Posiadasz telefon komórkowy? Jesteś inwigilowany! Co z Wielkim Bratem ma wspólnego niedoszły samobójca – płk Przybył?

Wszystko wskazuje na to, że operatorzy komórkowi magazynują smsy wbrew prawu. Oficjalnie powinni „jedynie” gromadzić przez dwa lata informacje o tym, kto z kim i jak długo rozmawiał, a także gdzie się znajdował, rozmawiając.

Na początku stycznia br. ujawniono, że prokuratura wojskowa w Poznaniu zażądała bilingów dziennikarzy TVN i treści ich SMS-ów (wiadomości tekstowych wysyłanych przez telefony komórkowe) od operatorów. Problem polega na tym, że zgodnie z obowiązującym prawem operatorzy mogą gromadzić SMS-y tylko po otrzymaniu zgody sądu. Płk Mikołaj Przybył, który podpisał wnioski o wydanie tych danych, nieudolnie próbował popełnić samobójstwo (spudłował, celując sam do siebie…). Jego czyn odwrócił uwagę od właściwego problemu. Dlaczego żądał dokumentów, których zgodnie z prawem operatorzy nie mogli posiadać? Dlaczego operatorzy publicznie nie ogłosili, że nie mogą zadośćuczynić prośbie prokuratury, bo nie posiadają danych, o które prosi? Żaden z operatorów (Orange, Polkomtel, T-Mobile, Play) nie chce komentować tej sprawy. Wszystko wskazuje na to, że treść wiadomości SMS jest wbrew prawu magazynowana!

Spokojnie, to tylko inwigilacja

Wyobraźmy sobie, jaki skandal wybuchłby, gdyby któraś z tradycyjnych firm pocztowych kopiowała przewożoną korespondencję. A okazuje się, że tak właśnie robią telekomy z wiadomościami SMS. Nie usprawiedliwia tego żadna technologia, bo zwyczajnie informacje te powinny być kasowane po przesłaniu do adresata. Prokuratorzy wojskowi, bez zgody sądu, wystąpili do operatorów o udostępnienie treści SMS-ów. To oznacza, że wiedzą, iż operatorzy do tych treści mają dostęp. Podkreślę jeszcze raz: we wniosku prokuratora Przybyła była mowa o treści korespondencji dwóch dziennikarzy, na których inwigilację nie zgodził się sąd. Artykuł 159 ustawy „Prawo telekomunikacyjne” mówi wyraźnie, że zakazane jest zapoznawanie się, utrwalanie, przechowywanie jakichkolwiek informacji przez operatora. Sprawa ujrzała światło dzienne, ale wszyscy zajmują się nielegalnym dostępem do korespondencji dziennikarzy, a nikt nie pyta, kto i jakim prawem ją gromadzi. Nie ma możliwości, aby na gruncie ślicznego zbioru frazesów i obietnic bez pokrycia, jakim jest Konstytucja III RP z 1997 roku, można było legalnie gromadzić treści SMS-ów bez zgody sądu.

Procedury, przynajmniej te oficjalne, są takie: najpierw prokuratura występuje o zgodę na stosowanie techniki operacyjnej, a po wyrażeniu zgody zaczyna się rejestracja. Z informacji, które otrzymaliśmy, wynika, że sąd umożliwia dostęp do już zgromadzonych materiałów. Cóż, sytuacja jak z „Raportu mniejszości” Philipa Dicka coraz bliżej. Tam dzięki połączeniu zaawansowanej technologii i nadprzyrodzonych zdolności karano „zbrodniarzy”, zanim popełnili przestępstwo.

Polskie prawo już teraz jest bardzo restrykcyjne i wrogie prywatności obywateli. Każdy operator musi gromadzić przez dwa lata informacje o tym, kto z kim i jak długo rozmawiał, a także gdzie się znajdował, rozmawiając. – SMS miał być częścią sposobu zarządzania siecią telekomunikacyjną. To, co my wysyłamy, trafia na serwer operatora. Wtedy komputer sprawdza, czy telefon użytkownika jest włączony, a jeśli jest, to wysyła informację. Ten proces sprawdzania i wysyłania jest ciągły. Ponieważ nie wiadomo, czy SMS dotarł, to nie jest automatycznie kasowany – tłumaczy Andrzej Piotrowski, ekspert Centrum Adama Smitha. Skoro operatorzy nie kasują SMS-a natychmiastowo i nie ma żadnych przepisów regulujących, kiedy mają to zrobić, to treść wiadomości jest do odtworzenia. W zasadzie kiedy wiadomość dociera do przysłowiowego Kowalskiego, powinna być kasowana. Tak się jednak nie dzieje. – Stworzenie systemu informatycznego, który przy obowiązkowym magazynowaniu informacji nakładanej przez państwo będzie „wyłączał” informację o treści SMS-a, jest zbyt kosztowne – tłumaczy jeden z pracowników telekomu. Żaden z głównych operatorów (Orange, Plus, T-Mobile, Play) nie chciał odpowiedzieć, dlaczego prokuratura mogła żądać od nich treści wiadomości, których nie mieli prawa przechowywać. – Jeżeli operatorzy przechowują treści SMS-ów osób, wobec których nie wyrażono zgody sądu, to łamią prawo – poinformowano mnie w Fundacji Helsińskiej.

Samowolka

Nie ma kontroli nad tym, co funkcjonariusz robi w pokoju, gdzie samodzielnie sprawdza i pobiera dane. Zgodnie z obowiązującym prawem, operatorzy muszą udostępnić funkcjonariuszom państwa pomieszczenie, gdzie bez żadnej kontroli będą nadzorowali połączenia telefoniczne, w tym także treść SMS-ów. Ustawodawca w żaden sposób nie zadbał o kontrolowanie osób, które wykonują swoją pracę w telekomach. Mają one dostęp do bieżących rozmów, bilingów, treści SMS-ów bez zgody sądu. Mogą z tą wiedzą robić, co chcą. Nie ma obecnie żadnej kontroli nad urzędnikiem, który nagrywa rozmowy czy kopiuje SMS-y, korzystając z faktu delegowania go do „obsługi telekomu”.

„Wpadka” prokuratora Przybyła polegała na tym, że zażądał treści SMS-ów bez zgody sądu. Zapewne ten błąd wynikał z faktu, że wcześniej otrzymywał taki dostęp (inaczej po co prosić o coś, co nie istnieje?). Jak skomentował mój znajomy z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pismo w sprawie wydania treści SMS-ów to „dowód na istnienie UFO”. Prokuratura zażądała dokumentów, które formalnie nie miały prawa istnieć. Dlaczego dziś nie chce odpowiedzieć na pytanie, jak mogła żądać czegoś, co zgodnie z prawem nie może istnieć?!

Comments are closed.