnych szeregach. Polityk mężczyzna z jej umysłem, urokiem, energią, wytrwałością i dorobkiem w postaci ponad 20 książek, z stałą kolumną felietonisty, audycją radiową – z pewnością dostałby pracę w Pentagonie Ronalda Reagana. Ale ona nigdy nie piastowała, ani nie zdobyła urzędu publicznego. Nie żeby jej zależało. Jej największym osiągnięciem jak twierdziła, było wychowanie jej sześciorga dzieci: wszystkie wykarmione piersią wbrew powszechnej modzie owych czasów.

  • Jacek Zarazek

    Phyllis Schlafly, zagorzały krytyk amerykańskiego feminizmu, zmarła 5 września 2016 r.

    Od czasy jak Ojcowie Pielgrzymi mądrze porzucili swoje „naiwne i nonsensowne” socjalistyczne eksperymenty, Ameryka kwitła dzięki ciężkiej pracy motywowanej troską o rodzinę, w klimacie wolności bronionej ostatnio przez bombę atomową, „cudowny dar dany naszemu krajowi przez mądrego Boga”. Takie było kredo Phyllis Schlafly i jak wszyscy liberalnie nastawieni Amerykanie zgodnie twierdzili, było przestarzałe, skrajne i odpychające: obsesyjnie antykomunistyczne, antyimigracyjne, antyaborcyjne i antygejowskie. Jednak ci, którzy próbowali traktować ją protekcjonalnie lub ignorować ją, szybko tego żałowali.

    Wbijała swoje polityczne zęby przeżuwając internacjonalistyczny, republikański establishment uosabiany w 1964 roku przez Nelsona Rockefellera, ówczesnego kandydata na prezydenta. Jej pierwsza książka, „Wybór a nie Echo”, 121-stronicowe wydanie za 75 centów, wydane przez nią samą, sprzedało się w ilości 3 milionów egzemplarzy i pomogło populiście, Barry Goldwaterowi („w swoich sercach wiecie, że ma rację”) zdobyć nominację. Usiłował on pokonać Lyndona Johnsona, który odpowiedział na to: „w głębi duszy wiecie, że to świr”.

    Jej następnym celem była zdradziecka, o słabej woli, elita polityki zagranicznej: ludzie tacy jak Robert McNamara, którzy wdali się w wojnę w Wietnamie, ale bali się walczyć jak należy, lub ten omamiony mitygant Henry Kissinger, którego schłostała w gęsto uargumentowanym, 800-stronicowym tomie. Zamiast marnować pieniądze na „patyczkowane się”, Ameryka powinna wystraszyć Związek Radziecki utrzymując przeważającą wyższość w tych danych od Boga broniach jądrowych. Rozmowy o kontroli zbrojeń także były niebezpiecznym odwracaniem uwagi: komuniści będą oszukiwać tak jak zawsze czynili – jedyną umową, jakiej dotrzymali, była ta z Hitlerem w 1939.

    Jej absorbujące zainteresowanie zagrożeniem sowieckim stało się powodem, że późno – prawie za późno, zajęła się tym, co okazało się być jej najbardziej sławną walką: powstrzymanie poprawki o równouprawnieniu. W roku 1972 poprawka o równouprawnieniu mężczyzn i kobiet przeszła ogromną większością głosów przez obie izby kongresu. Została też szybko przyjęta przez 30 z 38 wymaganych stanów. Jej trwająca dekadę krucjata zmierzająca do zablokowania możliwości „lesbijek, radykałów i pracowników federalnych” szukania „konstytucyjnego lekarstwa na swoje lenistwo i problemy personalne”, było jednym z najbardziej uderzających dokonań organizacji oddolnych w amerykańskiej historii politycznej.

    Połączyła społecznie konserwatywnych katolików, protestantów, muzułmanów, mormonów oraz ortodoksyjnych Żydów, do tej pory nieufne i dalekie obozy, z dziesiątkami tysięcy kobiet zagniewanych na swoich rzekomych obrońców.
    Zatrzymując tę kolosalną siłę popieraną przez prawie cały polityczny establishment, sprowadziła także ultrakonserwatywną prawicę z marginesu do głównego nurtu torując drogę dla Moralnej Większości lat 80-tych, Tea Party a w końcu Donaldowi Trumpowi – pierwszemu republikańskiemu nominatowi od czasów Reagana, ”który faktycznie reprezentuje przeciętnego amerykańskiego robotnika”.

    „Męska poprawka wolnościowa” argumentowała, zniszczyła prawa kobiet do bycia matkami i paniami domów oraz do łagodnego traktowania przy ciężkich pracach fizycznych. Obowiązkowa równość oznaczałaby pobór do wojska dla kobiet – nawet do jednostek bojowych – wysyłała szydercze upomnienia do legislatorów, którzy nie dostrzegali, jakie to jest tchórzliwe.

