Na niedzielę: krytykom Kościoła

To co przeżyła Europa w ciągu ostatnich lat dziesięciu, nie było tylko jednym z szeregu wstrząsów historycznych, jakie dokonywały się już niejednokrotnie na przestrzeni dziejów ludzkości. To było coś więcej, coś, co nie tylko zagroziło upadkiem pewnym czasowym formom życia ludzkiego, pewnym ustrojom społecznym czy państwowym, pewnym potęgom militarnym czy gospodarczym, lecz zagroziło samej podstawie, na której opiera się moralna możliwość bytowania ludzkości na ziemi. Moralną podstawą egzystencji ludzkiej jest bowiem świadomość praw, wielkich i niezmiennych, tę egzystencję określających. Z tych praw wywodzą się wszelkie formy stworzone przez człowieka, wszelkie jego normy moralne, obyczajowe, ustrojowe, społeczne, gospodarcze. Człowiek napotyka opór, człowiek nie jest wszechmocny – w przeciwieństwie do boskości, do atrybutów Boga, który jest wszechmocny, który opory stwarza sam. I na tym systemie oporów, jakim wielkie obozowisko ludzkie na ziemi jest ze wszystkich stron otoczone, oporów zarówno materialnych (natura), jak i moralnych (wewnętrzny konflikt człowieka), polega najistotniejszy problem życia, polega ów wielki egzamin duchowy, jakim jest nasza doczesna wędrówka. Przechodzimy swój odcinek ewolucji duchowej, stanowiący naszą ziemską egzystencję, po czym nikniemy za zasłoną bytu innego – lecz naszymi śladami stąpają następcy – odcinek tej wielkiej drabiny ewolucyjnej, po której kroczy od wieków duch ludzki, odcinek ograniczony dla naszych oczu od dołu urodzeniem, a od góry śmiercią, zwany życiem ziemskim – tworzy w istocie obraz zawsze jednakowy. Jest to obraz mozolnie wspinających się do góry, udręczonych i spragnionych doskonałości dusz, obraz niezmienny, bo choć wspinający się przechodzą i nikną – na ich miejsce wciąż wstępują nowi. Przypomina to widok owej Heraklitowej rzeki – niezmiennej, choć fale w niej są coraz to nowe. W niezmienności pewnych norm, ograniczających i określających życie ludzkie, zawiera się podstawa moralna ludzkości. Tymczasem te normy właśnie postanowiła zaatakować i rozsadzić grupa ludzi, których symbolicznym środkiem działalności stała się komora gazowa i piec krematoryjny.

Bo zważmy: miliony, które padły zaduszone gazem, aby zamienić się w popiół w olbrzymich piecach „fabryk śmierci” nie za żadną winę, lecz tylko za swą przynależność rasową lub narodową, to nie były ofiary walki, zawieruchy wojennej, starcia na polu bitwy – kataklizmów przecież, jak się wydaje, nierozerwalnie związanych z dziejami ludzkości, z ludzką naturą. To były ofiary czegoś innego, groźniejszego i bardziej przerażającego: ofiary nowej idei, nowej metafizyki czy może raczej – antymetafizyki. Hitler i towarzysze powzięli gigantyczny, na miarę antychrysta zakrojony plan ideowy: rozsadzić granice ludzkich możliwości uważane dotąd za niewzruszalne, zniweczyć niezmienny obraz ludzkiej wędrówki, udowodnić, że człowiek również, a raczej – jak sądzili, tylko on – jest wszechmocny, że prawa ograniczające dotąd jego wszechmoc były złudzeniem, które rozwiać się musi w nicość wobec skoncentrowanej, doprowadzonej do szczytu „Wille zur Macht”. Mechaniczne, przeprowadzone na zimno usuwanie z powierzchni ziemi narodów i ras, gigantyczne niewolnictwo milionów, burzenie miast i równanie z ziemią wsi, masowe translokowanie ludności, odrywanie dzieci od matek i wychowywanie ich na Niemców, a w dziedzinie ducha zwalczanie drakońskimi środkami tej jedynej, od wieków ludzką moralność uosabiającej i doskonalającej instytucji, jaką jest Kościół – oto zewnętrzne przejawy świętokradczego przełomu, którego w pojęciach ludzkich o życiu i jego wiecznych prawach i normach zamierzała dokonać filozoficzna koncepcja hitleryzmu. Postawienie człowieka na piedestale Boga – to była istota owej koncepcji, koncepcji – pomimo nadania jej przez Rosenberga ulubionej w Niemczech formy metafizycznych spekulacji – na wskroś w istocie materialistycznej. Złudzenie, jakie żywią niektórzy, że koncepcja ta jest natury irracjonalistycznej, wynika z interpretowania faktu, że okazała się ona – utopijną, daleką od realizmu. Lecz czy tak było rzeczywiście? Wszak pomijając możliwość wygrania wojny „normalnie” (1940), z wielkim prawdopodobieństwem przypuścić można ewentualność, że Hitler, a nie alianci, posiadłby pierwszy tajemnicę energii atomowej – (jak słychać, dzieliło go od jej zdobycia bardzo niewiele czasu…). Niektórzy znawcy stosunków francuskich stawiają nawet hipotezę, jakoby uległość Petaina i Weyganda wobec Hitlera spowodowana była oświadczeniem fiihrera, że niedługo posiadać będzie broń, która w parę godzin zamieni każde miasto w kupę gruzów. A co wtedy? Wtedy demoniczna, obłędna jego idea przekształcenia świata w myśl praw i zasad przez niego stworzonych stałaby się ideą na wskroś realną i materialną: wtedy nie apelowałby już świętokradczo i obłudnie do Opatrzności i Stwórcy, jak to czynił w wielu przemówieniach, lecz w pysze swojej mniemałby, że naprawdę jest panem stworzenia – triumfującym antychrystem. Tak więc materialistyczna idea wszechmocy człowieka wobec praw boskich, praw moralnych i praw natury znajdowała się – tak by się zdawało – o krok od zwycięstwa. Czyżby klęska jej była tylko wynikiem ślepego trafu?

