Wozinski: Kiedy dolar stanie się śmieciem?

popularne dwudziestodolarówki (fot. wikipedia)

Jeżeli istnieje na tym świecie coś pewnego, to na pewno zależność, że jeśli któryś kraj próbuje uciec od dolara, spadają na niego amerykańskie bomby. Od czasów zakończenia II wojny światowej ulubioną rozrywką amerykańskiego Lewiatana stały się wojny. Wpierw uzasadnieniem dla ich prowadzenia była walka z komunizmem, ale komunizm nagle zniknął, a wojny nie ustały. Przez pewien czas po upadku ZSRS zbrojne interwencje Stanów Zjednoczonych znalazły się w ideologicznej pustce. Nowym celem wojen stała się więc globalna bitwa o zwycięstwo demokracji, a po 11 września także zwalczanie terroryzmu. Niejedna osoba zdziwi się na pewno, dlaczego Amerykanie tak bardzo lubią wojny. Każdy konflikt to przecież ofiary śmiertelne, kalectwa i ogromne zniszczenia, trudno więc sobie wyobrazić, żeby ktoś się w nich lubował, a w szczególności potomkowie kolonistów, którzy uciekli na nowy kontynent przed pogrążoną w wojnach Europą. Sytuację zaciemnia nadto fakt, iż politycy zza oceanu przekonują nieustannie, że bardzo miłują pokój oraz wolność. George W. Bush używał nawet określenia „oś zła”, które odnosił do krajów stanowiących rzekomo największe zagrożenie dla wolności i dobrobytu. Pomimo to ciężko dziś znaleźć bardziej agresywne i bezwzględne w swych działaniach państwo niż USA.

Armia i socjal

W XIX wieku USA słynęły z tego, że nie ingerowały w światową politykę. Udział w obydwu wojnach światowych w XX wieku odmienił jednak na trwałe oblicze Stanów, które przerodziły się w ruchomą machinę wojenną siejącą spustoszenie wszędzie tam, gdzie skieruje swoją armię. Wojny sporo jednak kosztują, a armia amerykańska posługuje się najnowocześniejszym sprzętem na świecie. Pojawia się więc kolejna wątpliwość: skąd Amerykanie mają tyle pieniędzy na armię, a jednocześnie są tacy bogaci? Popularne, lecz całkowicie mylne wyjaśnienie tej zagadki jest takie, że przemysł zbrojeniowy napędza gospodarkę – i wierzy w nie prawie cały świat.

W istocie rzeczy mają się zupełnie inaczej. Amerykanie inwestują w zbrojenia, gdyż tylko w ten sposób są w stanie przedłużyć istnienie swojego dolarowego imperium, a dolarowe imperium może istnieć tylko dzięki temu, że chroni je najsilniejsza armia na świecie. W to błędne koło USA wpadły przy powszechnej aprobacie zachodniego świata, który w Bretton Woods zgodził się udzielić Amerykanom zgody na drukowanie dolarów bez ograniczeń. Dolary rozchodziły się więc jak ciepłe bułeczki, a Wujek Sam budował sobie za nie armię oraz socjal. Świat wierzył, że wojny, które USA toczyły na całym świecie (Wietnam, Korea, Kambodża, Grenada, Panama itd.), były prowadzone przede wszystkim z pobudek antykomunistycznych. W rzeczywistości jednak zasadniczym motywem amerykańskiego establishmentu było utrzymanie światowej supremacji dolara w jak największej liczbie krajów na świecie.

Na początku lat siedemdziesiątych system z Bretton Woods nieoczekiwanie uległ rozkładowi, gdyż europejscy koalicjanci „imperium dobra” czuli się coraz bardziej wyzyskiwani. W USA zapanował popłoch, lecz już w 1973 roku Richard Nixon i jego administracja skonstruowali nowy system umożliwiający beztroski druk banknotów. Zawarte porozumienia z krajami OPEC przewidywały, że za ropę naftową będzie się płacić tylko i wyłącznie w dolarach. W zamian kraje OPEC miały otrzymać ochronę militarną przed Związkiem Sowieckim i jego sojusznikami.

Odejście od dolara

Nie minęło jednak kilkanaście lat, a ZSRS się rozpadł. Korzyść dla krajów OPEC w postaci ochrony militarnej zniknęła i w ten sposób system dolara zaczął się chwiać. Na dodatek w Europie doszło do porozumienia mającego na celu wprowadzenie wspólnej waluty euro, której siła miała stanowić prawdziwą alternatywę dla petrodolarów. Od tego czasu mamy do czynienia z coraz bardziej bezpardonowymi i pozbawionymi głębszego uzasadnienia interwencjami zbrojnymi USA przeciwko wszystkim krajom, które próbują zerwać dolarowe łańcuchy.

