Chodakiewicz i Radziłowski o neo-stalinizmie w Polsce

Rok temu na łamach „Glaukopisu” profesor John Radziłowski wprowadził do historiografii pojęcie „neo-stalinizmu”. Aby być adeptem takiej szkoły wcale nie trzeba być komunistą. Wystarczy przyjąć za swój – świadomie bądź nie – wypracowaną przez Komintern i jego spadkobierców propagandową wykładnię historii Polski oraz jej cele: stworzenie post-Polaka, neo homo sovieticus. Ponieważ prof. Radziłowski, nie jest znany szerszemu ogółowi, przeprowadziłem z nim wywiad. Od razu chciałbym ostrzec, że, po pierwsze, z Johnem przyjaźnię się od wielu lat. Po drugie, razem pracowaliśmy nad kilkoma projektami, m.in. wspólnie zredagowaliśmy dwie prace zbiorowe Poland’s Transformation: A Work in Progress (2003 r.) oraz Spanish Carlism and Polish Nationalism: The Borderlands of Europe in the 19th and 20th Centuries (2003 r.). Po trzecie, John wykoncypował termin „neostalinizm” gdy mnie bronił przed atakami, no właśnie, neostalinistów czyli tolerancjonistów.

A pierwsze, drugie oraz trzecie sprawy stały się głównie możliwe, bowiem łączą nas zainteresowania wspólne, głównie historia Rzeczypospolitej, ale również tradycjonalistyczne i konserwatywne podejście do polskości jako samoidentyfikacji kulturowej przede wszystkim. No, ale o tym wszystkim opowiada sam John.

M.J.C.: Proszę przedstaw się czytelnikom NCz! Kim jesteś?

J.R.: Nazywam się John Radziłowski. Jestem polskim Amerykaninem w czwartym pokoleniu. Urodziłem się w stanie Michigan, ale dorastałem w stanie Minnesota. Uzyskałem doktorat z historii w Arizona State University i jestem profesorem asystującym w zakresie historii w University of Alaska Southeast. Wraz z moimi dziećmi – Radosławem i Dianą – mieszkamy w najdalej położonym na południowy-wschód rejonie Alaski, kraju nabrzeżnych lasów i gór.

M.J.C.: Powiedz trochę o swoich korzeniach proszę.

J.R.: Wywodzimy się z Radziłowa, ale tego w Galicji, a nie na Mazowszu. Moja rodzina była podzielona na katolików i prawosławnych. Niektórych nazwisko było pisane w pewnym okresie Radylowski. Jeden z przodków był prawosławnym biskupem w Przemyślu w XVI w. Zwał się Antoni (1549-1586) i był dobrze ustosunkowany na dworze Zygmunta Starego. Ponoć cerkiew wyniosła go na ołtarze. Z bratem staramy się dociec czy był herbu Radwan czy Sas. Coś tam jeszcze nie jest jasne w badaniach i nagle pojawiają się dwie odnogi Radziłowskich. Linia główna, która siedziała na majątkach między Lwowem a Przemyślem, pieczętowała się Sasem. Ale była i druga linia, której herbem był Radwan. Na przykład, jeden Radziłowski legitymujący się Radwanem był kasztelanem Kamieńca Podolskiego pod Augustem Mocnym.

M.J.C.: Tego nie pamiętałem, ale w lecie zeszłego roku z ToSo, Radkiem i Adamem byłem w Kamieńcu. Kasztelania Radziłowskich robi niezłe wrażenie. A rodzice?

J.R.: Moi rodzice to Thaddeus i Kathleen Radziłowscy. Mama jest artystką, ale również była nauczycielką i pracowniczką opieki społecznej. Mój ojciec jest profesorem historii i emerytowanym rektorem St. Mary’s College w Orchard Lake w stanie Michigan. Jest to uczelnia stworzona przez polskich imigrantów, podkreślająca swoje więzy z polskością, polską historią i Kościołem Katolickim.

M.J.C.: Orchard Lake od dawna służy jako emigranckie przytulisko. To właśnie tam zmarł e.g., hr. Ronikier, prezes Rady Głównej Opiekuńczej podczas obu niemieckich okupacji. To tam składają w depozyt swoje prace artyści, tam przechowywali swoje pamiątki weterani, na przykład archiwum Brygady Świętokrzyskiej NSZ złożono w Orchard Lake przed wysłaniem do Krakowa kilka lat temu. Ale masz jeszcze dwóch braci.

J.R.: Paul jest profesorem historii w Madonna University w Michigan. Specjalizuje się w dziejach polskiego średniowiecza oraz w myśli katolickiej. A Stefan jest muzykiem, mieszka w stanie Minnesota ze swoją świeżo poślubioną żoną, Agnieszką.

