Żałoba po amerykańsku

Każdy naturalnie przeżywa śmierć inaczej. Różne zbiorowości, małe i duże, podchodzą do tej kwestii rozmaicie. Oto opowieść, jak ze śmiercią jednego człowieka radziła sobie pewna zbiorowość w USA.

Pod koniec lipca przyjaciółka zostawiła u nas samochód przed wyprawą zamorską. Mel i David – jej świeżo poślubiony mąż, a przedtem wieloletni chłopak – polecieli do Afryki Południowej. Chcieli ponurkować z rekinami, zaliczyć safari i powspinać się. Szczególnie David to nałogowy adrenaliniarz. Czegóż on nie wyczyniał? Zaliczył większość liczących się szczytów na kilku kontynentach, latał lotnią, skakał na spadochronie, pełzał po grotach, nurkował, biegał. Szczególnie lubił wspinać się bez sprzętu.

Na początku sierpnia późno w nocy odebrałem telefon. Dzwoniła Mel. I spadła bomba: „David nie żyje. Oderwał się od skały”. W niedzielę rano, 5 sierpnia, jechali pozwiedzać winnice. Przejeżdżali koło Góry Stołowej. David nie mógł się oprzeć. Mel weszła bezpieczną trasą. Jej mąż wspinał się sam, wbrew regułom, boczną ścianą. Gdy nie doczekała się go na szczycie, zeszła na dół i zadzwoniła po pomoc. Ratownicy z ochotniczego pogotowia górskiego szukali go kilka godzin, zaczął padać deszcz. Znaleźli go dopiero w poniedziałek. David miał 31 lat.

Moja cenzura domowa zaczęła natychmiast akcję wsparcia. Jedna z koleżanek, dyplomatka amerykańska w Bośni, ma kolegę z uniwerku, który siedzi w ambasadzie USA w Republice Południowej Afryki. Obiecał pomóc.

Niezależnie od tego Mel powiadomiła naturalnie rodzinę. Już w środę leciała do niej matka i teściowa. Jednak jeszcze we wtorek pokazała się cieżka artyleria. Brat Davida, Jaimie, przyjaźni się bardzo blisko z aktorem Robertem de Niro i jego rodziną. Byli właśnie razem w Japonii. De Niro skontaktował się ze swymi ludźmi w Afryce Południowej, którzy natychmiast dali Mel telefon satelitarny i usunęli wszelkie przeszkody biurokratyczne. Zarówno biurwa lokalna, jak i ambasadowa stała się superuprzejma. Zabrano nawet Mel na wycieczkę do slumsów w jednym z bantustanów. Jak jej oznajmiono, cel był taki, aby zobaczyć cierpienie i tragedię ludzką, a nie skupiać się tylko i wyłącznie na swojej stracie. Dziewczyna jednak była zbyt oszołomiona na taką terapię.

Ale przynajmniej miała coś do roboty. O wiele lepiej poszedł lunch z zespołem ratowniczym.

Mel podziękowała wszystkim za narażanie życia. Dwa miesiące później jeden z przyjaciół rodziny Davida odwdzięczył się jeszcze bardziej – za 30.000 $ kupił ratownikom sprzęt turystyczny, namioty, liny i śpiwory, a linie lotnicze, dla których Mel pracuje, wysłały wszystko do RPA gratis.
Chyba 14 sierpnia obebraliśmy Mel z matką i teściową na lotnisku, razem z popiołem Dawida w urnie. Przez następne tygodnie dziewczyna krążyła między teściami w Waszyngtonie, rodzicami w Ohio oraz Birmingham w stanie Alabama, gdzie w przyuniwersyteckim szpitalu, w izbie przyjęć, pracował jej mąż. Jak opowiadał mi mój przyjaciel Piotreczek, który jest tam profesorem psychiatrii, w szpitalu zorganizowano specjalne świeckie spotkanie ku czci zmarłego.

Wspominano Davida. Na przykład jeden ze starszych doktorów opowiedział, jak David skrytykował go za to, że o pacjentach wyrażał się per „menele”. Trzeba szanować każdego człowieka. Starszy kolega przyznał, że było mu wstyd i od tej pory już tak nie mówił.
Wieść o śmierci rozeszła się jednak głównie dzięki internetowi. Electronic mourning (e-mourning) to żałoba przez internet. Najpierw ukazał się na południowoafrykańskim portalu artykuł o tragedii, niestety ze zdjęciem Mel klęczącej przy zwłokach męża, przytulającej go – hieniarze sobie nie odpuścili. Potem Mel wysłała e-mail do wszystkich osób z książki adresowej Davida.

