NAFTA. Wolny rynek czy protekcjonizm?

Prezydent Trump planuje poprawienie NAFT-y pomimo niemilknących głosów, że to umowa wolnorynkowa, na której USA tak bardzo skorzystały. Nieliczni mówią w jej kontekście o protekcjonizmie.

Jaka jest prawda? Trochę bardziej skomplikowana, bo zależy, z której strony się patrzy oraz kto i na co konkretnie spogląda. Umowa ta nie jest magicznym panaceum na gospodarcze bolączki, a poszczególni jej sygnatariusze często sprzeniewierzali się liberalnemu duchowi, wprowadzając cła na różne towary oraz stosując inne praktyki dalekie od wolnego rynku. Trump zapowiedział jej renegocjację, choć początkowo straszył wycofaniem się. Pod koniec maja przedstawiciel ds. handlu Robert Lighthizer wysłał do Kongresu list zapowiadający 90 dni konsultacji z legislatorami na temat tego, w jaki sposób poprawić NAFT-ę.

Prezydent, Kongres i NAFTA

List do Kongresu był potrzebny, bo według amerykańskiego prawa, Kongres musi wyrazić zgodę na renegocjację umów handlowych. Jak wyjaśnia Julian Ku, profesor prawa z Hofstra University Law School, NAFTA została zatwierdzona przez Kongres, więc prezydent nie może jej wypowiedzieć ani sam decydować o jej renegocjacji. To samo dotyczy udziału w Światowej Organizacji Handlu, która wydaje kłopotliwe dla USA decyzje. Prezydent może odmówić negocjowania umowy handlowej i jej podpisania, dlatego też mógł uniemożliwić rozwój Umowy Transpacyficznej (TPP).

Początkowe nawoływania do wystąpienia z NAFT-y spowodowały nerwowe ruchy ze strony partnerów, tj. meksykańskiego prezydenta Peñi Nieto i kanadyjskiego premiera Justina Trudeau. Prezesi różnych firm, beneficjantów tego układu, kontaktowali się z Białym Domem w dramatycznym ratowaniu „wolnego handlu”. Jak doniósł „The Wall Street Journal”, anonimowy lobbysta na rzecz jednej z większych grup biznesowych pilnie polecał prezesom firm dzwonienie do wszystkich wysokich funkcjonariuszy administracji Trumpa, do których byli w stanie dotrzeć. Podobno szef Izby Handlowej, Tom Donohue, dzwonił do Białego Domu co najmniej trzy razy. Media oceniły początkowe stanowisko Trumpa jako szkodliwe i niebezpieczne. A przecież to dobra zasada negocjowania – zacząć od ambitnych celów po to, aby uzyskać całkiem niezłe efekty. Trump ciągle utrzymuje, że jeśli nie uda się mu uzyskać dobrych warunków, „terminuje” NAFT-ę. To się nazywa twarde negocjowanie. Wydaje się, że większość dziennikarzy czy polityków nie ma jednak o takich taktykach zielonego pojęcia.

Kto na czym zyskuje

NAFTA działa od 1994 roku (czyli prawie ćwierć wieku) i ogólnie rzecz biorąc, można ją opisać jako układ obniżający cła. Jak podaje Associated Press (AP), dzięki niemu eksport do Meksyku wzrósł pięciokrotnie – głównie kukurydzy, soi czy wieprzowiny. Jak podaje „Los Angeles Times” („LAT”), na handlu kukurydzą korzysta np. Iowa, która w ostatnim dziesięcioleciu podwoiła jej eksport, wysyłając trzy czwarte zbiorów do Meksyku. A na soi zyskała Luizjana, która w tym samym okresie zwiększyła eksport do Meksyku i Kanady o 15%. Nie ma się co dziwić, że rzecznik Amerykańskiego Stowarzyszenia Soi ocenia NAFT-ę bardzo pozytywnie. Podobnie sekretarz rolnictwa Sonny Perdue, który spotkał się z prezydentem, aby wyjaśnić mu dokładnie, które stany stracą miejsca pracy, gdy NAFTA upadnie. Miał wskazywać szczególnie na stany przygraniczne, rolnicze, które w większości głosowały za Trumpem w wyborach prezydenckich. Według „LAT”, szczególnie wiele do stracenia ma Kalifornia, która generuje najwięcej dochodu z sektora rolniczego i jest uzależniona od handlu zagranicznego.