M.J.C.: Pamiętam jak twój tata opowiadał kiedyś o swojej służbie wojskowej. Jako spadochroniarz walczył z komuną w Wietnamie, zdaje się, że był w 82nd Airborn. Służył jako instruktor w „Zielonych Beretach.” Ale oprócz walki i nauki historii jest przecież szefem The Piast Institute (Instytut im. Piasta). Ty sam jesteś tam zaangażowany jako fellow.

J.R.: Mój ojciec i jego znajomi założyli The Piast Institute kilka lat temu. Dokładnie to się nazywa „National Center for Polish and Polish American Affairs”. Stworzono go ponieważ podczas gdy Polonia amerykańska ma wiele społecznych i kulturalnych organizacji, jak również kilka naukowych (e.g., PIASA czy PAHA), nie istniała żadna instytucja jako centrum badań i wiedzy o Polsce i Polonii dla Amerykanów. Rolą The Piast Institute jest służyć Polonii i dostarczać informacje na temat Polonii i Polski przeciętnym ludziom, jak również grupom wyspecjalizowanym takich jak naukowcy, przedsiębiorcy czy urzędnicy władz różnych szczebli. Jest to jedyny think tank Polonii.

M.J.C.: Opowiedz jak ci się dorastało jako Polak w USA.

J.R.: To jest skomplikowana kwestia i trudno odpowiedzieć na to tak po prostu, bowiem wymaga to znajomości historii Polonii i musiałbym napisać książkę aby to wytłumaczyć. No, ale spróbuję w wielkim skrócie opisać moje dzieciństwo. W latach 70. zeszłego stulecia wyobrażenie o Polakach w Ameryce było bardzo złe. Często wyszydzano ich w telewizji. Była cała seria dowcipów. Tam gdzie dorastałem właściwie nie było nikogo polskiego pochodzenia. Dlatego w szkole, gdy inne dzieci i nauczyciele robili obraźliwe uwagi albo powtarzali to co słyszeli w telewizji o Polakach – wszystko zawsze ogniskowało się na mnie. I ja brałem to sobie bardzo do serca, bowiem byłem bardzo dumny, że jestem Polakiem. I dlatego brałem udział w wielu bójkach, a zwykle je przegrywałem. To wszystko było trudne dla mnie.

M.J.C.: Pamiętam jak opowiadałeś jaką wielką radość sprawiło Ci przeczytanie pamiętników Julka Kulskiego, który obracał się w podziemnych kręgach elitarnej Osy-Kosy, a potem jako 14-latek walczył w 9. dywersyjnej w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu. Naturalnie czytałeś to po angielsku.

J.R.: U nas w rodzinie, mimo, że tylko ojciec mówił po polsku, byliśmy stale zanurzeni w polskiej kulturze, polskich książkach – chociaż naturalnie wszystko było po angielsku. Mieliśmy taką polską przystań od otaczającego nas świata. Większość osób z którymi się stykałem mówiła, że Polacy są głupi, a Polska to śmieć i tak dalej. Ale u nas w domu było zupełnie inaczej, wprost przeciwnie. Było to ważne dlatego, że to spowodowało, iż nauczyłem się, że nawet jeśli ktoś jest sam to musi powstać i bronić rzeczy, które są słuszne – bez względu na konsekwencje. Wiedziałem, że ci co mnie otaczali nie mieli racji, ale przecież łatwiej byłoby powiedzieć „okay” i zgodzić się z nimi. Wtedy stałbym się bardziej popularny!

M.J.C.: No, tak, mistrzem popularności to Ty raczej nie lubisz być.

J.R.: Dlatego identyfikowałem się mocno z Polską i jej losem. Raz, gdy miałem chyba 10 lat, trzech starszych chłopaków skoczyło na mnie. Dali mi lanie i przezywali. A ja nie byłem ani wystarczająco silny aby się bić ani szybki aby uciec. Pamiętam jak dostałem pięścią i pomyślałem sobie – „trzech na jednego! To tak jak rozbiory RP!” Naturalnie brzmi to komicznie po latach. Ironią losu jest to, że gdybym wychował się wśród Polaków, to moje polskie korzenie nie byłyby tak ważne, bowiem nie musiałbym płacić za nie takiej ceny.

M.J.C.: Ale po jakimś czasie przyszedł przełom.

