„Star Trek”. Amerykańska utopia przyszłości

Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę, jak wielki wpływ na kształtowanie się charakteru współczesnych Amerykanów miało zjawisko, jakim była kultowa seria sześciu fantastyczno-naukowych seriali telewizyjnych pod wspólnym logo „Star Trek”. Dzisiaj bycie fanem „Star Treka” to nie tylko przyjemność czerpana z oglądania filmów i seriali tej serii. Bycie „trekkerem” oznacza w Ameryce dążenie ku budowie utopijnego społeczeństwa egalitarnego.

„To nie tylko rozrywka – to koncepcja przyszłości!”

W 1966 roku scenariusz pierwszych odcinków „Gwiezdnej wędrówki” był prostym powieleniem podobnych niskobudżetowych seriali fantastycznonaukowych, które zalały amerykańskie stacje telewizyjne. W przeciwieństwie do kina katastroficznego, zapoczątkowanego przez adaptację filmową noweli „Wojna światów” autorstwa George’a Herberta Wellsa, przyszłość stworzona w „Star Treku” tchnęła przelukrowanym optymizmem. Ludzie tego najwyraźniej bardzo potrzebowali. Dla rosnącej jak na drożdżach społeczności milionów fanów tej serii świat stworzony przez Gene’a Roddenbery’ego w latach 60. stał się najdoskonalszą wizją przyszłości naszej planety, zjednoczonej ludzkości dążącej w kierunku absolutnej utopii.

W historii kinematografii amerykańskiej tylko dwa razy wydarzył się cud, który zamienił szmirę w zjawisko więcej niż kultowe, a swoim twórcom zapewnił sławę i bajońskie dochody. Pierwszy raz udało się to całkowicie przypadkowo Eugene’owi Wesleyowi„Gene” Roddenberry’emu, trzeciorzędnemu scenarzyście i producentowi telewizyjnemu z południowej Kalifornii, który zaproponował wytwórni filmowej Paramount Pictures niezwykle prosty, wręcz komiksowy scenariusz niskobudżetowego serialiku fantastycznonaukowego o załodze statku, która bez sensu snuje się po galaktyce w celu odkrywania nowych światów pod najbardziej dzisiaj znanym hasłem świata: To boldly go where no man has gone before („By śmiało dotrzeć tam, gdzie nie był jeszcze żaden człowiek”). Dekadę później drugim cudem medialnym w świecie amerykańskiego show-biznesu okazał się sukces równie gniotowatego pomysłu na film, który przedstawił szefostwu wytwórni filmowej Twentieth Century Fox mało znany reżyser George Walton Lucas junior. Oba pomysły i obie wizje świata przyszłości z niezwykle zaawansowaną technologią stały się obiektem kultu milionów wojujących ze sobą fanów. I chociaż „Gwiezdne wojny” to „zaledwie” sześć odsłon filmowych wyprodukowanych w ciągu 32 lat, to nadal ich „wpływ” na kulturę amerykańską jest olbrzymi.

Jednak „Star Trek” jest prawdziwie zjawiskowy – zarówno pod względem komercyjnym, jak i socjologicznym. Przedstawia Ziemię w XXIII i XXIV wieku jako planetę zjednoczonych narodów, na której nie ma chorób, klas społecznych, kast, konfliktów międzypaństwowych czy różnic rasowych. Co zadziwiające, taka utopia socjalna urzekła głównie miliony trzeźwo myślących przedstawicieli białej amerykańskiej klasy średniej i wyższej, najczęściej głosujących na konserwatystów i obrońców wolnego rynku.