Potęga Kalifornii

Gazeta podaje, że gdyby nie Kalifornia, USA nie wyeksportowałyby np. ani jednego orzecha, winogrona, rodzynki, czosnku, figi, daktyla, kiwi, suszonej śliwki czy karczocha. Do tego stan ten wyeksportował ponad 90% amerykańskiego wina, pomidorów, selera, marchewki, awokado czy brokułów. Co więcej, ponad połowa amerykańskiego eksportu różnych owoców (truskawek, malin, nektarynek, brzoskwiń, moreli, melonów, pomarańczy, cytryn, mandarynek…), a także sałaty, szpinaku i ryżu pochodziła z Kalifornii. Do Meksyku stan ten wysyła owoce, produkty mleczne czy drewno. Widać od razu, jakie znaczenie dla polityki handlowej będą mieli lobbyści reprezentujący różne sektory z tego właśnie stanu.

Jednak nie jest tak, że każdy w sektorze rolniczym zyskał od czasu utworzenia NAFT-y. Jak podaje „LAT”, w latach dziewięćdziesiątych producenci szparagów z Kalifornii nie byli w stanie konkurować z meksykańskimi i ograniczyli ich uprawę o 70%. Rolnicy w dużej mierze są jednak zadowoleni. AP podaje, że przez 20 lat z 23-letniego trwania umowy USA miały nadwyżkę eksportu towarów rolniczych. W 2015 i 2016 odnotowano jednak deficyt z powodu spadku cen ziarna i bydła.

Protekcjonizm USA i Kanady

NAFTA to przecież nie tylko sektor rolniczy. To, co nie podoba się Trumpowi, to fakt, że amerykańscy robotnicy nie są w stanie konkurować z tymi w Meksyku (czy w Chinach). To niezaprzeczalny fakt, że amerykańscy producenci właśnie z powodu taniej siły roboczej przenieśli swoje fabryki do Meksyku (choć – jak wyjaśnia David Lotterman w „Pioneer Press” – maquiladoras, fabryki lokowane przy granicy po stronie meksykańskiej, powstawały 30 lat przed NAFT-ą).

Problemem jest również brak wolnego rynku. Jak pisze Michael Taube w „The Wall Street Journal”, oba kraje, USA i Kanada, praktykują protekcjonizm. Jak stwierdza ten publicysta, prezydent ma rację, że krytykował „zarządzanie podażą”, czyli narzucanie przez władze limitów i kontroli cen w kanadyjskim sektorze mleczarskim, bo Kanada rzeczywiście prowadzi politykę ścisłej kontroli dostępu i cen produktów mleczarskich. To samo dotyczy drobiu, czego oczywiście nie da się nazwać inaczej niż protekcjonizmem. Taube, publicysta „The Washington Times”, który pisał przemówienia dla byłego premiera Kanady Stephena Harpera, poleca lewicowemu Trudeau, aby pozbył się tej antywolnorynkowej polityki. Jednocześnie krytykuje Trumpa za mówienie o „sprawiedliwości”, gdy sam stosuje protekcjonistyczne praktyki, takie jak cła, subsydia czy faworyzowanie amerykańskich firm w kontraktach rządowych.

Kanadyjskie drewno za złotówkę?

– Wygląda również na to – pisze Taube – że popiera on trwający od dziesięcioleci konflikt o pewien rodzaj drewna (tarcica iglasta – softwood lumber), w którym to strona amerykańska stoi po stronie protekcjonizmu.

O co chodzi z drewnianą kością niezgody, wyjaśnił Edward Lotterman w „Pioneer Press”, tłumacząc, że amerykańska strona (konkretnie rządowa U.S. International Trade Commission, działająca wewnątrz Departamentu Handlu) twierdzi, iż władze Kanady sprzedają je z lasów publicznych prywatnym tartakom po cenie niższej niż rynkowa (z aukcji), co ma przynosić ten sam efekt co subsydia. Dodaje on również, że żadna trzecia strona zaangażowana w tego typu spory (np. Światowa Organizacja Handlu) nie stanęła po stronie USA, przyznając przy okazji, że amerykańskie władze mają długą historię sprzedawania dóbr naturalnych z publicznych terenów za bezcen.

Lotterman nie wydaje się tym konfliktem przejęty. Porównuje go do dwóch sąsiadów kłócących się na miedzy o to, kto ma zagrabić liście. W polskim „Monitorze Leśnym” Rafał Chudy wyjaśnia bardziej dokładnie, że „Kolumbia Brytyjska – największy region w Kanadzie eksportujący drewno – sprzedaje je po cenie poniżej 1 złotego (ok. 25 centów) za metr sześcienny. Innymi słowy: jeden kurs drewna (35-40 metrów sześciennych) wyjeżdżający z lasu jest wart około 35-40 złotych. Tymczasem to samo drewno w USA kosztuje około 8000 zł”. Widać od razu, że przy takiej różnicy cen amerykańskie tartaki i inne firmy sprzedające drewno (do budowy domów) nie są w stanie konkurować z kanadyjskimi. Stąd właśnie cła wprowadzone przez Trumpa (co ciekawe, niejednolite, od 3 do 24%, różne dla różnych kanadyjskich producentów), aby chronić amerykańskie tartaki.

