Francuska interwencja w Libii

Minister obrony Gerard Longuet nie ma szczęścia. Sprawuje swoją funkcję dopiero od końca lutego tego roku, a już stanęły przed nim wyzwania, jakich Francja nie miała od lat.

Wiele osób pyta o motywy tak zdecydowanej interwencji Francuzów w Libii. Możliwych odpowiedzi jest kilka.

Może tu np. rzeczywiście chodzić o kurczące się poparcie społeczne dla prezydenta Sarkozy’ego. Większość Francuzów od dawna uważa Kaddafiego za wyjątkowo niesympatycznego dyktatora, a informacje o wyczynach jego bojówek wobec opozycji usprawiedliwiają w ich oczach interwencję zbrojną. Społeczną popularność interwencji potwierdzają także relacje medialne pokazujące radość „wyzwalanych” Libijczyków.

Kolejny powód interwencji to chęć odrobienia przez Paryż opóźnienia w poparciu „arabskiej wiosny ludów”. Francja zachowywała się wyjątkowo wstrzemięźliwie w przypadku Tunezji, a jej minister obrony sugerowała nawet udzielenie pomocy obalanemu dyktatorowi. Paryż przespał także wydarzenia w Egipcie. Francuscy politolodzy zwracali uwagę, że kraj ten „traci” Afrykę Północną na rzecz znacznie bardziej zdecydowanych Amerykanów. Kiedy mowa o motywach postępowania Sarkozy’ego, można też brać pod uwagę czynnik osobisty. Kaddafi mocno się naraził francuskiemu prezydentowi, kolportując informacje o tym, że Libia wspierała finansowo jego kampanię. I jest wreszcie czynnik „europejski”. Niechęć Paryża do zaangażowania w operację libijską całego NATO może być powodowana także budową konkurencyjnej struktury militarnej. Na dobrą sprawę po raz pierwszy od roku 1956 i interwencji francusko-brytyjskiej podczas nacjonalizacji kanału sueskiego wojska tych dwóch krajów prowadzą dużą wspólną akcję militarną.

Ciekawe jest tu stanowisko USA, które chyba dały się przez Sarkozyego zmanipulować. Nad Sekwaną mówi się zresztą wprost o „partii pokera”, którą francuski prezydent rozgrywa z Obamą. Trochę wmanewrowani w interwencję Amerykanie chcieliby obecnie poszerzyć odpowiedzialność na całe NATO, co odebrałoby także praktyczne przywództwo tej operacji Francuzom. Różnice w podejściu do operacji w Libii są duże. W odróżnieniu
od Francuzów, Amerykanie nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni do wciągania ich w kolejną wojnę. Zresztą zaangażowanie w Libii różni się nawet leksykalnie.

To, co dla USA jest „Świtem Odysei”, dla Francuzów nosi nazwę „Harmattan” (gorący, suchy i porywisty wiatr, wiejący w Afryce znad Sahary, z kierunku północnego i północno-wschodniego).

Minister obrony Longuet podkreśla jednak sukcesy militarne. W ciągu trzech dni rozmontowano libijskie siły powietrzne i przeciwlotnicze, zniszczono też dziesiątki pojazdów opancerzonych i czołgów, co częściowo powstrzymało ofensywę sił wiernych Kaddafiemu na miasta pozostające w rękach rebeliantów. W pierwszej fazie akcji przeciw Libii zaangażowanych było francuskich 20 samolotów: osiem typu Rafale (Szkwał) Dassault, dwa Mirage’e 2000-D, dwa Mirage’e 2000-5, a także samoloty-cysterny i Awacsy. W kierunku Libii wypłynął również z Tulonu lotniskowiec „Charles de Gaulle” razem z fregatami „Dupleix” i „Aconit” oraz tankowcem „La Meuse”. Na lotniskowcu także znajdują się samoloty Rafale i zmodernizowane Super Étendard.

Minister tłumaczył przy okazji, dlaczego Paryż nie chce mieszać w operację NATO. Jego zdaniem, szybkość decyzji odgrywa w tej akcji rolę większą niż pozyskane w ten sposób dodatkowe środki militarne.

Decyzje trzeba podejmować niemal natychmiast, a siły anglo-amerykańsko-francuskie mają współdziałanie operacyjne zsynchronizowane i przećwiczone od lat. O ile więc strona militarna zaangażowania w Libii nie przedstawia żadnych problemów, to pewne napięcia pojawiają się od strony politycznej.

Wg ministra, w przypadku objęcia operacji nadzorem NATO (stało się tuż po po napisaniu tego tekstu – dop. red.) decyzyjność polityczna skomplikuje się jeszcze bardziej.

Ta pośrednia krytyka NATO przez ministra obrony Francji, jako instytucji w pewien sposób zbyt zbiurokratyzowanej i upolitycznionej, wydaje się interesująca także dla Polaków, którzy czasami zadają sobie pytanie o realność gwarancji bezpieczeństwa ze strony Paktu.

Jak przychodzi co do czego, to jednak lepiej opierać się na własnych siłach.