Piński: Sezon na Tuska. PO ma kłopoty w mediach!

REKLAMA

„Nie ma prawa sprawować władzy ten, kto zauważywszy błędy, grzechy, przestępstwa, nie reaguje” – stwierdził w 2009 roku Donald Tusk. Dziś media wypominają Tuskowi te słowa i domagają się od niego ostrej reakcji na aferę Amber Gold. Co gorsze, dla biznesmena, który stworzył piramidę finansową, pracował syn premiera Michał Tusk.

W sytuacjach kryzysowych Tusk „wymieniał zderzaki”, ale tej strategii nie może zastosować wobec własnego syna. Kompromitujące w tej sprawie jest dla Platformy Obywatelskiej nie samo istnienie piramidy finansowej, ale fakt, że jej szef był akceptowany na salonach i kupował sobie przychylność polityków (m.in. wydając 3 mln zł na finansowanie filmu Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie). Opozycja otwarcie mówi o powołaniu komisji śledczej, a politycy PSL biorą dziś srogi rewanż za „aferę taśmową” i sugerują, że mogą poprzeć taki wniosek.

REKLAMA

Na celowniku

Nowa książka prof. Chodakiewicza!

Tusk ma problemy, bo ostatnie dwa tygodnie pokazały, że media mogą, jeżeli chcą, rozliczać obecną władzę. Sytuacja jest na tyle napięta, że ministrowie Tuska zajmują się publicznie dementowaniem plotek, jakoby założyciel piramidy był spokrewniony z prominentnymi politykami PO. Sygnał do ataku dała „Gazeta Wyborcza”, której szefowie nie mogą wybaczyć młodemu Tuskowi, że pracę w redakcji łączył z byciem specjalistą od public relations zatrudnionym przez założyciela Amber Gold. Młody Tusk miał zajmować się wizerunkiem należących do Amber Gold linii lotniczych OLT Express. Pod koniec pracy Michała Tuska w „GW” doszło do sytuacji, w której jako dziennikarz zadawał on pytania, na które potem odpowiadał jako piarowiec. Wyraźnie zdenerwowany sytuacją Tusk popełnił błąd, zostawiając syna samego na pastwę dziennikarzy, bez odpowiednich doradców. Młody Tusk nie posłuchał rady ojca, żeby siedzieć cicho, i walnie przyczynił się do powstania kilkudziesięciu niekorzystnych publikacji. Dzięki udzielanym przez siebie wywiadom nie tylko utrzymał zainteresowanie mediów swoją osobą, ale również ujawnił kilka kompromitujących szczegółów. Stowarzyszenie „Stop Korupcji” złożyło do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Michała Tuska. Miało ono polegać korzystaniu z tajemnicy handlowej Portów Lotniczych, aby pomagać OLT Ekspress.

Taki zarzut postawił mu publicznie Marcin P., prezes Amber Gold. Przez kilka tygodni umiejętnie zresztą dawkował informacje na temat premierowicza, dając je do mediów na lewo („Wprost”) i na prawo („Gazeta Polska Codziennie”). W rezultacie w świadomości opinii publicznej afera Amber Gold stała się aferą Tuska. W powakacyjnych sondażach wyborcy wystawią Platformie za to rachunek.

Początek rozliczeń

O tym, że dobre czasy się skończyły, świadczy wysyp krytycznych publikacji – nie tylko związanych z aferą Amber Gold. Starające się wsłuchiwać w głosy ulicy tabloidy zaczęły wręcz masakrować Tuska. „Fakt” (około 400 tys. sprzedaży dziennie) zarzucił mu kłamstwo, gdy premier mówił, że nie wspierał swoim urzędem członków rodziny. „BOR dla syna, auto dla żony, samolot dla córki” – podsumowali dziennikarze tabloidu. „Przez pewien czas, szczególnie jak był nasz ślub i jak żona rodziła, zdarzyło mi się, że musiałem skorzystać z Biura Ochrony Rządu. Mam telefon i mogę zadzwonić” – mówił w 2008 roku Michał Tusk. Premierowi wypomniano także zakupy żony i córki w jednej z galerii handlowych, na które pojechały rządową skodą z szoferem. Wreszcie robienie przez BOR za taksówkę dla córki premiera i jej chłopaka.

Szefa rządu i jego partii nie oszczędza także drugi z tabloidów, „Super Express” (sprzedaż około 200 tys.), który tylko w ostatnim tygodniu wyliczał kłamstwa premierowicza w wywiadach i ironizował, że „młody Tusk politykiem PO nie zostanie, gdyż za dużo mówi”. Po premierze „przejechało się” już nawet salonowe „Wprost”, które na swoich łamach opublikowało oskarżenia szefa Amber Gold pod adresem syna Tuska.

