Religia w szkołach – nóż w plecach katolicyzmu?

Od nowego roku szkolnego stopień z religii lub etyki będzie wliczany do średniej ocen na świadectwie szkolnym. Minister edukacji Roman Giertych podpisał nowelizację rozporządzenia regulującego tę kwestię – poinformowało MEN na swojej stronie internetowej. Nauka religii w szkole od zawsze była belką w oku lewactwa. Czerwoni marzą o tym, by została ona raz na zawsze przeniesiona do salek katechetycznych… i niestety mają rację! Chociaż ich intencje są antyklerykalne, to niestety nauka tego przedmiotu w obecnym kształcie jest asem w rękawie polskiej lewicy.

Tekst ten piszę nie jako dyletant, ale jako teolog z doświadczeniem nauki religii w szkole. Z przykrością muszę stwierdzić, że wprowadzenie do szkół religii w obecnym kształcie pogłębiło sekularyzację i masowe odchodzenie młodych ludzi od Kościoła. W sejmie I kadencji Janusz Korwin-Mikke ogłosił, że przywrócenie religii do szkół było spiskiem antykatolickim wymierzonym w Kościół. Wtedy został on (jak zwykle) wyśmiany przez środowiska katolickie.

Jego teza jest może i za daleko idąca, ale niezaprzeczalnym faktem jest, że podejście do wiary m.in. dzięki katechezie jest płytsze i okrojone z metafizyki. Głównym minusem katechizacji w szkołach jest fatalny program nauki religii. Tak jak w podstawówce zdaje on jeszcze egzamin, tak już w gimnazjum i przede wszystkim w liceum – jest banalny i szkodliwy. Brakuje w nim głównie teologii. Oczywiście sposób prowadzenie lekcji zależy od przygotowania i osobowości katechety, ale i z tym bywają problemy. Na moim roku na studiach było bardzo wielu potencjalnych robotów katechetycznych, zaprogramowanych na wykładanie określonego modelu wiedzy. I to najczęściej oni dostają pracę w szkołach. To jest zresztą skutek socjalistycznego szkolnictwa i podejścia do tej kwestii również polskiego Episkopatu. Na lekcjach nie porusza się ważnych i drażliwych tematów dotyczących Kościoła i miejsca religii w dzisiejszym ateistycznym świecie.

Zamiast prowadzenia teologicznej dysputy, program wymaga na katechecie wciskania dzieciakom pustych sloganów. Nie obejmuje on rzetelnie przedstawionych zagadnień z zakresu teologii dogmatycznej, biblistyki czy nauki społecznej Kościoła. Tematy lekcji religii z grubsza są takie same od początku podstawówki aż do matury. Zmienia się tylko ich język i sposób przekazu. Merytorycznie pozostaje on na poziomie zbliżonym do pogadanki wiejskiego księdza odwiedzającego domostwa po kolędzie. Najgorsze jest to, że program nie jest dopasowany do poziomu intelektualnego młodzieży (jest identyczny dla szkół zawodowych i liceum). Inwencje katechetów, znających swoje klasy, są detronizowane przez dwie pozycje (sic!) książek katechetycznych. Innym problemem jest zachowanie i postawa nauczycieli religii. Jak przekonać bowiem zdemoralizowanego dzieciaka do słuchania o Bogu, skoro katecheta nie ma charyzmy? Nauczyciele innych przedmiotów, jeśli nie mają autorytetu, mogą po prostu nie przepuścić dziecka do następnej klasy, a katecheta? Co ma zrobić w szkole zawodowej „szara myszka” bez siły przebicia, która wyszeptuje spod nosa prawdy objawione? A problem podstawowym jest to, że nawet dyrektor nie ma możliwości zwolnić z pracy nieodpowiedniego katechety, ponieważ dostaje on tzw. misję kanoniczną i przydział (kolejny przykład socjalizmu) od ordynariusza miejsca. Na jednym ze zjazdów katechetów powiedziano nauczycielom, że pierwszeństwo w otrzymaniu etatu mają… matki z dzieckiem. Głównym kryterium zatrudnienia jest więc nie merytoryczne przygotowanie, a macierzyństwo! Nie bez powodu katecheci bywają w szkołach wyśmiewani i poniewierani. Jest to wina niektórych profesorów uniwersyteckich, ponieważ źle przygotowują do pracy z młodzieżą przyszłych katechetów. Na ćwiczeniach z katechetyki studenci zamiast praktyki często uczą się na pamięć przestarzałych i socjalistycznych metod pracy z młodzieżą, muszą uczyć się na pamięć Karty nauczyciela (sic!) albo robić biurokratyczne scenariusze lekcyjne. Moja ocena za odbycie praktyk pedagogicznych w szkole opierała się tylko na dokumentacji! Jest to wielkie zaniedbanie wydziałów teologicznych. Kształcą one na dosyć wysokim poziomie teologicznym, ale pedagogika kuleje.

