Korwin-Mikke: Kserokopie donosów Wałęsy leżały w sejfie lokalu UPR. Dziś oceniam, że zgłoszenie lustracji było błędem!

Dziś oceniam, że o wiele łatwiej byłoby prowadzić Polskę w kierunku Wolności do spółki z tymi oficerami i agentami służb specjalnych, którzy doskonale wiedzieli, jaka gospodarka daje dobre wyniki, i orientowali się na Pinocheta – niż z ludźmi, którzy postanowili liczyć na zdrowy rozsadek L**u.

Obecne elity, by odwrócić uwagę od problemów gospodarczych, odgrzebały temat lustracji. Dziś to już mało kogo rusza – nawet informacja, że w sejfie leżą donosy pisane w swoim czasie przez p. Lecha Wałęsę (więcej na ten temat w wywiadzie S. Cenckiewicza dla nczas.com – tutaj). Też mi rewelacja! Ich kserokopie miałem w ręku, leżały sobie w sejfie w lokalu UPR. Co się z nimi teraz stało, nie wiem – ale jakie to ma znaczenie? Chyba dla tych, na których p. Wałęsa donosił. Bo przecież nie ma żadnych wątpliwości, że donosił. Więc po co o tym dyskutować?

Dawniej lustracją pasjonowała się cała Polska. W UPR były wtedy dwa skrzydła: jedno, zawzięcie antylustracyjne, reprezentował ówczesny Wiceprezes, p. Mariusz Dzierżawski (obecnie działacz ruchu antyaborcyjnego) – a drugie, zdecydowanie prolustracyjne, ówczesny Wiceprezes, śp. Lech Pruchno-Wróblewski. Gdy sprawy stanęły na ostrzu noża, obydwaj Panowie na posiedzeniach Rady Głównej nie odzywali się do siebie i bodaj nawet nie podawali sobie rąk.

P. Lech, gdy udało mi się ten projekt zgłosić, był w swoim żywiole – i zajmował się lustracją praktycznie w komisji. Dzięki niemu np. wiemy, że „Stokrotka” nie była tajnym współpracownikiem: awansowała i została oficerką SB i najprawdopodobniej nadal pracuje dla ABW na eksponowanym stanowisku na froncie ideologicznym. Większość wiedzy p. Lech zabrał jednak ze sobą do grobu. Mnie tylko raz udało się wejść na posiedzenie podkomisji ds. lustracji; chciano mnie wyrzucić, ale Straż Marszałkowska odmówiła (!) usunięcia mnie. Chodziło o słynną sprawę, gdy Antoni Macierewicz przyznał, że ujawnił tylko tych agentów UB i SB, którzy już nie pracowali dla UOP… czyli po prostu nie ujawnił 4/5 agentów – i to tych najcenniejszych, najlepiej uplasowanych.

Bo służby specjalne rezygnują tylko z agentów bezużytecznych! Kiedyś współpracowałem z jednym z nich – z „listy Macierewicza”. Z tych, którzy już nie pracowali dla UOP. Bardzo uczciwy i porządny człowiek – zapewniam. Miałem okazję się o tym przekonać.

Dziś oceniam, że zgłoszenie lustracji było błędem. Ja naiwnie myślałem, że listę agentów wśród senatorów, posłów, ministrów, wojewodów, sędziów i prokuratorów się ogłosi – i po sprawie. Ktoś komuś da po mordzie – a może i nie – i po ptokach. Zniknie groźba szantażowania ludzi ujawnieniem ich przeszłości, a – przypominam – do roku 1984 w gmachu MSW rezydował łącznik KGB, który najprawdopodobniej mógł skopiować sobie wszystkie materiały…

Tymczasem wszystko potoczyło się inaczej. Po pierwsze: podczas mojej nieobecności (byłem na osobistej audiencji u ks. Prymasa) Sejm popsuł uchwałę, rozszerzając ją zarówno w górę (na prezydenta), jak i w dół (do wójtów gmin). Wywołało to wściekły opór – i było przyczyną klęski. Osobiście podejrzewam, że p. Lech nie oponował w moim imieniu przeciwko tej popsujce, bo był zelotą lustracji. To i właśnie ta „poprawka” spowodowała jednak, że lustracja w praktyce padła. Po drugie: Trybunał Konstytucyjny, który w ogóle nie miał prawa do badania zgodności uchwał z konstytucją (dlatego właśnie wybraliśmy formułę uchwały, a nie ustawy!), ogłosił, wbrew oczywistości, że uchwała jest z konstytucją sprzeczna. To zresztą mój błąd – zapomniałem, że sędziowie TK nie są „sędziami” w sensie ustawowym, więc nie objęła ich lustracja. A od nich należało ją rozpocząć… Po trzecie: Macierewicz nie ujawnił wszystkich agentów UB i SB, tylko 1/5. Ponadto nie ujawnił z oczywistych względów agentów WSI i tych będących na „liście zastrzeżonej”. Oraz tych, których dane były in pectore p. gen. Czesława Kiszczaka. Po czwarte: agenci dowiedzieli się, jacy są liczni i silni. Do tej pory każdy poseł-agent sądził, że jest być może jedynym agentem – i ze strachu głosował za uchwałą, by się nie zdradzić. Teraz powstała potężna partia antylustracyjna. Po piąte zaś: zrobiono z tego sprawę polityczną. Zaczęto używać (tych nieujawnionych oczywiście) „teczek” w rozgrywkach.

Przy czym w mediach jako lustratorzy brylowali ludzie z PC (obecnie PiS), którzy tak naprawdę nie byli zwolennikami lustracji, a nawet antykomunistami – oni byli przeciwko byłym PZPR-owcom i gotowi byli wybudować w Polsce komunizm, byleby się ich pozbyć. Przy czym jeśli taki zwolennik socjalizmu przechodził do PC/PiS, to automatycznie przestawał być „agentem” czy „komunistą”.

PiS-meni są wrogami agentów nie dlatego, że donoszenie na kolegów to rzecz niemoralna – tylko dlatego, że oni donosili władzom PRL! Co ciekawe, wygłaszają przy tym slogany, że są przeciwnikami relatywizmu moralnego! Dziś oceniam, że o wiele łatwiej byłoby prowadzić Polskę w kierunku Wolności do spółki z tymi oficerami i agentami służb specjalnych, którzy doskonale wiedzieli, jaka gospodarka daje dobre wyniki, i orientowali się na Pinocheta – niż z ludźmi, którzy postanowili liczyć na zdrowy rozsadek L**u. Po latach doświadczeń stwierdzam, że przekonanie większości do Wolnego Rynku i Wolności w ogóle jest praktycznie niemożliwe. Natomiast przekonanie np. Józefa Stalina czy Adolfa Hitlera – tak. Choć zapewne nie byłoby to łatwe.

Nie miałem okazji z tymi panami rozmawiać… W tej chwili scena polityczna jest nadal całkowicie opanowana przez służby specjalne – i oczywiście to samo byłoby gdybyśmy uchwały lustracyjnej nie podjęli. Tylko wtedy ci, którzy byli za wolnym rynkiem, mieliby znacznie łatwiej…

(źródło: nczas.com oraz NCZ! 10/2012; przedruk tylko za zgodą redakcji)

Comments are closed.