Przekonanie, że wyższość moralna, że siła prawdy musi w końcu zwyciężyć – nie jest przekonaniem potwierdzonym przez obserwację życia ani przez religię. Religia głosi zwycięstwo prawdy i dobra – ale nie w każdym wypadku tu, na ziemi: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Często prawda ulega w walce, często zwycięża przypadkiem, zaledwie o włos. Lloyd George zakończył swoje Wspomnienia wojenne następującymi słowami (cytuję z pamięci): „Anglia niewątpliwie walczyła o sprawę słuszną i wielką, tym niemniej była o krok od porażki, a zwycięstwo osiągnęła właściwie szczęśliwym przypadkiem. Bowiem sprawy słuszne i wielkie nie zawsze na ziemi zwyciężają”. Zawiera się w tym pesymizm, jednak pesymizm to zdrowy, mądry, realistyczny, przez religię chrześcijańską dopuszczony. Lecz jeśli chodzi o wojnę ostatnią – sytuacja wyglądałaby zgoła inaczej. Żaden chrześcijanin nie mógł zwątpić o ostatecznym wyniku tego starcia idei – bowiem oznaczałoby to zwątpić o wiecznym autorytecie praw boskich, które normują warunki duchowe naszej egzystencji na ziemi, warunki tego wielkiego egzaminu, jakiemu jesteśmy poddani. To była wojna religijna, wojna idei i światopoglądów, wojna koncepcji materialnej z koncepcją spirytualną. Od zwycięstwa jednej ze stron zależały losy świata ludzkiego, dalsze jego oblicze duchowe; w podstawy naszego istnienia, którego korzenie tkwią w sprawach ducha, godziła idea triumfującej i rozsadzającej wszelkie „duchowe przesądy” przewagi materialnej. Lecz światu ludzkiemu nie był jeszcze sądzony koniec: Hitler mógł być biczem Bożym, nie był antychrystem. Toteż – legł w gruzach i popiele, zaś świat musi powrócić do swej przez boskie i ludzkie prawa wytyczonej normy.

