REKLAMA

Wprowadzenie parytetów płci w Kenii, przyznanie pokojowych Nagród Nobla dwóm Liberyjkom, zdominowanie przez kobiety parlamentu w Ruandzie – to tylko kilka z wielu wydarzeń, które w ostatnich latach rozbudziły nadzieje zachodnich feministek na „lepszą” Afrykę. Lepszej Afryki długo jeszcze jednak nie będzie – ani dla feministek, ani dla Afrykanek.

Jeszcze kilka lat temu wprowadzenie parytetów płci w Kenii – kraju, w którym kobiety nie miały nawet prawa zarządzać własnym mieniem – wydawało się niemożliwością. Tymczasem w sierpniu 2010 roku kenijski rząd, głównie pod naciskiem organizacji międzynarodowych (w tym Human Rights Watch), uchwalił nową konstytucję, przyznającą kobietom podstawowe prawa społeczne i polityczne. Weszła ona w życie dwa lata temu, lecz dopiero rok 2012 ma – według obserwatorów – całkowicie odmienić życie kenijskich kobiet. Dlaczego? W sierpniu odbędą się wybory parlamentarne, a art. 81 kenijskiej konstytucji, o którym dotąd nie było zbyt głośno, przewiduje, że najwyżej 2/3 członków wybieralnych organów publicznych może być tej samej płci. Oznacza to, że już za kilka miesięcy w Zgromadzeniu Narodowym oraz Senacie Kenii kobiety stanowić będą przynajmniej 33 proc. członków. Dla porównania: polski Sejm składa się z kobiet w 23 proc., a izba wyższa naszego parlamentu – w 12 procentach.

REKLAMA

Ruanda bardziej postępowa niż Francja

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Wbrew pozorom Kenia wcale nie jest afrykańskim prekursorem, jeśli chodzi o stopień feminizacji instytucji politycznych. Statystyki innych państw tego kontynentu mogą wprawić w osłupienie niejednego Europejczyka. I tak w parlamencie Republiki Południowej Afryki od 2009 roku aż 45 proc. (!) członków to kobiety – głównie w wyniku wprowadzenia parytetów płci na listach wyborczych jedynej liczącej się w tym kraju partii – Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Podobne rozwiązanie zastosowano w nieodległym Mozambiku, gdzie posłanki stanowią niewiele mniej, bo 39,2 proc. składu parlamentu. W Ugandzie parytety płci zostały zapisane w konstytucji. Wskutek tych zmian tamtejsze Zgromadzenie Narodowe w prawie 35 proc. składa się z kobiet. Odsetek pań w parlamentach jest zaskakująco wysoki także w kilku innych republikach czarnej Afryki: na Seszelach (43,8 proc.), w Angoli (38,6 proc.), Tanzanii (36 proc.), Burundi (32,1 proc.), Sudanie oraz Sudanie Południowym (odpowiednio 25 i 26,5 proc.) i Namibii (prawie 24,4 proc.). To więcej niż w wielu wysoko uprzemysłowionych krajach Europy, w których ruch feministyczny jest bardzo aktywny od dziesiątków lat (w USA odsetek ten wynosi 16,8 proc., we Francji – 18,9 proc.).

Największym ewenementem jest jednak Ruanda – państwo kojarzone na świecie przede wszystkim z krwawą wojną domową między plemionami Tutsi i Hutu. Niewiele osób wie, że jest to pierwszy i jak na razie jedyny kraj, w którym kobiety stanowią większość parlamentu – dokładnie 56,3 procent. Ta zdumiewająca statystyka to wynik zarówno odpowiednich zapisów w konstytucji (przepisy rezerwują dla kobiet 30 proc. miejsc w naczelnym organie ustawodawczym), jak i specyficznej struktury demograficznej (setki tysięcy mężczyzn zginęły w wojnie domowej). Ale „kobieca rewolucja” w afrykańskiej polityce objęła nie tylko parlamenty: ubiegłoroczna noblistka Ellen Johnson Sirleaf jest prezydentem Liberii, Joice Mujuru pełni funkcję wiceprezydent Zimbabwe, a Jeanne Dambendzet – pierwszej wiceprezydent Konga. Trzecią osobą w Ghanie jest Joyce Adeline Bamford-Addo – przewodnicząca tamtejszego parlamentu (odpowiednik naszego marszałka Sejmu). Pracami parlamentu w Ugandzie także kieruje kobieta – Rebecca Kadaga. Ponadto w kilku afrykańskich krajach panie pełnią funkcję szefa dyplomacji (m.in. w Malawi, Ruandzie i RPA).