Złotodajne źródło

W ciągu 46 lat powstała seria sześciu fantastycznonaukowych seriali telewizyjnych oraz 11 filmów pełnometrażowych, która przyniosła wytwórni Paramount Pictures wielomiliardowe zyski. Obecnie wszelkie prawa do „Star Treka” wykupiła stacja CBS Television Studios. Także setki książek, komiksów, czasopism, gier komputerowych, plakatów, figurek, modeli statków kosmicznych, mundurów, masek oraz zjazdów, na których fani spotykają aktorów, którzy wcielili się w bohaterów seriali „Star Trek”, napędzają niekończącą się rzekę dolarów spływających do Kalifornii. Ale „Star Trek” nie jest zjawiskowy jedynie z powodu swoich rozmiarów, dochodów czy popularności. W historii amerykańskiego show-biznesu pojawiały się seriale telewizyjne, które były jeszcze większą żyłą złota dla swoich twórców i skupiały jednorazowo nieporównywalnie większą widownię. Należały do nich chociażby seriale „MASH” czy „Dallas”. Emisja ostatniego odcinka „MASH” pt. „Goodbye, Farewell, and Amen” skupiła 28 lutego 1983 roku największą liczbę widzów w historii amerykańskiej telewizji – 50,5 miliona osób, czyli blisko 61% wszystkich gospodarstw domowych w USA. W porównaniu z taką jednorazową widownią poszczególne seriale w ramach serii „Star Trek” miały mierne wyniki. A jednak żaden amerykański socjolog nie zawaha się potwierdzić, że „Star Trek” stał się wzorem życia dla milionów Amerykanów z różnych środowisk. W sposób trudny do przecenienia przyczynił się on także do rozwoju cywilnych i wojskowych badań przestrzeni kosmicznej.

W 1969 roku, tuż po ogłoszeniu zakończenia produkcji oryginalnego serialu „Star Trek”, jego miłośnicy, już wtedy nazywani „trekkerami”, wpłynęli na przyjęcie przez Kongres niezwykle kosztownego programu budowy wahadłowców kosmicznych. Znamienne, że w 1976 roku właśnie pod naciskiem trekkerów NASA nazwała swojego pierwszego orbitera „Enterprise” – nazwą statku, którym podróżowali bohaterowie „Star Treka”. W 1979 roku, także pod naciskiem trekkerów, Paramount Pictures zdecydowała się na realizację pierwszego długometrażowego filmu „Star Trek”. Sukces medialny okazał się porażający. Powrót, tym razem juża dmirała Jamesa Tiberiusa Kirka i jego załogi na srebrny ekran, zapoczątkował lawinę nowych produkcji pod logo „Star Trek”. Twarz Williama Shatnera, odtwórcy roli kapitana Kirka, stała się najbardziej znanym obliczem na naszej planecie – obok Kaczora Donalda i papieża Jana Pawła II.

Seriale „Star Trek” zdobyły łącznie 31 nagród Emmy ze 140, do których były nominowane. Same filmy pełnometrażowe przyniosły dochód około 2,5 miliarda dolarów, z czego najnowsza produkcja z 2009 roku zarobiła na całym świecie 385 milionów dolarów. Łącznie cała produkcja „Star Trek” mieści się dzisiaj na 120 dyskach DVD. Także 40 gier nosi logo „Star Treka”, a liczba wydrukowanych książek o tej tematyce przekroczyła 70 milionów egzemplarzy – więcej niż wydania anglojęzyczne dzieł Williama Szekspira. Dochód firm, które wykupiły prawo do wykorzystywania logo „Star Treka” – takich jak Playmates Toys, Hallmark Cards i Hasbro – wyniósł łącznie 4,1 miliarda dolarów. Osobny zysk generują zjazdy i muzea poszczególnych seriali „Star Treka”. W hotelu Hilton w Las Vegas znajduje się największy park rozrywki, w którym goście przenoszą się do świata bohaterów tej serii.

Komuna w najczystszej postaci

Poruszające się z podświetlną szybkością pojazdy, urządzenia do teleportacji, zdolność do podróży w czasie czy replikatory przygotowujące nam w krótkim czasie wytrawne i dowolnie wybrane posiłki z „niczego” – nie są jedynym aspektem, który zachwyca trekkerów. W rzeczywistości to nie bardzo ciekawa wyobraźnia twórców, a raczej poważne eksperymenty umysłowe z dziedziny fizyki einsteinowskiej i kwantowej pchają miliony fanów przed ekrany, ażeby po raz setny z rzędu obejrzeć ten sam odcinek i zastanowić się, czy dzisiejsza nauka nie widzi sprzeczności w myśleniu scenarzystów „Star Treka”. Do najbardziej znanych miłośników tej serii należy między innymi profesor Stephen Hawking z Uniwersytetu Cambridge, który zagrał nawet samego siebie w jednym odcinku serialu „Star Trek. Następne pokolenie” – jako postać zrekonstruowaną w przyszłości na holodeku statku „Enterprise” wraz z Albertem Einsteinem i Sir Isaakiem Newtonem.