Nie tylko wiara

Chrystus i Apostołowie, aby zaszczepić nową wiarę, przystosowywali się do obowiązujących warunków. Kościół również w celu lepszej ewangelizacji używa różnorodnych metod w zależności od obyczajowości danego kraju. Św. Tomasz pisał, iż Boga da się poznać nie tylko przez wiarę, ale głównie intelekt. Na lekcji religii rozwoju intelektualnego niestety brak. Nad prawdziwym poznaniem góruje „pamięciówka”. Kiedy omawiałem w klasie maturalnej Księgę Rodzaju i tłumaczyłem uczniom, że historia Adama i Ewy jest również metaforą pewnych prawd teologicznych, a nie tylko księgą historyczną, patrzyli na mnie jak na wywrotowca. Program do nauki religii nie obejmuje np. krytyki tekstu, co jest podstawą poprawnego zrozumienia istoty nauki Chrystusa.

Objawienie między matematyką i muzyką

Nawet jeśli program do nauki religii byłby bardziej teologiczny, miejsce wykładania tak ważnych rzeczy jest nieodpowiednie. W sali klasowej, gdzie młodzież ma inne przedmioty, np. matematykę czy muzykę, nie ma odpowiedniego klimatu do nauczania Słowa Bożego. Wiem to z autopsji, ponieważ prowadziłem ten sam temat lekcyjny z młodzieżą w klasie, jak i w sali parafialnej – i odbiór był totalnie inny. W salce parafialnej młodzież nawet tylko poprzez klimat domu Bożego w poważny sposób podchodzi do omawianego tematu. Młodzież nie ma motywacji, by studiować katolicyzm, jeżeli nie zostanie wynagrodzona bądź nie czuje presji (bo przecież w socjalistycznej szkole stresować nie wolno). Jak powiedział mi w jednym z wywiadów prof. teologii Michał Wojciechowski: „Bardzo wielu uczniom dogadza nauka religii, gdzie katecheta nie wymaga solidnej wiedzy, a sama lekcja jest rodzajem godziny przerwy albo w najlepszym przypadku godziny wychowawczej”. Nie jestem zwolennikiem zamiany przedmiotu „Religia” na „Religioznawstwo”. W szkole powinno się wprowadzić taki przedmiot niezależnie od nauki religii, ale połączony z filozofią i etyką. Niestety, przy braku prywatnego szkolnictwa w dzisiejszej czerwonej Europie to urzędnik, a nie rodzic decyduje, czego ma się uczyć dziecko. Oczywiście pewne minimum programowe może być ustalone, lecz czy dziecko uczy się w szkole religii, czy nie – zależeć powinno od jej statutu. Wtedy każda placówka w porozumieniu z powiedzmy ordynariuszem miejsca decydowałaby, jak ma takowa lekcja religii wyglądać (łącznie ze specjalnie przygotowaną salą). W USA, gdzie w szkole publicznej religii nie ma, 80% nauczycieli wysyła swoje pociechy do szkół prywatnych… najczęściej katolickich.

Comments are closed.