Yakamoz i inne cudeńka

Jak to czasy się zmieniają! Na przykład za Stalina za najpiękniejsze słowo świata uchodziło „serce” i nawet skomponowano na ten temat specjalną piosenkę, stanowiąca ozdobę radzieckiego filmu „Świat się śmieje”. Śmiał się, a jakże, tyle, że baranim głosem, a to za sprawą wielkiego serca Ojca Narodów, który nie mógł wytrzymać, żeby wszystkim po swojemu nie dogodzić.

Tymczasem teraz okazało się, że najpiękniejszym słowem świata jest „yakamoz”, co ponoć po turecku oznacza „odbicie księżyca w wodzie”. Całego księżyca, czy może półksiężyca? I co to znaczy: w wodzie? W jakiej wodzie? Czy np. przypadkiem nie w Wiśle? Jeśli tak, to co innego, bo stosowna przepowiednia głosi, że jak Turek napoi konia w Wiśle, to Polska znowu będzie mocarstwem. A jak Turek – to oczywiście z półksiężycem na sztandarze. No, no… W takim kontekście „yakamoz” rzeczywiście można by uznać za najpiękniejsze słowo świata, ale czy ten kontekst aby pewny?

Tego nikt nie wie, jako że przyszłość jest przed naszymi oczami zakryta. Inna rzecz, że chociaż przed oczami wielu ludziom zrobiło się ciemno, zwłaszcza po ostatnich wyborach, to przecież nawet ze światełek w tunelu to i owo można wydedukować. Nie wierzę nie zdementowanym informacjom – mawiał książę Gorczakow, więc kiedy usłyszałem, że Donald Tusk zamierza władać nami przy pomocy „miłości”, zrozumiałem, że tym razem, to nie żarty. Tylko patrzeć, jak zostanie powołane Ministerstwo Miłości, bo jakże rządzić bez Ministerstwa? Myślę, ze znakomitym kandydatem na szefa tego resortu byłby prof. Stefan Niesiołowski, który wprawdzie nerwy ma trochę nadszarpnięte, ale za to serce wielkie, niczym u Chorążego Pokoju. Już on tam nikomu nie przepuści, żeby nie wykochać go od przodu i od tyłu, zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej, do których z pewnością będziemy stosowali się szczególnie skwapliwie zwłaszcza po 13 grudnia. Pod takim ministrem sukces pewny, a przecież chyba o to chodzi? Jestem pewien, że Waldemar Pawlak nie będzie protestował ani przeciwko nowemu resortowi, ani przeciwko obsadzie, jako że PSL zawsze interesowały raczej resorty gospodarcze.

Z tą „miłością” rzeczywiście coś jest na rzeczy, chociaż Donald Tusk mógł się tu w powyborczej euforii zwyczajnie przejęzyczyć. Tak naprawdę mogło chodzić mu nie tyle o miłość, co o wdzięczność. Prawdziwym bowiem programem rządu utworzonego pod egida Platformy Obywatelskiej będzie odwdzięczenie się tym wszystkim środowiskom i siłom krajowym i zagranicznym, które przez ponad dwa lata umożliwiły Platformie prowadzenie czarnej propagandy przeciwko rządowi, oddając do jej dyspozycji kontrolowane przez siebie media, agenturę i inne aktywa. Może nie utworzy specjalnego Ministerstwa Wdzięczności, zresztą nie ma takiej potrzeby, bo tę rolę znakomicie spełni Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, pod kierownictwem pana Schetyny. Zresztą kompetencje Ministerstwa Wdzięczności mogą zostać rozdzielone zarówno między wywiad i kontrwywiad wojskowy, CBA pod nowym kierownictwem i nowymi zadaniami, no i Policję Skarbową. W rezultacie razwiedka, w którą większość ludzi w Polsce, a nawet cześć Czytelników niniejszych felietonów nie wierzy, jako że w takie rzeczy ludziom wykształconym wierzyć nie wypada, odbuduje dawne struktury, tym razem już nieformalne, bo WSI reaktywowane chyba nie będą, ich pozycje w gospodarce i na politycznej scenie. Dzięki temu można będzie przejść do następnego etapu stabilizacji sytuacji politycznej w polskiej prowincji Eurosojuza, to znaczy – do zapewnienia należnego miejsca na politycznej scenie formacji lewicowej. Środowiska, których polityczna ekspozyturą jest LiD, skonsumują zwycięstwo wyborcze Platformy do ostatniego okruszka, po czym przerzucą poparcie mediów, agentury i Salonu oraz inne aktywa z Platformy Obywatelskiej na LiD, rozszerzony w międzyczasie na pozostałe lewicowe grupki („tutaj tuwimy, tam kadłubki, tu nacje te – tu te” – jak czytamy w stosownej przepowiedni).