J.R.: 16 października 1978 r. stał się cud. Wybór Polaka na papieża był chyba najbardziej historycznym wydarzeniem mego życia, mimo, że sobie z tego nie zdawałem sprawy w tym czasie. Przyszedł do nas ten, który sprzeciwił się temu co świat mówił, który wstał w obronie Prawdy – znak sprzeczności. Mimo, że jestem od urodzenia katolikiem, powoli, stopniowo obserwując Jana Pawła II zacząłem się zastanawiać co to wszystko znaczy. Co oznacza szukanie Prawdy i mówienie tak prawdziwie, jak tylko jest to możliwe dla istoty ludzkiej. Tylko teraz, gdy patrzę w przeszłość, zaczynam rozumieć jak bardzo to wszystko na mnie wpłynęło i mnie ukształtowało.

M.J.C.: No dobrze, ale dlaczego zająłeś się historią?

J.R.: Znów skomplikowane pytanie. Prostą odpowiedzią byłoby to, że mój ojciec jest historykiem, a więc ja dorastałem z historią, opowieściami o przeszłości – o polskiej historii, amerykańskiej, rosyjskiej, angielskiej. Gdy podróżowaliśmy całą rodziną mój ojciec opowiadał nam o historii miejsc, które odwiedzaliśmy i w ten sposób przeszłość ożywała przed nami tak jak teraźniejszość. Czasami przeszłość wydawała się nam być bliżej rzeczywistości niż bolesna teraźniejszość.
Oprócz tego były też i inne rzeczy. Mimo, że wielu z moich polskich przodków było pochodzenia szlacheckiego, mój pradziadek Jan Ochalek się do nich nie zaliczał. Przybył do Ameryki jako chłop z Galicji w 1910 r. Był prawie analfabetą. W USA nauczył się czytać po polsku i angielski i czytał jedną książkę na tydzień do końca swego życia. Zaczął od Mickiewicza i Sienkiewicza. Potem nauczył się konstruować skrzypce. I nauczył się na nich grać oraz na innych instrumentach. Zaczął komponować. Zrobił sobie sam swoje własne narzędzia, sam wybudował sobie dom. A oprócz tego pracował 10 godzin dziennie w fabryce i utrzymywał dużą rodzinę. A jak urodziła się mu najstarsza córka, czytał jej co wieczór polską i amerykańską literaturę, historię etc. Ona czytała często te same książki swemu najstarszemu synowi, mojemu ojcu. On i jego bracia i siostry byli pierwszymi w rodzinie, którzy poszli na studia wyższe. Trójka z nich (na sześciu) dorobiła się doktoratów. A ty mnie pytasz: „dlaczego historia?” Po części jest to z wdzięczności dla tych niezwykłych ludzi. Nasze życie jest przecież odbiciem przeszłości. Często mówię moim studentom, że jeden z najważniejszych powodów aby studiować przeszłość jest to, że trzeba zrozumieć jakie mamy wielkie szczęście i dostrzec, że świat, który mamy, ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami, został nam przekazany w pieczę przez tych, którzy przed nami przyszli.

M.J.C.: Teraz powiedz jaka historia?

J.R.: Interesują mnie wszystkie aspekty historii. Nic nie jawi mi się nudnym. Myślę, że współcześni historycy są zbyt wąsko wyspecjalizowani. Naturalnie nowoczesna historia Polski jest jednym z moich pól specjalizacji. Historia współczesnej Ameryki też. Dużo piszę o emigracji z Polski i Europy środkowo-wschodniej do USA, o historii społeczności polsko-amerykańskiej oraz generalnie o emigracji i stosunkach etnicznych. Jestem zainteresowany historią religii, wojskowości i szpiegostwa. Właśnie kończę redagować dużą pracę pomocniczą (reference work) o emigracji w USA i mam nadzieję nadal pisać o polskiej i amerykańskiej historii.

M.J.C.: W swojej pracy historycznej opierasz się na logocentryzmie i empiryce. A co to neostalinizm?

J.R.: To jest podejście do historii, które opiera się mocno na kulturowym marksizmie. Jego pionierem był Antonio Gramsci, a ideologia ta wyzyskuje przeszłość jako narzędzie woli politycznej. Odwrotnie niż w wypadku innych historycznych szkół metodologicznych, celem historii neostalinowskiej nie jest poszukiwanie prawdy obiektywnej, czy też lepszego wyklarowania obrazu historii Polski. Wprost przeciwnie. Neostalinizm ma na celu całkowite przepisanie historii Polski aby zmienić polską kulturę i świadomość. Historia staje do służby polityce. Wśród cech charakterystycznych neostalinizmu, wyróżniam następujące: chęć do znalezienia wymówki czy usprawiedliwienia dla zbrodni stalinowskich, brak krytycznego podejścia do źródeł z okresu stalinowskiego oraz ekstremalny sprzeciw w stosunku do polskiego patriotyzmu i katolickiego fundamentu kultury polskiej. Neostaliniści często starają się obwinić Polaków do takiego czy innego stopnia za holocaust i związane z nim zbrodnie i masakry. Jasne, że Jan Tomasz Gross stanowi tego najlepszy przykład, o czym zresztą piszę w książce Złote serca czy złote żniwa? Tam omawiam sprawę neostalinizmu szczegółowo.