W czasie straszliwie zmiennych kolei tej wojny niejeden ze słabszych popadł w zwątpienie, niejeden bliski był załamania. Gdy brutalna siła odnosiła zwycięstwo za zwycięstwem, gdy padały jak domki z kart stolice, niegdyś bastiony wolności i kultury, gdy wszystkie – zdawałoby się – przepowiednie i groźby Hitlera realizowały się z nieuniknioną, przerażającą punktualnością – w niejednym mieszkańcu okupowanej Europy budziło się straszne przypuszczenie: a może ten człowiek odkrył ohydną prawdę, że nie ma na świecie nic poza materialną siłą, że cała podbudowa duchowa i dialektyka etyczna świata chrześcijańskiego, którą żyjemy od wieków, jest złudzeniem i kłamstwem, że tylko przemoc jest słusznością? Te myśli, prowadzące do granic obłędu, jedną tylko mogły znaleźć przeciwwagę – w oparciu się o filozofię chrześcijańską, o wiarę chrześcijańską, w zaczerpnięciu z tego źródła pocieszenia, jakie udostępniała wszystkim jedyna w czasie wojny i terroru niepodległa, nie ulegająca zmianom, lecz wierna swoim wiecznym założeniom instytucja – Kościół katolicki. Bo zważmy: gdy zbrakło sił, gdy zawiodły wszelkie rachuby i doktryny materialne, wszelkie obliczenia racjonalne, gdy na każdym kroku gwałcono bezkarnie kanony laickiego humanitaryzmu, gdy zdobycie przez Niemców nowej fantastycznej broni groziło przekreśleniem wszelkich ogólnoświatowych proporcji sił i potencji materialnych – wtedy nadziei i energii do walki zaczerpnąć można było tylko i jedynie z idei nadprzyrodzonej. Gdy materialna siła miażdżyła wszystko wokół, głosząc urbi et orbi nicość praw moralnych i swoją nieodpartą potęgę – wtedy prawdziwy chrześcijanin, żyjący w Kościele, był jedynym, który nie zwątpił ani na chwilę. Hitler zwyciężyć mógł każdą siłę, nie mógł jednak pokonać nadprzyrodzonej siły ducha, siły, która pochodzi z wiary. Przeciw tej sile rozpoczął walkę, przeciw jej istnieniu gardłował i pienił się, a oto dzisiaj z dzieła jego nie zostało ani popiołu, a Kościół jest nadal tym, czym był, instytucją o źródłach nadprzyrodzonych, stojącą na straży wiecznych praw normujących podstawy moralne naszej ziemskiej egzystencji. Nie zwyciężył Hitlera doktrynalny materializm, który wraz z całą swoją mechanistyczną koncepcją dziejów stanąłby bezsilny wobec Niemiec dysponujących bombą atomową, nie zwyciężył go świecki humanitaryzm, którego zlecenia i zakazy śmiesznie słabe się okazywały wobec zaraźliwego jak dżuma nietscheańskiego kultu walki i siły. Zwyciężył tylko i jedynie duch chrześcijański, czerpiący swą siłę ze źródeł objawionych, ugruntowany wśród narodów Europy od wielu stuleci – i to, a nie co innego jest ideowym sensem zwycięstwa. Kościół, jedyne schronienie dla kochających dobro i prawdę, oparł się ciosom brunatnych szaleńców ze swastykami. Wielowiekowa praca pasterska Kościoła ugruntowała europejskie poczucie moralności przez upowszechnienie bezwzględnych kryteriów dobra i zła: oparła się ona na wierze i objawieniu, z których dopiero wyprowadza się cały wielki, racjonalny i harmonijny system myśli chrześcijańskiej. Tych i tylko tych założeń nie mógł przeżreć trujący kwas faszyzmu – bo założenia te apelują do jednostki ludzkiej, do indywiduum – tkwią one w każdym człowieku i, chcąc je zniszczyć, trzeba by niszczyć każdego człowieka z osobna. Kościół bowiem nie jest w zasadzie ani instytucją polityczną, ani społeczną, ani państwową – choć w każdej z tych dziedzin i form życia zbiorowego odgrywa rolę. Kościół ma swój oddźwięk w każdym człowieku i z każdym kontaktuje się indywidualnie i bezpośrednio; najważniejszą dziedziną działalności Kościoła jest udostępnianie indywidualnego pokarmu duchowego, którego w najczystszej, nieskażonej formie sakramentów udzielał on każdemu pragnącemu, Żydowi, Polakowi, Francuzowi czy Niemcowi, w okresach najstraszliwszego nawet terroru. Aby móc bez przeszkód sprawować tę najważniejszą, nadprzyrodzoną formę swojej działalności, musiał Kościół często rezygnować politycznie, jako instytucja czy też personalnie – lecz ważności i konieczności tej ofiary nigdy nie zrozumieją ci niewierzący, dla których cała duszpasterska działalność Kościoła jest rzeczą zupełnie nieważną i obojętną, pozostającą poza granicami ich zainteresowań i możności zrozumienia. Trudno mówić ślepemu o kolorach! Kościół jest instytucją pochodzenia nadprzyrodzonego, jednocześnie jednak jest instytucją ludzką. Jako instytucja ludzka musi sięgać do ludzkich sposobów, do kompromisów, dyplomacji, taktyki – aby tylko móc realizować swój cel podstawowy: sprawowanie służby duchowej, dawanie ludziom pomocy indywidualnej. Rozpoczęcie przez Watykan otwartej, ostrej walki politycznej z faszyzmem mogło uniemożliwić Kościołowi sprawowanie tej najważniejszej dla niego służby – w pojęciu jego zaś pomoc duchowa ważniejsza jest od materialnej. Gdyby Kościół położył swój głos na szalę aktualnych walk politycznych i konfliktów międzynarodowych, pozornie wprawdzie urealniłby swój wpływ, wymieniając go na monetę obiegową, lecz w istocie pomniejszyłby jego walor i ciężar gatunkowy wielokrotnie. Bowiem z zasadniczej właściwości Kościoła – jego powszechności – wynika niemożliwość jego działania po jakiejkolwiek stronie, za wyjątkiem jednej – strony ducha. A że jest on zawsze po tej stronie, co do tego chyba nikt nigdy nie miał wątpliwości; Niemiec mordujący Żydów nigdy nie wątpił, że działa przeciw nakazom Kościoła, przeciw moralności chrześcijańskiej.