Szkoda, że Stany Zjednoczone nie zwiększą po prostu importu drewna z Kanady, aby amerykański konsument mógł kupić tańsze belki. Być może wcale by się to nie udało, bo podobno Kanada nie może odpowiedzieć na zwiększony popyt z powodu grasującego w lasach kornika.

Uwolnić Kanadę

Ale co można z tym fantem zrobić? Taube radzi obu stronom usunięcie regulacji w takich sektorach jak mleczarstwo, produkcja drewna, samochodów i urządzeń elektrycznych oraz ograniczenie w tym roku ceł o co najmniej 25%. Zaleca on również Kanadzie wyeliminowanie „archaicznego systemu” restrykcji własnościowych dla obcokrajowców. Jako przykład podaje on kanadyjski sektor bankowy, gdzie jest „prawie niemożliwe”, aby obcokrajowiec posiadał większość udziałów (wydaje się, że tego typu polityka spodobałaby się rządzącej w Polsce partii PiS). Podobna sytuacja spotka każdego, kto nie jest Kanadyjczykiem, a chciałby być większościowym właścicielem firmy telekomunikacyjnej, oferującej ubezpieczenia na życie czy linii lotniczej. Z całą pewnością więc można powiedzieć, że oba kraje, używające często wolnorynkowej retoryki, mają dużo do zrobienia (do tej listy można jeszcze dorzucić prywatyzację lasów państwowych?). I to nie tylko w samym kontekście NAFT-y.

Wojny handlowe Meksyku i Kanady

Sytuacja handlowa pomiędzy trzema krajami (Meksyk, USA, Kanada) daleka jest więc od idealnej. Jak podaje AP, w 2009 roku Meksyk wprowadził cła na takie towary jak np. szynka, cebula czy choinki na znak protestu przeciwko wprowadzeniu przez USA zakazu przekraczania granicy przez meksykańskie ciężarówki transportujące różne produkty. Jak wyjaśnił „The New York Times”, w wyniku zakazu Meksyk uznał, że doszło do pogwałcenia umowy NAFTA i narzucił 2,4 mld dolarów w cłach na wiele produktów importowanych z USA do tego kraju. Zakaz ten sięga administracji Clintona, który – jak twierdzi „Forbes” – uległ związkowi zawodowemu kierowców ciężarówek. NAFTA chroni również Kanadę, a konkretnie jej towary nabiałowe przed zagraniczną konkurencją.

Większość importów nabiałowych nie ma szans egzystencji na kanadyjskim rynku. Gdy jednak amerykańskie filtrowane mleko używane w produkcji sera przebiło się na kanadyjski, chroniony rynek nabiału, kanadyjscy producenci poskarżyli się na tańszy import. W wyniku tego, zmieniono regulacje tak, aby wyeliminować konkurenta z rynku. Amerykańscy mleczarze nie są więc z NAFT-y zadowoleni, szczególnie ci z „serowego stanu” Wisconsin, położonego nie tak daleko granicy z Kanadą. Za to amerykańscy producenci wołowiny narzekają, że w ramach NAFT-y nie mają prawa do oznaczania towaru znakiem made in America. Światowa Organizacja Handlu uznała w 2015 roku, że byłoby to niesprawiedliwe wobec producentów z Meksyku i Kanady. Czytam w „Los Angeles Times”, że w 2015 roku Kanada i Meksyk były gotowe na [handlowy] odwet wobec amerykańskiego wina, owoców, mięsa, sera i tuzina innych produktów z powodu kłótni o mięso. Cóż, zachowanie spokoju i pokoju handlowego wcale nie jest takie proste.

Polityka i wojna handlowa dotyka oczywiście nie tylko producenta (rolnika czy mleczarza), ale i firmy transportowe, fabryki czy robotników zajmujących się załadunkiem towarów w portach. Pole rażenia po wprowadzeniu ceł jest oczywiście dużo większe, niż się czasem pozornie wydaje. Trump określa sam siebie jako „nacjonalistę i globalistę”. Trudno więc oczekiwać, że całkowicie zrezygnuje z protekcjonizmu. Przynajmniej jednak nie powinien brać przykładu z Kanady (czy Meksyku), gdzie retoryka jest wolnorynkowa, a w rzeczywistości w wielu sektorach królują cła i regulacje.

wesprzyj_wolne_media_artykul