M.J.C.: W Polsce wśród post-PRLowskiej inteligencji dominuje pogardliwe „wisimito”. Dlaczego niby Polacy powinni na to zwracać uwagę?

J.R.: No właśnie. Dlaczego to jest ważne? Dzisiejsi marksiści i radykałowie uczyli się od Gramsciego jak zdobyć kontrolę nad dyskursem kulturowym za pomocą uniwersytetów, mediów i sztuki. Nie udało im się na polu ekonomii i polityki, ale mimo tego zwolennicy Gramsciego chcą osiągnąć „prawdziwy socjalizm” za pomocą transformacji kultury. Do pewnego stopnia to już zaszło w USA i w większości Europy zachodniej. Ale Ameryka, która jest dużym i pluralistycznym krajem, nie poddaje się temu tak łatwo. Głęboki fundament religijny Ameryki oraz jej różnorodność zapobiegły takiemu masowemu zwrotowi do socjalizmu o jakim śnili Gramscianiści. Sprawy mają się inaczej w krajach Europy zachodniej i widzimy rezultaty tego w wielu dziedzinach polityki, gospodarki i społeczeństwa. Mimo wszystko jednak poziom zniszczenia tradycji w kulturze amerykańskiej i w amerykańskich uniwersytetach jest zastraszająco wysoki do tego stopnia, że osoby uznające istnienie transcendentnej czy uniwersalnej prawdy uznawani są za ekstremistów. Chrześcijańska (albo – jak my tutaj mówimy: judeo-chrześcijańska) spuścizna znajduje się pod stałym atakiem, jest rutynowo opluwana. Patriotyzm i poświęcanie się dla dobra wspólnego uznawane są jako niebezpieczny obskurantyzm. Na czele tych ataków stoją tzw. „elity kulturalne” Ameryki: w mediach, polityce, uniwersytetach, sztuce i rozrywce. Nota bene, to właśnie dlatego większość antyamerykańskich filmów rodzi się w Hollywood. Rezultatem tego wszystkiego jest cała plejada ideologicznych konfliktów, które tak głęboko podzieliły Amerykanów i spowodowały, że jest nam tak trudno zjednoczyć się wokół wspólnych pryncypiów.

M.J.C.: A jak to się ma do Polski?

J.R.: Neostalinizm reprezentuje podobny rodzaj ataku na kulturę polską. Co jednoczy Polaków? Prawdziwe doświadczenie historyczne poświęcenia i klęski (od rozbiorów przez II wojnę światową do komunizmu). Co jeszcze? Historia i kultura uformowane wokół katolicyzmu. A więc gdy dostrzegamy autora, który ma chęć spaczyć przeszłość aby – jak sam przyznaje – przepisać historię współczesnej Polski i czyni to aby zaatakować podstawy patriotyzmu polskiego, aby zbagatelizować historyczne męczeństwo Polaków w 20 wieku, oraz aby zohydzić rolę katolicyzmu w polskiej historii, to Polacy powinni być bardzo tym przejęci.

M.J.C.: Dlaczego?

J.R.: Wysiłki zdążające do przepisania przeszłości aby dopasować ją do celów politycznych są fundamentalnie totalitarne. Można by na to zwracać mniej uwagi jeśli takie pisanie byłoby szeroko ignorowane w Polsce, ale w rzeczywistości widzimy wielu przedstawicieli elit kulturalnych, którzy zgadzają się z takimi pomysłami bowiem uznają siebie za o całe niebo bardziej wyrafinowanymi intelektualnie niż przeciętny Polak. Każda osoba musi sobie zadać pytanie: jeśli ktoś nas atakuje niesprawiedliwie i fałszywie, to czy milczymy albo zgadzamy się na obrażanie nas tak abyśmy stali się popularni, czy też powstajemy i bronimy prawdy bez względu na to jak często okrzykuje się nas reakcjonistami czy antysemitami? Pisząc o neostalinizmie mam nadzieję, że rozjaśnię nieco zrozumienie celów tych ludzi, którzy – choć być może mają dobre intencje – to jednak niebezpiecznie się mylą. Opisując neostalinizm mam nadzieję pokazać Polakom i przyjaciołom Polski sposób na myślenie i dyskutowanie o tym zjawisku w sposób inteligentny.

M.J.C.: Dziękuję za rozmowę.

Comments are closed.