Mysłek: Kto protestuje w Grecji i Hiszpanii?

REKLAMA

W krajach południa Europy narasta anarchiczna, neokomunistyczna rewolta rozzłoszczonych miłośników i beneficjantów eurosocjalizmu. Okazuje się, że nie tylko w pokomunistycznych krajach Europy Wschodniej większość obywateli jest jeszcze głęboko przywiązana do socjalizmu i tego wszystkiego, co socjalizm ma im „dawać” i zapewniać. Podobne poglądy prezentuje znaczna część, a może i większość współczesnych Greków, Portugalczyków czy Hiszpanów. Świadczą o tym głównie ich tegoroczne liczne demonstracje, niszczycielskie uliczne protesty i strajki. Widać i słychać już dość wyraźnie, że szczególnie ten grecki tłum – urzędniczy, lewacko-związkowy i anarchiczno-młodzieżowy – jest już rozwydrzony i skorumpowany do cna przez wieloletni eurosocjalizm i wygodne życie na cudzy koszt. Ten zdemoralizowany lewacki tłum nie chce akceptować jakichkolwiek rozsądnych kroków rządów – powoli powracających do ekonomicznej racjonalności po latach eurosocjalistycznej balangi i życia znacznie ponad stan.

Protestujący i strajkujący Grecy, Hiszpanie czy Portugalczycy nie życzą sobie jakichkolwiek budżetowych oszczędności – choćby małych cięć wydatków na ich etaty, pensje i dodatki do pensji, redukcji zasiłków i innych „świadczeń socjalnych” czy reform wymaganych przez pożyczkodawców z UE i MFW. Nie chcą sprzedaży części państwowego majątku (nieruchomości i przedsiębiorstw), a nade wszystko nie chcą (ekonomicznie koniecznego) zwolnienia z etatów choćby paru procent urzędników i innych pracowników państwa. Nie chcą też faktycznej reformy systemu podatkowo-skarbowego. Domagają się za to zachowania bądź podwyższenia swoich państwowych pensji, przywilejów, ulg, zasiłków i wysokich emerytur. Domagają się też niespłacania przez rząd zagranicznych długów – zaciągniętych jeszcze w latach 90. na ten eurosocjalizm. Rewolta skorumpowanego eurosocjalizmem lewackiego motłochu (przede wszystkim tego urzędniczego, związkowego i „studenckiego”) narasta więc w tych krajach niemal lawinowo.

REKLAMA

Kto protestuje?

Trzeba podkreślić, iż protestujące na ulicach tłumy – w Grecji i innych krajach – to nie są jacyś faktycznie biedni czy nagle w tym roku zubożali rolnicy, rzemieślnicy, sklepikarze czy robotnicy. Wg informacji zachodniej prasy, trzon protestujących i strajkujących tworzą w Grecji od miesięcy trzy podstawowe grupy: etatowi i skrajnie lewicowi związkowcy, anarchizująca i komunizująca młodzież oraz grupa najliczniejsza wśród nich – setki tysięcy etatowych pracowników państwowych urzędów, ministerstw, szkół, szpitali, banków czy też np. celników, protestujących przeciwko rządowym planom niewielkiej redukcji ich płac, premii, przywilejów czy etatów. Największe ich oburzenie budzi plan rządu w Atenach – wymuszany przez władze UE i MFW – redukcji całkowitej liczby urzędniczych etatów do końca br. o… raptem 15 tys. (spośród prawie pół miliona).

Lewaccy manifestanci i strajkowicze w swej znacznej większości (prawie 80 proc. badanych) nie chcą też wyjścia swego kraju (zarówno Grecji, jak i Portugalii czy Hiszpanii) z unii walutowej i powrotu do waluty narodowej. A wedle tegorocznych opinii wielu ekonomistów brytyjskich czy niemieckich, taki powrót oznaczałby znaczny wzrost konkurencyjności i cenowej atrakcyjności greckich czy hiszpańskich towarów, a więc znaczny wzrost eksportu, konsumpcji i niemal całej gospodarki. Ale ten powrót do drachmy czy pesety oznaczałby też m.in. nieuniknioną dewaluację dotychczasowych pensji milionów urzędasów i innych „pracowników” państwowego socjalizmu, a także dewaluację wysokich w tych krajach emerytur i zasiłków – wypłacanych w euro. A tego lewacki motłoch grecki czy ten z Płw. Iberyjskiego w żadnej mierze nie akceptuje – nawet kosztem groźby gospodarczej zapaści kraju i przyszłej prawdziwej biedy ich dzieci – obciążonych olbrzymimi długami. Eurodługami, których nie chcieli spłacać ich rodzice, skorumpowani i zdemoralizowani przez europejskim socjalizm, krajowy etatyzm i życie ponad stan.

Sporo ekspertów niemieckich i innych uważa, że dotychczasowe uliczne protesty i strajki to zaledwie preludium do jeszcze ostrzejszych wystąpień – spodziewanych zimą i później. Czy lewicowo-centrowym rządom Grecji, Portugalii i Hiszpanii uda się jakakolwiek istotna redukcja ich eurosocjalizmów i wieloletniego życia na eurokredyt? Czy uda im się powrót, po ponad 10 latach marnotrawnej eurobalangi, na ścieżkę zdrowego rozwoju? Wydaje się to bardzo wątpliwe!

Pomimo tych fatalnych greckich czy hiszpańskich doświadczeń, politycy i funkcjonariusze UE nadal nie chcą przyjąć do wiadomości, że główna przyczyna obecnego eurokryzysu finansowego to nie jakiś globalny i zły „kapitalizm” czy kryzys płynący z Ameryki, ale ogromne zadłużenie europaństw wywołane prosocjalistyczną, bardzo rozrzutną polityką rządów i systemem marnotrawnych dotacji i nadmiernych regulacji unijnych. Politycy i komisarze UE nadal nie chcą zmienić jakichkolwiek fundamentów tego systemu – np. zwolnić z posad co najmniej 30 proc. w istocie zbędnych urzędników czy obniżyć różne wydatki rządów o 15-20 proc. Uciekają więc od tych zasadniczych problemów w lewicowe projekty „pogłębiania europejskiej integracji” czy tworzenia „eurofederacji państw”.

REKLAMA