Porachunki w PiS

Kłopoty Platformy nałożyły się nawalkę frakcyjną w PiS. Na razie rząd punktują mniej znani politycy tej partii. Po informacjach medialnych, że Jarosław Kaczyński chce postawić na pozyskanie centrowego elektoratu i „schować” Antoniego Macierewicza, zaczęły pojawiać się symptomy walki wewnątrzpartyjnej. Zwolennicy wpływowego rzecznika PiS Adama Hofmana starli się z tzw. starym zakonem PC (Porozumienia Centrum). Hofman, mający bardzo duże polityczne ambicje, musiał przełknąć gorzką pigułkę i na polecenie Jarosława Kaczyńskiego został szefem partyjnych struktur w… Koninie. „Newsweek” opublikował anegdotę, z której wynika, że Kaczyński miał tłumaczyć Hofmanowi, iż sam zabiegał o tę posadę. „Jak to, nie spodziewał się pan tej rekomendacji? Przecież sam pan o nią zabiegał. Przez ostatnie dwa tygodnie, gdy tylko wychodziłem z domu, natykałem się pod drzwiami na swojego kota i na pana” – miał kpić z niego Kaczyński.

W partii poza starymi, wypróbowanymi działaczami PC to właśnie Hofman zdobył duże wpływy. Decyzja Kaczyńskiego oznacza, że nie będzie on tolerował budowania własnych frakcji. Zapewne po to, aby nie powtórzyły się przypadki PJN i Solidarnej Polski.

Dziennikarze Robert Mazurek i Igor Zalewski są autorami twierdzenia, że PiS rosną notowania tylko wtedy, gdy Jarosław Kaczyński nie pojawia się w mediach. W tym żarcie jest sporo prawdy, bo największa część negatywnej kampanii kierowana jest nie pod adresem partii, ale personalnie przeciw Kaczyńskiemu. Obecne wycofanie się Kaczyńskiego i ogłoszenie marszu do centrum ma zapewne być powtórką z kampanii prezydenckiej z 2010 roku. Wtedy diametralną zmianą wizerunku Jarosław Kaczyński zmniejszył negatywny elektorat i był o krok od zwycięstwa. Szef PiS słynie z mistrzostwa w taktycznych grach politycznych. Zapewne wyczuwa, że szanse na wcześniejsze wybory są duże, stąd zmiana wizerunku partii.

Wszystkie kłopoty Platformy

Także wśród polityków Platformy coraz częściej mówi się o możliwości doprowadzenia do wcześniejszych wyborów. Politycy PO obawiają się, że w przyszłym roku kryzys zacznie być odczuwalny dla statystycznego Kowalskiego i notowania partii polecą na łeb, na szyję. Scenariusz wcześniejszych wyborów zakłada, że może je wygrać PiS, jednak nie będzie w stanie utworzyć samodzielnie rządu, a PSL pozostanie koalicjantem PO. Afera Amber Gold oczywiście nie doprowadzi do upadku rządu. Mało prawdopodobne jest, aby PSL zdecydowało się na poparcie wniosku o komisję śledczą. Sprawa ta jednak ma kapitalne znaczenie. Nawet po wybuchu w 2009 roku afery hazardowej Platforma nie była tak krytycznie opisywana w mediach. Szybka decyzja premiera o wyrzuceniu z rządu osób w nią zamieszanych spowodowała wzrost notowań premiera. Na tę specyficzną umiejętność Tuska pozbywania się balastu zwrócił uwagę „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, stwierdzając, że polski premier znalazł się w sytuacji, w której nie może zastosować standardowej procedury.

„Zadrapany został zderzak, którego nie może wymienić, a mianowicie jego syn” – pisze „FAZ”. „Gdyby Michał Tusk był ministrem swego ojca, a nie jego synem, Donald Tusk pewnie dawno zrobiłby to, co zawsze czynił, gdy w jakimś miejscu odchodził lakier, i wyraźnie zdystansowałby się od jego postawy” – zauważa niemiecki dziennik. Afera Amber Gold pokazała, że PO może stracić w Polsce przychylność mediów. Pokazała również, że pięć lat sprawowania władzy sprawiło, iż politycy PO stracili „poczucie bezpieczeństwa”. Rafał Ziemkiewicz uważa, że Marcin P.,ujawniając swoją współpracę z synem Tuska, przekazał ostrzeżenie dla władz, aby go nie ruszały. Jego zdaniem, Marcin P. ma jeszcze wiedzę, którą może ujawnić. Jeżeli tak się stanie, to kolejna afera z udziałem polityków PO lub ich rodzin może okazać się przełomem. Cierpliwość opinii publicznej, która już odczuwa pierwsze symptomy nadchodzącego kryzysu, jest ograniczona…

REKLAMA