Kobiety aresztują kobiety

Niestety, w ślad za feminizacją instytucji politycznych w Afryce nie idzie poprawa sytuacji kobiet. We wspomnianej już Kenii, która w tym roku będzie po raz pierwszy przeprowadzać wybory z 33-procentowymi parytetami, kobiety od prawie dwóch lat cieszą się pełnią konstytucyjnych praw – ale zmiany w ustawie zasadniczej zostały zainicjowane przez „męski” parlament (obecnie, przed sierpniowymi wyborami, które odbędą się już na nowych zasadach, składa się on w 91 proc. z mężczyzn). Trudno zaś przewidzieć, jak izba ustawodawcza będzie funkcjonowała w nowym składzie, bo może on być znacznie bardziej nieprzewidywalny niż dotychczasowy – m.in. dlatego, że Kenijki są znacznie gorzej wykształcone niż Kenijczycy. I nie chodzi tu o brak wyrobienia politycznego, lecz o tak fundamentalne sprawy jak umiejętność czytania i pisania. Przestrogą dla Kenii może być to, co stało się w Ugandzie, która pod naciskiem organizacji międzynarodowych także wpisała do konstytucji parytety płci. Objęcie poselskich mandatów przez kobiety – z których część znalazła się na listach kandydatów w wyniku zwykłej przedwyborczej „łapanki” – poskutkowało zwiększeniem liczby obywateli Ugandy postrzegających kobiety jako… nienadające się do polityki. Fakty te potwierdził nawet femini-styczny magazyn „Broad Recognition”, związany ze środowiskiem naukowym Uniwersytetu Yale.

Dodajmy, że 43 proc. kobiet w Ugandzie to analfabetki (mężczyzn-analfabetów jest 24 proc.). Także w przypadku Ruandy (gdzie – przypomnijmy – 56 proc. parlamentarzystów to panie), początkowo opiewanej w liberalno-lewicowych mediach niemalże jako przykład państwa, które rozkwitło pod rządami kobiet, trudno mówić o sukcesie ruchu kobiecego. Zdominowany przez panie parlament stanowi tam wyłącznie propagandową dekorację autokratycznych rządów prezydenta Paula Kagame. Przekonała się o tym zasłużona, znana na całym świecie ruandyjska działaczka demokratyczna – Victoire Ingabire Umuhoza. Gdy w 2010 roku wróciła do ojczyzny po 16 latach z wygnania w Holandii, by wziąć udział w wyborach, władze „feministycznego raju” aresztowały ją, a następnie oskarżyły o… terroryzm. Umuhoza przebywa w areszcie do dziś.

Pod naciskiem międzynarodówki

Nie trzeba dodawać, że w żadnym z wymienionych krajów – poza Ruandą, która od kilkunastu lat odbija się od dna po wojnie domowej – nie poprawiła się w ostatnim czasie znacząco sytuacja gospodarcza. Państwa afrykańskie, także te „sfeminizowane”, należą przeważnie do najbiedniejszych na świecie – w przeciwieństwie do wielu krajów zachodnich, które poprzez różne organizacje (również międzynarodowe, np. ONZ) walczą z dyskryminacją płciową w Afryce. Nie widać też żadnych różnic w rozwoju między krajami wprowadzającymi parytety a np. Gambią, Botswaną czy Beninem, w których liczbowy udział kobiet w polityce jest znacznie mniejszy (w Ghanie, uznawanej za „afrykańskiego tygrysa”, odsetek parlamentarzystek wynosi ledwie 8,3 proc.). Co ciekawe, wiele państw europejskich, finansujących lub wspierających politycznie wprowadzanie parytetów płci na Czarnym Lądzie, dalekie jest od standardów wyznaczanych w tej kwestii krajom afrykańskim. Wystarczy powiedzieć, że w parlamentach takich państw jak Francja, Wielka Brytania czy USA odsetek kobiet jest niższy niż w izbach ustawodawczych Tanzanii, Burundi czy Sudanu – nie mówiąc o RPA czy Ruandzie. Nie dziwi więc, że coraz więcej komentatorów (także z kręgów feministycznych) ośmiela się zauważać, że etapy budowania w Afryce „nowoczesnego” społeczeństwa przebiegają w niewłaściwej kolejności. Zamiast zacząć od rozwoju oświaty oraz najbardziej palących ludność afrykańską spraw bytowych – międzynarodowe organizacje kładą nacisk na parytety i feministyczną indoktrynację. Ta ostatnia przybiera zresztą karykaturalne formy.

