Platforma Obywatelska czyli Wielka Imitacja

Niektórzy moi znajomi na okoliczność mych krytycznych uwag pod adresem Prawa i Sprawiedliwości zgłaszają pretensję, że co najmniej równie krytycznemu osądowi nie poddaję Platformy Obywatelskiej. Przyznaję, platformersom nie poświęcałem dotąd zbyt wiele uwagi, czego powód jest właściwie tylko jeden i dość banalny: w tej partii – wydmuszce nie ma niczego takiego, co miałoby siłę przykuwania wzroku na dłużej niż mgnienie oka.

Dokładnie z tego samego powodu nigdy nie próbowałem poddawać egzegezie telewizyjnych reklam, opakowań produktów z hipermarketu czy potraw z McDonald’s. Być może warto jednak mimo wszystko powiedzieć parę słów więcej na ten temat.

Hiszpański myśliciel Rafael Gambra napisał kiedyś książkę Tradición o mimetismo, w której wskazał, że fundamentalną kwestią sporną w polityce jest owo przeciwieństwo tradycji i naśladownictwa; tradycji – czyli metafizycznej realności dorobku, dziedzictwa, kultury, obyczajów i instytucji konkretnej wspólnoty (narodu historycznego); naśladownictwa – czyli niespokojnego poszukiwania nowości i podpatrywania u innych rzekomo uniwersalnych wzorców przez osobników wykorzenionych ze swojej wspólnoty, pozbawionych związku z życiodajnymi sokami tradycji, skazanych przeto – jak to z kolei pysznie ujął nasz wieszcz Słowacki – na „szwędanie się ciągłe za niskiemi dociekaniami praw postępu”.

Owóż, Platforma Obywatelska jest niczym innym, jak właśnie szkolnym przykładem jałowego kulturalnie i politycznie naśladownictwa, mimesis w stanie czystym, pozłotką wielkiej imitacji. Na to naśladownictwo in concreto składają się, jak się zdaje, zasadniczo dwie rzeczy.

Pierwszy rodzaj mimetyczności stanowi „wiano”, jakie do PO wnieśli ojcobójcy „Drogiego Bronisława”, uciekinierzy z nieboszczki Unii Wolności, ale przez nią mentalnie uformowani. Jego istotą jest, nabyta jeszcze w epoce oświecenia, zakaźna choroba ideologii „prawoczłowiekizmu”, pseudouniwersalistycznej abstrakcji „człowieka w ogóle”, połączona z czołobitnością (przekraczającą wszelką miarę śmieszności) wobec „powszechnych standardów” czy „europejskich uregulowań”.

Jak groźny, destrukcyjny jest ten wirus, zaświadczyć może choćby przykład marszałka Bronisława Komorowskiego – człowieka z piękną, polską, arystokratyczną i patriotyczną tradycją (i własnych zasług z antykomunistycznej młodości), który dzisiaj co i rusz gorszy się, oburza i wstydzi za takie „bluźnierstwa” wobec „standardów”, jak sprzeciw wobec przywilejów dla dewiantów seksualnych czy ustanowienia Dnia Przeciw Karze Śmierci.

Trzeba przyznać, że imitatorzy tego rodzaju mają już swoją, specyficzną „tradycję”. Ich modelowym przodkiem był ów ufraczony i uperuczony Podczaszyc z opowieści Podkomorzego w Panu Tadeuszu, który zjechawszy na Litwę w swojej rokokowej kariolce, oświadczył, że będzie nas teraz „europeizować i cywilizować”. W Hiszpanii, na przykład, takich samych „Podczaszyców” nazywano „sfrancuziałymi” (afrancesados).

Mimetyczność drugiego rodzaju, adresowana przez platformersów nie do elity, lecz do szerokich rzesz „ludu wyborczego”, ma bardziej plebejski rodowód i trywialniejszą motywację. To pragnienie naśladownictwa znane od epoki komunizmu zwykłym Polakom, którym udało się znaleźć na Zachodzie i z nosami przyklejonymi do szyb wystaw luksusowych magazynów marzyli o tym, żeby i u nas było „jak na Zachodzie”.

Na tym, psychologicznym resentymencie bazuje wyborczy „kit” propagandystów Platformy, szarlatanów obiecujących, że jak tylko dojdą do władzy, to natychmiast zrobią tu „drugą Irlandię”. Ta propaganda prezentuje się jako prawdziwie liberalna alternatywa dla socetatyzmu PiS, ale naprawdę jest oszukańczą, miłą dla ucha, syrenią soft-economy, nieodpowiedzialną obietnicą materialnego raju bez pracy, wysiłku i koniecznego do zbierania owoców czasu.

Donald Tusk często lubi podkreślać, że on i jego koledzy z „Przeglądu Politycznego” uformowali się na lekturze dzieł myślicieli liberalnych: Hayeka, Misesa, Friedmana, Arona, Sormana. To prawda, i bardzo charakterystyczna. Wymienieni autorzy są z pewnością wysokiej klasy intelektualnej (wyjąwszy Sormana – popularyzatora raczej, aniżeli samodzielnego myśliciela), ale łączy ich także jedno: wykorzenienie z tradycji, z doświadczenia konkretnej wspólnoty i możliwego poczucia odpowiedzialności za jej dobro wspólne. Zwłaszcza Hayek nie ukrywał swojego programowego kosmopolityzmu.

Taki wybór patronów rzutuje na koncepcję uprawianej polityki. Program Platformy (już nie wchodząc w merytoryczną analizę konkretów) jest adresowany w kulturową i narodową próżnię, do abstrakcyjnych „ludzi” – „obywateli” jakiegokolwiek państwa. Równie dobrze, jak dla Polaków (co jest okolicznością zupełnie przypadkową) mógłby być programem dla Peruwiańczyków, Buszmenów czy Khmerów. Lecz nie do nich jako takich, w ich buszmeńskiej czy khmerskiej tożsamości, lecz do kogoś, kogo w swoim życiu pełnym podróży nigdy nie spotkał (bo spotkać nie mógł) hrabia de Maistre: do CZŁOWIEKA, który nie byłby Francuzem, Rosjaninem czy Persem, katolikiem, mahometaninem czy buddystą, szlachcicem, kupcem czy klerkiem etc.

Dlatego również to, co na pozór mogłoby wyglądać na tradycjonalistyczny rys platformersów: regionalizm – podkreślanie przez Donalda Tuska jego kaszubskości czy zainteresowanie okazywane śladom Borussii lub Silesii – jest wycieńczoną, bladą abstrakcją, konstruktem, wymyślaniem tradycji raczej pod kątem brukselskich standardów „praw mniejszości narodowych” czy „współpracy międzyregionalnej”, jeśli nie wprost na użytek bardzo konkretnych, ale obcych, niemieckich interesów.

Dlatego także w sprawach fundamentalnych, jak cywilizacji życia, Platforma nigdy nie ma własnego i zdecydowanego zdania. Nie jest ani „za”, ani „przeciw”, a raczej „za a nawet przeciw”; nie jest ani „zimna”, ani „gorąca”, tylko „letnia”. Dlatego, jak zapowiedział Anioł Laodycejski, będzie „wypluta z ust” w godzinie Sądu.
(źródło)

Comments are closed.