Co mają wspólnego dziennikarze „Gazety Wyborczej” zajmujący się przez lata tak gorliwie śp. dr. Dariuszem Ratajczakiem, przedstawiciele Uniwersytetu Opolskiego, z którego naukowiec w wyniku szczucia „GW” wyleciał, a także Andrzej Zoll, który proponował mu samokrytykę, oraz gromada innych autorytetów prowadzących polowanie na czarownice?

Otóż to, że teraz „nie komentują sprawy”. Rzeczywiście nie ma czego komentować. Można tylko odtrąbić sukces i napić się szampana. Naukowiec z prowincjonalnej uczelni, który ważył się napisać o rewizjonistach Holokaustu, którym nie do końca podoba się metodologia stosowana przy badaniach dotyczących tej zbrodni, musiał przecież za naruszenie tabu zostać przykładnie ukarany. Trzeba było go wytarzać w błocie, a potem pilnować, by nigdzie nie dostał pracy odpowiadającej jego wykształceniu i możliwościom – niech cieciuje albo zdycha z głodu. No i cóż – „Gazecie Wyborczej” się udało. Dr Ratajczak najpierw w wyniku pracowitego szczucia dziennikarzy tego dziennika stracił pracę, potem jego życie dosłownie się rozsypało, a w końcu popadł w nędzę.

Nie pomógł niemal nikt – nawet wpływowy obecnie kumpel z ławy szkolnej, Grzegorz Schetyna, który wolał nie przypominać sobie tak nieprzyjemnej znajomości. Najbardziej szokujące w tej całej historii jest to, że „Gazeta Wyborcza” nie przestała zaszczuwać Ratajczaka nawet po jego śmierci. W tytule tekstu o jego śmierci jej dziennikarze napisali „kłamca oświęcimski”, chociaż nim nigdy nie był. Dopiero po kilku godzinach zmienili na „były pracownik Uniwersytetu Opolskiego”.

Michalkiewicz. The Movie

Bądźmy obiektywni. Hunwejbini z „Gazety Wyborczej” pewnie nie spodziewali się, że los dr. Ratajczaka wskutek rozpętanego przez nich polowania na czarownice potoczy się aż tak tragicznie. Oni pewnie nie chcieli jego śmierci, chcieli „tylko”, by już do końca był napiętnowany na forum publicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że to oni rozpoczęli łańcuch zdarzeń, które doprowadziły do tragicznego końca. Powiedzmy wprost: ich filosemicka bigoteria doprowadziła człowieka do nędzy, poniżenia, a w dalszym efekcie do śmierci. Teraz dziennikarze i autorytety prowadzące niegdyś nagonkę na dr. Ratajczaka sprawy już nie komentują i najchętniej by o niej zapomniały. Najwyraźniej tragedia, jaką ci ludzie zbiorowo spowodowali, jakoś im jednak doskwiera. Naszą rolą jest niezapominanie o tej sprawie, bo jeśli ją zapomnimy, to wkrótce dowiemy się o kolejnej podobnej tragedii. A jeśli wyciągniemy z niej wnioski, to może dr Ratajczak odegra rolę polskiego Dreyfusa – pokazując bigoterię, skorumpowanie i zakłamanie części mediów i „elit”.