Dalsze finansowe komplikacje, uliczne protesty (pod dominującym hasłem „Koniec polityki oszczędności”) i postępujący chaos charakteryzują sytuację w Hiszpanii. Coraz więcej Hiszpanów nie spłaca swoich zobowiązań wobec banków.
Wg komunikatu Banku Hiszpanii z 18 września, wartość kredytów, które mogą zostać niespłacone, sięgnęła rekordowych 169,3 mld euro. Ta ogromna suma odpowiada prawie 10 proc. wartości wszystkich udzielonych w tym kraju pożyczek (!). Mimo tej dość dramatycznej sytuacji, rząd w Madrycie nie był jeszcze zdecydowany, czy zwrócić się z oficjalną prośbą o wsparcie do instytucji UE (eurofunduszu ratunkowego EFSM i Europejskiego Banku Centralnego). A bez tej oficjalnej prośby, która oznaczałaby zobowiązanie rządowego Madrytu do wymaganych cięć wydatków i reform, EBC nie będzie mógł interweniować i skupować od spekulantów hiszpańskich papierów dłużnych.
Hiszpański rząd waha się, bo nie chce tych zobowiązań, cięć i reform. Luc Coene, członek Rady Prezesów EBC, przypomniał więc temu rządowi, że najpierw musi on przyjąć postawione warunki, a dopiero potem Euro-Bank mógłby rozpocząć skup jego obligacji. Ostrzegł, że jeśli tego szybko nie zrobi, to rentowność hiszpańskich obligacji dalej poszybuje w górę – co znów znacznie podwyższy wielkie koszty obsługi zadłużenia.
Dodatkowy problem eurosocjalistycznej Hiszpanii to regionalne separatyzmy. Po krótkiej okupacji parlamentu (25 września), zakończonej starciami z policją, doszło do strajku generalnego w Kraju Basków, popartego przez wszystkie lokalne partie i organizacje – od lewicy po baskijskich narodowców. Rosnący separatyzm tego Kraju i innych regionów, cieszących się od lat dużą autonomią, staje się coraz większym zagrożeniem dla planów centrowego rządu premiera Rajoya – umiarkowanych budżetowych cięć i oszczędności, które nie obejmują jednak emerytur i stypendiów. Największe zagrożenie dla tych planów płynie z Katalonii – prowincji najbogatszej, ale też najbardziej zadłużonej. Władze w Barcelonie są oskarżane są przez rząd w Madrycie o „egoizm”, gdyż z jednej strony mocno protestują przeciwko dalszemu zwiększaniu swoich danin na rzecz budżetu państwa, a z drugiej domagają się od rządu w Madrycie nowego kredytu w wysokości 5 mld euro (z podobnymi żądaniami występują też inne regiony Hiszpanii).
Tymczasem rząd Grecji zamierza uzyskać wymagane przez władze UE i EBC oszczędności (co najmniej 11,5 mld euro w wydatkach planowanych na lata 2013-2014) głównie dzięki dalszym umiarkowanym cięciom płac i etatów w sferze budżetowej, powolnemu obniżaniu wysokości części emerytur i stopniowemu podwyższaniu wieku emerytalnego do 65-67 lat. Te zamiary spotykają się z silną krytyką większości obywateli – głęboko przekonanych, że stali się niczemu niewinnymi ofiarami zagranicznych instytucji finansowych i politycznych, a przede wszystkim „złych” władz Niemiec. Dlatego coraz częściej unikają płacenia różnych podatków, głównie tych dochodowych. „Luka” po stronie rzeczywistych dochodów budżetu Grecji powiększa się więc codziennie o kilkadziesiąt mln euro. Według niemieckich mediów, władze w Atenach mogą potrzebować aż ok. 30 mld euro kolejnych pożyczek więcej, niż przewidywano w czerwcu.
Nie postępują też wcale obiecane UE i MFW przez greckich polityków, już w roku ubiegłym, prywatyzacje, sprzedaże nieruchomości i reformy systemu podatkowo-skarbowego. Czy rząd w Atenach dostanie więc w październiku, uzgodnione wiosną br., kolejne 31 mld euro pożyczek – rzekomo niezbędnych do finansowego przeżycia państwa? Niestety, zapewne dostanie.
Władzom UE i Euro-Banku Centralnego (EBC) chodzi bowiem głównie o to, aby nie wywołać nagłej paniki na „rynkach finansowych”, gdyby te zorientowały się, że władze Grecji już nie chcą / nie mają z czego spłacać wierzycielom uzgodnionych wiosną rat zobowiązań – mimo ówczesnego zredukowania greckiego długu w sumie o ponad połowę (!).
W związku z tą budżetową „luką” i mocno niepewną sytuacją grecki wiceminister finansów Christos Staikouras zabiegał w Niemczech i w Euro-Banku o kolejną „konwersję zadłużenia”. Jego zdaniem, można by np. przedłużyć okres ważności greckich obligacji państwowych – tych znajdujących się w rękach EBC. Miałoby to dotyczyć obligacji o łącznej wartości 28 mld euro, które rząd w Atenach musi spłacić w latach 2013-2016. Z kolei inni greccy ministrowie zabiegali w końcu września o zgodę władz UE i MFW o znaczne odłożenie w czasie realizacji większości uzgodnionych greckich zobowiązań, w tym terminów redukcji deficytu budżetu i terminów kilkuprocentowej redukcji państwowych etatów i pensji – odłożenie aż o cztery lata (!) (wg „Frankfurter Allgemeine Zeitung”). Wydaje się, że od lat bardzo wycwanieni w relacjach z UE i chytrzy Grecy aż czterech lat zwłoki nie dostaną, ale rok lub dwa lata chyba tak…