Nasi krytycy Kościoła chętnie atakują personalnie. Jest to dziecinne i śmieszne: Kościół składa się z ludzi równie omylnych i błądzących jak wszyscy; nieomylny jest Papież i to tylko l i wyłącznie w sprawach wiary. Wiemy z historii, że byli papieże występni, że byli papieże niemal świeccy, zajmujący się tylko politycznymi intrygami, że istniała symonia, że zdarzają się księża nadużywający swych praw, a nie wypełniający obowiązków. Lecz cóż stąd! Kościół jako całość jest instytucją wieczną, pochodzenia nadprzyrodzonego – w to wierzy każdy katolik. Mimo ułomności poszczególnych ludzi linia ogólna Kościoła wykazuje imponującą konsekwencję, spokój i powagę. Kościół, choć kierowany przez ludzi, jest instytucją nadludzką – toteż nie może być mierzony doczesnymi kryteriami, stosowanymi do polityki czy do spraw międzynarodowych.

Krytycy Kościoła atakują go z jeszcze innej strony. Dlaczegóż to – mówią – Kościół, z którego założeń wynika apolityczność, staje się dzisiaj częstokroć dźwignią ruchów politycznych, ruchów w dodatku mających na celu opóźnienie czy sparaliżowanie pochodu postępu sprawiedliwości społecznej? Nie jest to prawda! Kościół nie jest i – jako instytucja – nigdy nie był protektorem wstecznictwa. Kościół jedynie stoi na straży tych norm i zasad ludzkiego bytowania, które są integralną i konieczną częścią systemu życia, pojętego jako rezultat przecięcia się dwóch wielkich wektorów istnienia: wolnej woli i wiecznych, niezłomnych praw moralnych, praw boskich. Dziś, w okresie załamania się gigantycznego zamachu na te dwa aksjomaty, zamachu dokonanego przez hitlerowski totalizm, w okresie, gdy świat zatruty jest jeszcze czadem wydzielanym przez pozostałości tego totalizmu i z trudem powraca do normy, gdy wpływ totalizmu a rebours utajony czai się wszędzie jak groźny cień na nie całkiem jeszcze wypogodzonym widnokręgu zmartwychwstałej Europy – Kościołowi właśnie przypada rola wskazywania niebezpieczeństwa, prostowania dróg, przypominania o szacunku należnym pewnym prawom. Nienaruszalność prawa własności; wolność sumienia; równość wszystkich ludzi bez względu na pochodzenie i przynależność do jakiejkolwiek grupy rasowej, narodowej, klasowej czy partyjnej; odpowiedzialność indywidualna – nie zbiorowa; miłość bliźniego i solidarność społeczna – nie nienawiść i walka; oto podstawowe tezy społeczno-polityczne Kościoła dzisiaj – innych nie ma. Sądzimy, że dalekie to jest bardzo od „wstecznictwa” i „reakcji”, że w ogóle nie są to pojęcia określonej kategorii politycznej ani społecznej, lecz jedynie – moralnej. W ich granicach każdy katolik wyznawać może inną treść polityczną czy społeczną, bowiem w społeczności katolickiej jest miejsce na różne, nawet przeciwne sobie poglądy doczesne. Przedstawiciele ich wszyscy mogą należeć do Kościoła pod warunkiem, że przede wszystkim będą prawdziwymi katolikami i w działalności swej nigdy nie przekroczą owych ogólnych, wiecznych praw moralnych, na straży których stoi Kościół. Kościół nie jest instytucją o celach doczesnych, przede wszystkim nastawiony jest na wieczność, na kryteria nieśmiertelne. Jest instytucją ponadludzką, jeśli interweniuje w sprawach publicznych, społecznych – poza indywidualną strawą duchową, udzielaną każdemu – to tylko wtedy, gdy narażone są na szwank te prawa moralne, które stanowią niezmienne, określone w dogmatyce i Piśmie Świętym zręby i ramy ziemskiej wędrówki człowieka. Laicy, dyletanccy krytycy, chcący ująć Kościół w doczesne kategorie myślenia, a działania jego sprowadzić do normalnych społeczno-politycznych względów, zapominający, że Kościół może być tylko nadrzędnym autorytetem, nigdy zaś równorzędnym partnerem, podejmują trud śmieszny i beznadziejny, jak owo dziecko, co chciało muszlą wyczerpać morze.

„Tygodnik Warszawski”, lipiec 1946
S. Kisielewski, Polityka i sztuka, Warszawa 1998, s. 30 – 37

Comments are closed.