Pociągiem przez kolonię

Rzadko jeżdżę rosyjskimi kolejami, wybierając słabo jeszcze ograniczoną w tym kraju swobodę automobilisty. Nie lubię monotonii podróży pociągiem, nudnego pejzażu za oknem, pokrzykiwania prowadnic, duchoty i smrodu wagonów, zwłaszcza w bezprzedziałowej klasie płackartnoj, gdzie pasażerowie podczas wielodniowych podróży dojrzewają na swoich półkach podobni serom w mleczarni.

Czasami wszak okoliczności zmuszają do skorzystania z usług najszerszych w świecie dróg żelaznych i wówczas pozostaje tylko nadzieja spotkania ciekawego towarzystwa, z którym kilkudziesięciogodzinna jazda minie szybciej. Nie każdy ma takie szczęście, jak Stanisław Cat-Mackiewicz, który w sowieckim pociągu spotkał współmordercę rodziny carskiej, ale przecież w Rosji wszystko może się zdarzyć.

Skład z Abakanu do Nowokuźniecka tłukł się przez tajgę, siedziałem w wagonie z fotelami lotniczymi i kontemplowałem relief na pochodzącej z czasów świetności ZSRS, solidnej (na oko pół kilograma srebrzystego metalu) podstawce szklanki z herbatą. Pośród zawiłych ornamentów o tematyce agrarnej figurował wizerunek moskiewskiego uniwersytetu im. Patryka Lumumby. Gwiazda na wieży uczelni, nienaturalnie powiększona, stykała się z pełnym różnych ciał niebieskich firmamentem, po którym fruwały wąsate sputniki. Potem moją uwagę przyciągnęły zmagania podróżnego z przeciwnego rzędu siedzeń. Człowiek ten, mężczyzna czterdziestoletni, zaopatrzył się na drogę w plastikową butelkę z mlekiem. Umieścił ją pod krzesłem i zasnął. Po kilkunastu minutach na przejście pomiędzy fotelami wypłynęła biała struga. Przechodząca konduktorka zbudziła właściciela mleka. Ten pokornie, bez słowa skargi czy przekleństwa, pomaszerował do prowadnicy i wrócił ze ścierką. Wytarł rozlany płyn, ale szmata posiadała chyba niewielką chłonność, bo gdy niósł ją z zamiarem wyżęcia, wszystko się z niej wylało. Pechowiec dreptał teraz bezradnie w rzadkim błocie, które wkrótce rozniosło się po całym korytarzu. Prowadnica co chwilę wpadała do wagonu i sztorcowała gromko biedaka, który nieomal do końca podróży usiłował bezskutecznie zlikwidować ślady mlecznej katastrofy, w desperacji używając do tego nawet własnego szalika. Mleka, choć w butelce pozostało go jeszcze trochę, nawet nie łyknął.

Naprzeciw mnie usadowił się starszy Ałtajczyk. W tej okolicy Syberii łatwiej można natknąć się wprawdzie na Tuwińczyka czy też Chakasa, ale doświadczenie, nabyte podczas ałtajskich wędrówek podpowiadało mi, że mam rację. Bez trudu zresztą potwierdziłem swoje domysły. Kiedy konduktorka na stosunkowo krótkim odcinku trasy po raz trzeci sprawdzała bilety, mruknąłem pod nosem: – Czaptyh! To dobre słowo ałtajskie, lepsze niż także skądinąd niezłe rosyjskie nadojeło na wyrażenie, że ma się czegoś już serdecznie dość. Zwłaszcza przydechowa końcówka pozwala ekspresywnie wzmocnić wypowiedź.

– Ou! – Zabawnie zdziwił się mój sasiad. – Sler ałtajłan kuuczyndap dziadaar ba?
– Tioch, orustan, polszin… W odpowiedzi na pytanie, czy mówię po ałtajsku, wymieniłem te języki, w których czułem się pewniej. Kiedy rozpoznał we mnie cudzoziemca, jakby rozluźnił się trochę. Rosjanin znający język ałtajski wzbudziłby zapewne jego czujność, gość z zagranicy mógł mieć natomiast swoje fanaberie. Podjęliśmy pogawędkę, która wkrótce zahaczyła o niedawne szumne obchody 250. rocznicy przyłączenia Górnego Ałtaju do Rosji. Mój rozmówca, Dibasz Kainczin z Gornoałtajska, emerytowany brygadzista, spoważniał.
– Myślę czasami, czy my, Ałtajczycy, jesteśmy jeszcze kałyk, czyli samodzielnym narodem, czy też już ałbaty – poddanymi płacącymi daniny? Czy jesteśmy gospodarzami na swojej ziemi? Nie uważam, aby Górny Ałtaj, to jagnię dotacyjne, odstawiać od matczynego wymienia Rosji. Na to już za późno, sami nie przetrwamy. Ale chciałoby się mieć równe prawa i takie same szanse rozwoju, jak inni obywatele Federacji Rosyjskiej.