Ale pamiętajmy, że wpływający na wyobraźnię milionów ludzi „Star Trek” to także utopijna, naiwna i lewacka wizja polityczna przyszłości. Świat ludzi (Homo sapiens) i sprzymierzonych z nimi humanoidów z innych planet tworzą razem Zjednoczoną Federację Planet, która opiera swoją gospodarkę na systemie bezwalutowym. Owa „doskonała” Federacja zapewnia swoim obywatelom wszystko, co niezbędne do życia, w tym głównie pracę, darmową edukację, służbę zdrowia o najwyższych standardach technicznych, ochronę przez doskonale funkcjonującą policję czy niesłychanie liberalny i łagodny system wymiaru sprawiedliwości.

Do tego świata wkrada się jednak nieco komiczna rzeczywistość kapitalistyczna z zewnątrz. Takie rasy jak Ferengi (twórcy „Star Trek” użyli perskiego słowa ferengi, oznaczającego „cudzoziemca”) opierają całą swoją kulturę i cywilizację na kulcie pieniądza. Ktoś złośliwy użył wobec nich nawet określenia „takie kosmiczne żydki”. Do zysku, który stanowi najwyższą wartość i cel życia przeciętnego Ferengi, prowadzi zbiór zasad akwizycji spisany w „Księdze Zaboru Ferengi”. Niektóre zasady wymyślone przez autorów „Star Treka” są naprawdę godne uwagi. „Księgę Zaboru” otwiera pierwsza reguła, która naucza, że kiedy już wejdziesz w posiadanie cudzych pieniędzy, nie oddawaj ich. Mnie osobiście podoba się jednak zasada szósta biblii tej pazernej rasy, mówiąca: „Nie pozwól rodzinie stawać na drodze do zysku”. Inne zasady twórcy „Star Treka” podchwycili chyba od polskiej klasy przedsiębiorców i polityków, którzy rozkradli nasz socjalistyczny skansen po 1989 roku. Czyż znajomo dla handlowców z wielkich sieci supermarketów nie brzmi 239. zasada „Księgi Zaboru Ferengi” nakazująca: „Nigdy nie wahaj się przed złym oznakowaniem swojego produktu”? Czy dedykowana polskim politykom, którzy dopchali się do żłobu na Wiejskiej, 139. zasada Ferengi: „Godność i pusty portfel są warte tyle co ten portfel” – nie jest aby kierunkowskazem życiowym?

Ferengi żyją w wiecznym, samonapędzającym się mechanizmie dążenia do zysku. Ich walutą jest płynne latinum – niezwykle droga, trwała i unikalna substancja, którą najczęściej umieszcza się w sztabkach całkowicie bezwartościowego złota. To także przykład przyszłościowego myślenia lewicujących twórców najbardziej kultowego serialu wszech czasów. W ich opinii tak pożądane przez wieki złoto za kilka stuleci nie będzie miało żadnej wartości, a jeżeli zachowa nawet jakąś znikomą wartość to jedynie ze względu na zalety nadprzewodnika prądu lub jako wyrób artystyczny zdobnictwa złotniczego.

Świat Federacji Planet do której należeć będzie ludzkość, jest tworem całkowicie utopijnym. Brak pieniędzy i własności nieruchomej, a jednocześnie całkowite wyeliminowanie nędzy, bezdomności, głodu i wielu innych kwestii społecznych trawiących zacofane społeczeństwa XX i XXI wieku uczyni z Federacji krainę szczęśliwości stanowiącą mieszankę Królestwa Niebieskiego ze Związkiem Sowieckim, który jednak, wbrew znanej nam historii, osiągnął komunizm jako najwyższy stopień rozwoju społeczno-gospodarczego. To kraina marzycieli takich jak Barack Obama, który całą młodość zachwycał się utopijnym, równym i bezrasowym światem kenijskiego socjalizmu, w którym jest miejsce dla takiej właśnie unii plemion, narodów czy planet, niosącej w naszej galaktyce „kaganek humanitaryzmu w najczystszej postaci”. A przecież ta Federacja będzie musiała być otoczona przez różne wrogie jej wartościom formy cywilizacji. I tak jak Ferengi są rasą stanowiącą niezwykle ciekawy pomysł na drogę rozwoju humanoidów prowadzącą do budowy cywilizowanego i rozwiniętego technicznie świata na bazie wolnego rynku, tak na przykład już Klingoni są trafieni kulą w płot.