Odzew był lawinowy. Co więcej – ludzie błyskawicznie zwoływali się, zawiadamiali się nawzajem. W najbardziej ekstremalnym przypadku jeden z adresatów dowiedział się o śmierci, przebywając w Japonii; spakował się i przyleciał na pogrzeb do Waszyngtonu. Okazało się, że Paul poznał Davida i nurkował z nim przez trzy dni na wyspach Galápagos 10 lat temu. Utrzymywali kontakt telefoniczny i mailowy. Teraz przed pogrzebem odprawił jakieś rytuały New Age.
Najważniejszą częścią e-mourning były blogi. Mel i David założyli blog tuż przed ślubem, aby udokumentować uroczystość oraz swoje podróże. Został on przekształcony w blog ku jego pamięci.

Mel włożyła zdjęcia i tekst. Każdy mógł się wpisać. Ponadto kilku przyjaciół Davida założyło blogi z opowieściami o nim. Inni się dopisywali, wyciągali anegdotki, przypinali zdjęcia. Później w mowie pogrzebowej ojciec Davida – weteran walki z komuną w Wietnamie, emerytowany oficer wywiadu marynarki wojennej oraz sędzia federalny – podziękował internetowcom, bowiem dowiedział się wielu szczegółów z życia Davida, o których nie miał pojęcia.

Mel też szukała dodatkowego wsparcia w internecie. Wpisała się na listę dyskusyjną młodych wdów w okolicach Stolicy Imperium. Przeglądała linki – choćby http://www.griefandrecovery. com/links.html. Wpadła w jeszcze większą depresję, szczególnie po spotkaniu z jedną z tych pań.

Na szczęście Mel ma przyjaciółki siatkarki w Waszyngtonie. Te starannie zadbały o wypełnienie jej czasu. Po prostu umawiały się z nią na to, co zawsze robiły – wyciągały ją do muzeów, na obiady do ulubionej teksańsko-meksykańskiej Cactus Cantina oraz na marszobiegi na „szlaku kozic” przy Great Falls w Maryland. Od lat Mel i my chodziliśmy tam regularnie. Siatkarki zdecydowały, że tradycję należy kontynuować. Ostatni raz biegaliśmy tam dzień przed pogrzebem Davida, a już są plany na następny raz. Najcięższe i najbardziej irytujące było to, że siatkarki (poza plecami Mel) stale i obsesyjnie rozstrząsały śmierć jej męża. Płakały, spędzały godziny na rozmowach telefonicznych między sobą. Bezsprzecznie tragedia dotknęła też i je. Ale dla Mel były potężnym wsparciem. Przy niej nie rozpadały się. Były bardzo pomocne nie tylko emocjonalnie, ale i praktycznie. Na przykład w piątek i sobotę przed pogrzebem musieliśmy (ja jako ochotnik z urzędu) związać i wykleić kilkaset programów z porządkiem mszy, modlitwami oraz pieśniami.

W końcu, po niemal dwóch miesiącach od tragedii, spotkaliśmy się w kościele katolickim w Georgetown. Ponieważ tutejsi jezuici to moderniści, nikt oprócz nas nie klękał przy podniesieniu, a w kazaniu było politycznie poprawnie o AIDS. Po mszy na kazalnicę wchodzili przyjaciele Davida z młodości, którzy rozbawili zgromadzonych śmiesznymi anegdotkami z życia Davida, gdzie piwo lało się strumieniami, oraz wdowa i ojciec zmarłego. Ten ostatni zacytował fragment pieśni operowych Giacomo Pucciniego o śmierci malutkiego synka. Powiedział, że wolałby, aby to był jego pogrzeb, a David przemawiał. Ojcu zabrakło tchu, pokazały się łzy. Matka zmarłego, profesor stosunków międzynarodowych i dziekan uniwersytecki, siedziała bez słowa, dystyngowana i twarda jak zawsze. Na koniec w kościele puszczono kolekcję slajdów z przygód Davida w takt muzyki rockowej.

Przeszliśmy do uniwersytetu na stypę. Ustawiły się kolejki do wdowy i rodziców. Pamiętamy Davida, ale wiemy też, że Mel jest z nami. Niech jej mąż odpoczywa w spokoju.