Egzotyka, przeszłość i rzeczywistość

Czego to się człowiek nie dowiaduje! Ja na przykład dopiero teraz dowiedziałem się, że Teksas wcale nie wygląda jak… Teksas – oczywiście przedstawiany na filmach kręconych przez żydowskie wytwórnie z Hollywood.

Na tych filmach Teksas sprawia wrażenie jałowej pustyni, po której przelatują „pieriekatypola”, jak na filmie „Olbrzym”, albo rozległych obszarów z górami-świadkami, jak na westernach. Ale bo też wytwórnie te filmy o wydarzeniach w Teksasie kręcą albo na pustynnych terenach wokół Los Angeles, albo w Arizonie, gdzie i gór, i kaktusów jest całkiem sporo.

Oto jak kino może kreować rzeczywistość podstawioną w miejsce rzeczywistości zwykłej. Tymczasem lepiej jest nie mieć żadnych informacji, niż informacje fałszywe, zwłaszcza z dodatkiem tak zwanego „dramatyzmu”, jak to nazywa Tomasz Jastrun – czyli fałszu skondensowanego.

Okupacyjne hasło „tylko świnie siedzą w kinie”, może mieć różnoraki sens, obejmując nie tyle widzów, którzy mogą być zwyczajnie robieni w konia, co przede wszystkim tak zwanych „ludzi filmu”, wynajmujących się magnatom przemysłu rozrywkowego do preparowania rzeczywistości podstawionej.

Nie wymaga to wielkiej wyobraźni, ani talentu. Weźmy takie „Gwiezdne wojny”; Jedi, czyli „światli rycerze mocy” prowadzą wojnę z dysydentami z zakonu. O co? A o cóż by, jak nie o opanowanie świata. Przypomina to do złudzenia „Protokoły mędrców Syjonu”, które podobno zostały spreparowane jeszcze przez Ochranę.

No dobrze, a gdyby tak według tych „Protokołów” nakręcić film? Skoro kino tak czy owak oferuje rzeczywistość podstawioną i nawet Teksas potrafi przedstawić całkiem inaczej, niż w rzeczywistości, to dlaczego mielibyśmy sobie żałować, zwłaszcza, że „Protokoły” z całą pewnością wzbudziłyby większe zainteresowanie kinowej publiczności, niż jakieś gwiezdne wojny, o których wiadomo tylko tyle, że nigdy ich nie było, nie ma i nie będzie?

Tak to sobie rozbieram z uwagą lecąc nad Zatoką Meksykańską w kierunku Florydy. Już podczas podchodzenia do lądowania w Fort Lauderdale zauważam, że ta cała Floryda, to jedno wielkie bagnisko, na którym nie ma nawet skrawka suchej ziemi. Tak samo myśli moja sąsiadka, która mówi po francusku; czy myśmy aby nie zabłądzili?

Okazuje się, że nie, że są jeszcze na Florydzie lotniska! Lotnisko jest oczywiście klimatyzowane, ale kiedy wychodzę na zewnątrz, mam wrażenie, że wszedłem do łazienki, w której ktoś przed chwilą brał bardzo gorący prysznic.

Miejscowi mówią, że to nic w porównaniu z latem, kiedy temperatura i wilgotność sięgają zenitu. Jednak gwoli ochłody pan Władysław Kosidło wiezie mnie nad Atlantyk, gdzie pod powiewem wiatru „drżą palmy wysmukłe”, a łaskawy Pan Ocean na powitanie ochlapuje nas bryzgiem fali.

Następnego dnia zwiedzamy Palm Beach, gdzie aż się roi od rezydencji nuworyszów i starej plutokracji. Sprawiają one niekiedy wrażenie wymarłych, ale podobno każda z nich zatrudnia co najmniej dwóch ogrodników, pokojówki, kucharza, a niekiedy – pielęgniarkę, tak, że przy plutokratach i biedniejsi się pożywią.

Wszystko to potwierdza się też na bagnach, które penetrujemy na łodzi napędzanej śmigłem; ryby jedzą rośliny i inne ryby, ptaki, których tu zatrzęsienie, jedzą ryby, no a aligatory, stanowiące bagienną arystokrację, jedzą wszystko.