Było to w 1954 roku, w miesiącu kandyk (kwiecień). Miałem szesnaście lat, uczyłem się na trzecim roku gornoałtajskiego instytutu pedagogicznego. Uczyłem się tak sobie. Może mógłbym lepiej, ale ciągle chodziłem głodny. Czasem długo stałem przed sklepową ladą i patrzyłem na pierogi z ziemniakami. Kosztowały kopiejki, ale ja nie miałem w kieszeni nawet tej sumy. W akademiku mieszkało nas w pokoju dwudziestu, jak w koszarach. O nauce w skupieniu można było tylko pomarzyć, ale za to czasem ktoś poratował kawałkiem chleba. Z geografii miałem jednak same piątki. Po pierwsze dlatego, że moje marzenia związane były z dalekimi wyprawami – chciałem zdobyć Czomolungmę (nie zdobyłem), przepłynąć Pacyfik (nie przepłynąłem), pokonać Brahmaputrę (nie pokonałem) albo odkryć dla ludu mojego państwa złoża złota lub diamentów – o ropie naftowej jakoś wtedy nie myślałem. Źycie ułożyło się inaczej, ostatecznie nie byłem nawet nad naszym Ałtyn Kiol, Jeziorem Teleckim, choć to tylko 200 kilometrów od Gornoałtajska… Drugim powodem moich sukcesów z geografii była nauczycielka tego przedmiotu, piękna, niebieskooka Rosjanka, z cudownie puszystymi włosami… Kochali się w niej wszyscy chłopcy, chciałem być jej najlepszym uczniem. Pamiętam, jak tego dnia mówiła z pasją o sytuacji w Afryce: „Kolonizatorzy! Agresorzy! Krwiopijcy! – krzyczała. – Grabią bogactwa narodowe kolonii, zatruwają ziemię i wodę. Wiedzą, że to nie ich… Eksploatują okrutnie Aborygenów. Dzień i noc zginają niewolnicy grzbiety na bawełnianych, kawowych i bananowych plantacjach”. Gdybym miał wtedy karabin! Poszedłbym na bój przeciw znienawidzonym kolonizatorom! A nauczycielka geografii przemawiała dalej w natchnieniu: „Oto, dlaczego ociekają tłuszczem metropolie, a głód i nędza panują w koloniach! Najgorsze jest to, że niewolnik nie uświadamia sobie, że jest niewolnikiem. Ale przyjdzie dzień, kiedy zrzuci kajdany”… I wtedy wyrwało mi się: „A czy my – to nie kolonia?”

W klasie zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Patrzyłem na ukochaną nauczycielkę. Najpierw zbladła jak kreda. A potem jej śliczna twarz zrobiła się wstrętna, spurpurowiała i wykrzywiła wściekłością. „Ty… Jak ty możesz! Jak śmiesz! Jeśliby nie Rosja.. Ona was uratowała! Karmimy was, ubieramy, uczymy… Kto z ciebie, nieociosanego, robi człowieka!? Gdyby nie my, Rosjanie… Kto do tej waszej głuszy, do ciemnoty pierwotnej przywiózł światłość, socjalizm? Bez nas nie byłoby was! Nie byłoby ciebie! I jaka ja jestem dla ciebie kolonizatorka!”. Przestraszyłem się. Wprawdzie sumienie miałem czyste. W końcu, co takiego się stało? No, zadałem głupie pytanie. A ja, kto taki? Prosty chłopak ze wsi. Komsomolec, udzielam się społecznie. W rodzinie, a nawet rodzie, nie miałem bogaczy ani kułaków. Ani nawet średniaków. Ojciec mój Boruku pracował w kołchozie na zaszczytnym stanowisku, nadzorował źrebięta. W pierwszy dzień wojny z Niemcami wyjechał na front i nie wrócił. Poległ także brat ojca, stryj Tadyrt. I wujkowie Teczyn, Tep, Szałbyk, Suzar. I moi starsi bracia Amadu i Bołot. Więc byłem przyszłym jedynym żywicielem rodziny, która składała się z mojej matki i babki, bo dziadek Kainczi zginął jeszcze podczas wojny domowej. A moja matka Kunduczi to kołchozowa przodownica. Nie było koni do orki, więc robiła jako „środkowy pociągowy”, zwany też „wielkim chomątem”. Przestrzegałem prawa, nikomu nie ukradłem nawet miedziaka, także wtedy, kiedy trzy dni nic nie jadłem…

Sprawa rozeszła się po kościach. Nawet nie byłem wzywany do dyrekcji instytutu. A czas, choć Stalin już umarł, był niebezpieczny. Paru uczniów z naszej szkoły trafiło za błahe przewinienia do obozów poprawczych. Zastanawia mnie tylko reakcja nauczycielki. Szczerze wierzyła w to, co mówiła, czy może raczej uznała, że musi tak zareagować? Tego nie wiem do dziś.

Ale myślę sobie czasami: czy Ałtaj, Syberia – to kolonia?

Comments are closed.