W Kenii jedną z najprężniejszych „organizacji kobiecych” jest np. Minority Woman in Action (MWA), która pomaga Afrykankom, przygotowując pokazy filmów o lesbijkach czy warsztaty na temat seksualności, a także zamieszczając na swojej stronie internetowej sondę z zagadką, czy osoba interseksualna ma genitalia żeńskie i męskie, czy żadne. MWA jest wspierana przez m.in. nowojorski Uniwersytet Columbia. Podobnych organizacji działają w Afryce dziesiątki. W RPA już 12 lat temu powstał w ramach uniwersytetu w Kapsztadzie (za pieniądze amerykańskie holenderskie i kanadyjskie) African Gender Institute. Umożliwia on młodym Afrykankom studiowanie zupełnie niepotrzebnej im nauki gender – lewicowo-feministycznej ideologii opierającej się na rozróżnieniu płci biologicznej i rzekomej płci kulturowej.

Ale choć „kobieca rewolucja” na Czarnym Lądzie ma chwilami tak radykalny charakter, że najmniej korzystają na niej mieszkanki Afryki, to feministki wcale nie mogą ogłaszać wygranej. Najbardziej rozpoznawalne twarze tej rewolucji, jak i większość afrykańskich kobiet-polityków nie mają z radykalną ideologią nic wspólnego. Wręcz przeciwnie: dwie zeszłoroczne afrykańskie noblistki pokojowe – obie z Liberii – to zadeklarowane chrześcijanki. Liberyjska przywódczyni, nota bene pierwsza kobieta-prezydent w Afryce – Ellen Sirleaf Johnson – rozpoczęła reformy w kraju nie od wprowadzenia parytetów czy zalegalizowania aborcji (przepisy antyaborcyjne w Liberii są podobne do polskich), tylko od krytykowanych przez lewicę liberalnych reform ekonomicznych. Pamiętała przy tym o kobietach: powołała m.in. specjalne wydziały policyjne do walki z plagą gwałtów. Druga noblistka, Leymah Gbowee – organizatorka kobiecego ruchu pokojowego – wielokrotnie deklarowała, że wszystko, co osiągnęła, zawdzięcza Chrystusowi.

Taka postawa nie dziwi. Większość czarnych mieszkańców Afryki to chrześcijanie, niechętnie odnoszący się do nowinek ideologiczno-obyczajowych. Ruch feministyczny i lewicowi działacze praw człowieka nie mogą przeboleć, że wbrew światowym trendom tylko kilka państw afrykańskich dopuszcza aborcję na życzenie i że coraz więcej krajów tego kontynentu wprowadza surowe (a czasem wręcz barbarzyńskie i potępiane przez Kościół katolicki) przepisy antyhomoseksualne. Co charakterystyczne, państwem najostrzej sprzeciwiającym się praktykom homoseksualnym (grozi tam za to do 14 lat więzienia), a jednocześnie zabraniającym aborcji, jest Uganda, czyli republika, której parlament w wyniku wprowadzenia parytetów aż w 35 proc. stanowią kobiety. I właśnie kobieta – przewodnicząca ugandyjskiego parlamentu Rebecca Kadaga – jest jedną z głównych zwolenniczek wyjątkowo represyjnego projektu, przewidującego zaostrzenie kar za stosunki homoseksualne. Jeśli ustawa wejdzie w życie, lesbijki i geje za uprawianie seksu będą mogli zostać skazani na dożywocie, a ci z nich, którzy są ponadto nosicielami wirusa HIV, nawet na karę śmierci.

(źródło: nczas.com, NCZ! 08/2012)

REKLAMA