Łańcuch pokarmowy widać tu jak na dłoni; w załamaniu drzewa, gdzie widocznie zebrało się trochę wilgotnego kurzu, rośnie palma. Na korze – jakieś mchy i porosty, słowem – bujność niesamowita!

A wszystko dzięki bagnom, które parują zwłaszcza w lecie, dostarczając deszczu niemal o stałej porze dnia, a przede wszystkim – stanowią podstawowy rezerwuar słodkiej wody dla Florydy. Przefiltrowuje się ona przez skałę, na której spoczywa półwysep i spływa do wielkiej jakby cysterny wewnątrz niej.

Stamtąd biorą ją pompy, ale gdyby tak osuszyć bagna, to cysterna nie tylko szybciej by się opróżniła, ale przede wszystkim ciśnienie Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej zalałoby ją wodą morską i dopiero byłby problem.

Okazuje się, że czasami bezpieczniej jest powstrzymać się od ambitnych reform, których tyle obiecują politycy w kampanii wyborczej. Na szczęście już 22 października o wszystkim zapomną, bo w przeciwnym razie życie stałoby się nie do zniesienia.

Toteż i na Florydzie mimo całej bujności, widać objawy gorszej koniunktury; bardzo dużo domów jest do wynajęcia lub do sprzedania. To te, które banki odebrały niewypłacalnym dłużnikom.

Od pana Jerzego Bogdziewicza, który gościł mnie w Boca Raton dowiaduję się jednak, że aż tak źle nie jest; jako absolwent budowy okrętów Politechniki Szczecińskiej pracuje w firmie budującej jachty, z którą, dzięki jego kontaktom, kooperują inżynierowie szczecińscy, wytwarzając w Polsce różne moduły.

Jak dotąd jachty się sprzedają, podobnie jak miejsca na wycieczkowcach, gdzie za niewielkie wynagrodzenie po 70 godzin tygodniowo pracują Filipińczycy i Hindusi, ale za to bilet na tygodniowy rejs kosztuje zaledwie 500 dolarów. Tak właśnie wygląda globalizacja, która najwyraźniej ma też swoje dobre strony, bo Filipińczycy i Hindusi aż przebierają nogami, żeby dostać tę pracę.

Trzy dni na Florydzie mijają jak sen i oto znowu jestem w Waszyngtonie, gdzie tym razem pan Jacek Marczyński postanawia pokazać mi Amerykę od podstaw. Jedziemy tedy do Jamestown, gdzie nad rzeką powstała pierwsza angielska kolonia nazwana na cześć królowej Elżbiety Virginią.

Niewiele się zachowało z tamtych czasów; pod szkłem resztki fundamentów pierwszych budynków, a dla turystów – pomnik Pocahontas, „księżniczki indiańskiej”, która nawet popłynęła do Anglii i tam umarła – jak głosi epitafium w kościółku.

Z Jamestown przenosimy się w wiek XVIII do stołecznego Williamsburga. Tam, po głównej ulicy jeżdżą konne powozy, w strojach w epoki spacerują dżentelmeni, wśród których przemykają się czarni niewolnicy. W sklepach ówczesne towary, słowem – całkowita inscenizacja przeszłości.

Jej kulminacyjnym momentem jest wiec, podczas którego mówca w porywającym przemówieniu podrywa zebranych do walki o niepodległość, a po chwili zza węgła wychodzą uzbrojeni ludzie ciągnący wózek z karabinami. Rozdają je mężczyznom słuchającym wiecowego mówcy i po chwili cała grupa wśród entuzjazmu widzów, zajmuje fort w środku miasta, obejmując je w ten sposób w posiadanie.

Mimowolnie chciałoby się zawołać: „precz z komuną!”, ale cóż tu wznosić takie okrzyki, kiedy premier Kaczyński „debatuje” akurat z Aleksandrem Kwaśniewskim, zaś pani minister Anna Fotyga oświadczyła właśnie, że Polska jest „gotowa” do podpisania Traktatu Reformującego Unię Europejską.

Naprawdę cała Polska? Może byłoby lepiej, żeby każdy mówił za siebie?

Comments are closed.