W listopadzie 2000 roku iracki dyktator Saddam Husajn obwieścił światu, że za ropę naftową nie chce już przyjmować dolarów, lecz euro. Choć jeszcze w latach osiemdziesiątych Saddam był sojusznikiem USA w wojnie z Iranem, nagle stał się przebrzydłym dyktatorem. CIA spreparowała rzekome dowody na posiadanie przez Irak broni chemicznej i już w marcu 2003 roku pod Bagdadem stały amerykańskie czołgi.

W 2001 roku wenezuelski ambasador w Moskwie zasugerował, że jego kraj także zamierza przyjmować zapłatę za ropę w euro, a później oficjalnie potwierdził to prezydent Hugo Chávez. Po roku od tego wydarzenia z inicjatywy CIA doszło do nieudanego zamachu stanu w Wenezueli. Chávez zachował jednak władzę i od tego czasu nieustannie nawołuje do odejścia od dolara inne kraje, które na razie nie są na tyle odważne.

W 2011 roku libijski dyktator Muammar Kaddafi, który uchodził na ogół za sojusznika Zachodu, postanowił, że nie chce dłużej przyjmować zapłaty za swą ropę w dolarach, tylko w swojej własnej walucie. Jego władzę zmiotły amerykańskie bombowce, a rewolucjoniści już na samym starcie swojej batalii powołali do życia nowy bank centralny.

Nie zawsze jednak inwazja może być tak błyskawiczna. Husajn i Kaddafi mieli do swej dyspozycji raczej kiepskie armie i pokonanie ich było tylko kwestią czasu. W przypadku Iranu rzecz ma się jednak zupełnie inaczej, gdyż sprawę komplikuje nieco posiadana przezeń broń atomowa. W 2006 roku Teheran powołał do życia instytucję, która spędza sen z oka amerykańskiemu establishmentowi. Mowa o Irańskiej Giełdzie Naftowej, która jest obecnie czwartą pod względem wielkości na świecie. Co najważniejsze jednak, od marca 2012 roku zaprzestano na niej handlu ropą za dolary, a w zamian zaczęto posługiwać się jenami, juanami, euro albo rupiami. Iran zdecydował się w ten sposób na krok, o którym mówił od dawna. USA próbowały wywrzeć na Teheran presję na wiele sposobów. Zdołano nawet wytworzyć wrażenie, że w całym konflikcie rozchodzi o program nuklearny. Różnego rodzaju mediacje i misje nie dawały żadnego rezultatu i dlatego w styczniu bieżącego roku zdecydowano się na nałożenie na irańską ropę embarga. Iran okazał się jednak nieugięty i kilka dni temu zdecydował się na to, co dotychczas zawsze kończyło się zbrojną interwencją armii USA.

„Jaskółka wolności”

9 marca sekretarz obrony USA Leon Panetta stwierdził, że wyprodukowano „superbroń”, która będzie zdolna zniszczyć wszystkie podziemne obiekty Iranu. Z kolei premier Izraela Beniamin Netanjahu zawyrokował, że atak jego kraju i USA na Iran nastąpi w ciągu najbliższych miesięcy. Rzecz jasna, wszyscy chcą pokoju, ale broń atomowa w rękach Iranu (czytaj: odejście od dolara) to rzecz niedopuszczalna. Amerykanie mają zresztą w atakach na Iran doświadczenie. W 1953 roku pomogli Szachowi obalić prezydenta Mohammeda Mossadegha. W najbliższych dniach należy się spodziewać, że wiodące amerykańskie media rozpoczną kampanię przedstawiającą ciemiężony przez prezydenta Ahmadinedżada irański lud, który klepie biedę tylko dlatego, że zły dyktator forsuje program nuklearny mający zniszczyć pokojowy Izrael. CIA znajdzie dowody na to, że w Iranie przebywają liderzy Al-Qaidy oraz że głowice irańskich rakiet są już wycelowane w Ziemię Świętą. Później pewnego poranka dowiemy się z mediów, że armia USA rozpoczęła prewencyjną wojnę o demokrację pod kryptonimem „Jaskółka Wolności” albo „Kaganek Demokracji” oraz że do Iranu wybierają się polscy żołnierze.

Ile jeszcze wojen są w stanie wygrać Stany Zjednoczone, zanim dolar stanie się śmieciem?

(źródło: NCZ! 2012, nczas.com; przedruk za zgodą redakcji)