    Jej na większą skalę zakrojona walka toczyła się przeciw temu, co nazywała feministycznym zamiarem uczynienia kobiet i mężczyzn zamiennymi. Jej argumenty obejmowały od historycznych (chrześcijański wiek rycerskości) do teologicznych (cześć i szacunek należny Marii). Twierdzenie, że kobiety amerykańskie były tłamszone, było według niej „oszustwem stulecia”, pisała w „Potęga pozytywnej kobiety”, książce wydanej w 1977 r. Jeśli kobiety były niedostatecznie reprezentowane w kongresie, to dlatego, że przeważnie pragnęły robić ważniejsze rzeczy jak posiadanie dzieci. Wolna przedsiębiorczość okazała się bardziej pomocna niż feminizm – sprzęt gospodarstwa domowego położył kres harówce. Przede wszystkim: małżeństwo okazało się dla kobiet najlepszym interesem, jaki kiedykolwiek wymyślono.

    Rozkoszowała się gniewem, jaki wywoływała. W debacie, w 1973 r., Betty Friedman, czołowa amerykańska feministka, nazwała ją „Ciocią Tomem”, dodając, „Chętnie spaliłabym cię na stosie”. Oblewano ją świńską krwią, rzucano w twarz szarlotką i wykpiwano w komiksie „Donnesbury” (który z zadowoleniem oprawiła sobie w ramkę). Jej przeciwnicy uważali ją za arcyhipokrytkę, zamężną za bogatego prawnika, za szczęśliwą utrzymankę, która usiłowała nie dopuścić do przyznania równych praw swoim siostrom. Uważała, że zniewagi są dowodem, że ma rację: jej przeciwnicy byli próżni, nietolerancyjni i pozbawieni argumentów.

    W rzeczywistości Mrs. Schlafly ( nie Ms., które kojarzy się z misery – nędzą) nie była dzieckiem szczęścia. Urodzona w rodzinie ciężko dotkniętej wielkim kryzysem ekonomicznym skończyła koledż pracując ciężko w fabryce amunicji na nocne zmiany testując karabiny maszynowe. Pod jej starannie ułożonymi lokami – niczym klucz wiolinowy, napisał o niej niegrzecznie New York Times – znajdował się niesamowicie wydajny mózg. Został on wycyzelowany stopniem magisterskim w Radcliff uzyskanym w wieku 20 lat; mając 51 lat (po uzyskaniu pozwolenia od swego męża) przeszła jak burza przez szkołę prawniczą.

    Głębszym paradoksem, któremu gwałtownie zaprzeczała, było to, że powstrzymywał ją seksizm w jej własnych szeregach. Polityk mężczyzna z jej umysłem, urokiem, energią, wytrwałością i dorobkiem w postaci ponad 20 książek, z stałą kolumną felietonisty, audycją radiową – z pewnością dostałby pracę w Pentagonie Ronalda Reagana. Ale ona nigdy nie piastowała, ani nie zdobyła urzędu publicznego. Nie żeby jej zależało. Jej największym osiągnięciem jak twierdziła, było wychowanie jej sześciorga dzieci: wszystkie wykarmione piersią wbrew powszechnej modzie owych czasów.

  • Adam Weishaupt

    Nie dość, że autor artykułu pisze nieprawdę, to jeszcze krytykuje wolnościową inicjatywe obywatelską. No, ale skoro na łamach NCzasu! widziałem obronę samowoli urzędniczej, to niewiele mnie już zdziwi. Ale do rzeczy.

    Po pierwsze, wcale nie chodzi o środki wczesnoporonne, a o doustne (hormonalne) środki antykoncepcyjne („pilule contraceptive”). Co więcej, jak pisałem wyżej, jest to projekt ściśle wolnościowy. W tekście czytamy bowiem „La société savante pointe également le fait que les femmes auraient une approche plus prudente que les prescripteurs eux-mêmes sur les contre-indications et qu’elles rapportent plus facilement aux professionnels de santé les risques de contre-indication quand la pilule est sans ordonnance” („Uczeni są również zdania, że kobiety traktują przeciwskazania z większą ostrożnością niż wystawiający recepty lekarze, a także chętniej zgłaszają się do pracowników służby zdrowia w kwestii przeciwskazań kiedy korzystają ze środków dostępnych bez recepty”).

    Inicjatywa jest zatem, z punktu widzenia wolnościowego, ze wszech miar słuszna, jeżeli ma stanowić punkt wyjścia do zwiększenia dostępności leków dla zwykłych obywateli, co może stanowić zmniejszenie państwowych restrykcji w kwestii dostępności do innych dóbr. Z listu otwartego wynika bowiem, że wbrew coraz powszechniejszych opinii strony rządowej, obywatele nie są zbyt głupi, aby samodzielnie dbać o zdrowie i potrafią korzystać z pomocy, kiedy nie posiadają stosownej wiedzy.

    Warto przypomnieć, że w Polsce sytuacja jest nienajgorsza – w wielu krajach recepta potrzebna jest nawet na np.: większe opakowania powszechnie dostępnych środków przecibólowych i przeciwzapalnych.