W tej sytuacji Platforma będzie musiała stoczyć walkę z PiS-em o to, kto na tubylczej scenie politycznej w polskiej prowincji Eurosojuza będzie robił za „prawicę”. I w ten oto sposób w Warszawie zapanuje porządek, bo Ordnung muss sein! To nie jakieś tam polskie safandulstwo, Polnische Wirtschaft, gdzie każdy robi co chce! W każdej prowincji musi być tak samo: ein Volk, zwei Partei. Fuhrer sam się pojawi, kiedy będzie trzeba i niech o to nikogo już głowa nie boli.
Wszystko zatem zapowiada się pomyślnie i nawet w środowiskach żydowskich zapanowało nadzwyczajne ożywienie. „Dobre wiadomości dla polskich Żydów” – głosi tytuł artykułu komentującego wyborcze zwycięstwo PO na www.thejewishweek.com. Chodzi oczywiście o „roszczenia” i tym zapewne można tłumaczyć fenomen, nad którym rozwodzi się pan rabin Schuldrich, jak to coraz więcej ludzi w Polsce odkrywa u siebie „żydowskie korzenie”. Mieszkam w Polsce znacznie dłużej od pana rabina Schuldricha, więc pamiętam, że wielu ludzi odkrywało u siebie takie korzenie, jakie akurat było trzeba. Np. w latach 60tych, kiedy na topie byli tzw. „partyzanci”, młodszy ode mnie nauczyciel z pewnej wsi na Zamojszczyźnie, zwłaszcza w dobrym chmielu, też przypominał sobie partyzanckie przygody. 65 miliardów dolarów to nie żarty, więc każdy rozumie, że teraz już czas na znalezienie u siebie („bo podpatrzcie i znajdźcie u siebie” – zachęcał Mickiewicz) odpowiednich korzeni.

Inne znowuż troski mają katolicy zawodowi, a zwłaszcza przedstawiciele tzw. „judeochrześcijaństwa”, chociaż z wyniku wyborów, ma się rozumieć, przykładnie się radują. Red. Tomasz Terlikowski martwi się np. że Kościół został wciągnięty w partyjną wojenkę, ale to nic w porównaniu z możliwością, że zwycięstwo Platformy może sprawić, iż każda próba, „nawet czysto duszpasterskiego” rozwiązania problemu Radia Maryja będzie traktowana jako symptom „czyszczenia Polski z IV RP na odcinku kościelnym”. Ale „aktywni politycznie biskupi”, jak pan red. określa JE abpa Życińskiego, abpa Gocłowskiego, bpa Pieronka i J.Em. kardynała Dziwisza chyba sobie jakoś z tym poradzą? Np. JE abp Życiński, chociaż postępowy i w ogóle, to przecież, kiedy trzeba, puszcza po archidiecezji kopię cudownego obrazu Matki Boskiej i zaraz wszystko znowu jest w jak najlepszym porządku. Zresztą jakże inaczej, skoro Donald Tusk zapowiedział „cud gospodarczy”? Sam tego nie sprawi, to chyba jasne? Stan gospodarki polskiej, a zwłaszcza finansów publicznych jest tak zagmatwany, że nie wiadomo nawet, czy będą w stanie spowodować go nawet działający viribus unitis „aktywni politycznie biskupi”. Kto wie, czy nie trzeba będzie odwołać się do współpracy reprezentantów „judaizmu”, bo Turek na tym etapie jeszcze chyba nie wchodzi w rachubę?

Comments are closed.