Każdy, kto zna „Star Treka” – a mówię tu o osobach, które naprawdę obejrzały wszystkie pięć osobnych cykli serialowych oraz wszystkie filmy kinowe z tej serii – wie że np. Klingoni, w swoim niezwykle agresywnym i prymitywnym zachowaniu oraz pogardzie dla nauki i wiedzy poniżanej przez siłę fizyczną i zdolności wojownicze, nigdy tak zaawansowanej cywilizacji zbudować by nie mogli.

Czy żyjemy już w świecie „Star Treka”?

Oczywiście świat „Star Treka” nie jest – wbrew temu, co sądzi się np. w Polsce – wyprawą na prostackie wody łatwej fantastyki naukowej. To bardzo dobry i przemyślany projekt myślowy, który ma jednak szereg pułapek. Tworzy on bardzo niebezpieczny obraz idylli o charakterze lewicowym. Świat „Star Treka”, o jakim marzą miliony Amerykanów, Anglików, Nowozelandczyków czy Australijczyków, to świat marksistowskiej utopii, która co prawda do samego Karola Marksa nigdy nie nawiązuje, ale wielokrotnie chętnie wspomina się filozofów czy pisarzy będących piewcami egalitaryzmu – jak Robert Owen, Claude Henri de Saint-Simon, Charles Fourier czy Jacques-René Hébert.

Na przykład twórcy i miłośnicy „Star Treka” uważają – i to nie bez powodów – że mieli wpływ na wiele decyzji NASA. To częściowa prawda. Trekkerzy to bardzo kapryśni wyborcy, którzy nigdy nie zagłosują za kimś, kto chciałby zmniejszyć wydatki na badania kosmosu. Wśród nich decyzja Baracka Obamy o zmniejszeniu wydatków na NASA została przyjęta jako zamach na poszukiwanie pokoju, wolności i szczęścia przez ludzkość w przyszłości. Trekkerzy są także głęboko przekonani, że wiele z otaczających nas urządzeń zostało zainspirowanych przez ich kultowy serial. Już w latach 80. XX wieku filmowy kapitan Jean Luke Piccard – dowódca statku „Enterprise B”, grany przez brytyjskiego aktora Patricka Stewarda – posługiwał się urządzeniem identycznym jak dzisiejsze tablety czy czytniki książek elektronicznych. Dwie dekady wcześniej James T. Kirk – kapitan statku „Enterprise A” – komunikował się ze swoim głównym mechanikiem, przekazując słynne powiedzenie „Beam me up, Scotty” za pomocą „telepromptera” przypominającego żywcem
niektóre modele współczesnych telefonów komórkowych z klapką. „Star Trek” jest więc przykładem wielkiego wpływu artystycznej wizji populistycznej na rozwój wyobraźni milionów fanów – i to w dodatku milionów ludzi bardzo dobrze wykształconych. Uważa się bowiem, że przeciętny trekker to osoba posiadająca minimum odpowiednik polskiej matury i czytająca kilka książek w roku. Warte podkreślenia jest, że niemal wszyscy pracownicy NASA deklarują swoją miłość do tej serii.

„Star Trek” jest więc wielkim zjawiskiem socjologicznym, po którego wsparcie sięgają nawet bardzo poważni politycy. W tym roku trekkerzy mają jednak dylemat: czy zagłosować na populistę głoszącego zasady egalitaryzmu społecznego i gospodarczego, a jednocześnie brutalnie hamującego rozwój badań kosmicznych, czy na zwolennika wolnego rynku o światopoglądzie „pazernego” Ferengi, który ratując gospodarkę, uchroni amerykańską wizję podboju kosmosu?

Comments are closed.