Szymowski: Publikacja drastycznych zdjęć ze Smoleńska wygląda na prowokację rosyjskich służb specjalnych

Publikacja drastycznych zdjęć ze Smoleńska wygląda na prowokację rosyjskich służb specjalnych. Jej celem ma być wywołanie awantury, po której strona rosyjska uzyska pretekst, aby zerwać współpracę z Polakami. I w ten sposób zapobiec dalszemu dochodzeniu do prawdy.

W prowokacji związanej ze zdjęciami ofiar tragedii smoleńskiej widać rękę rosyjskich służb specjalnych. Wygląd tych zdjęć wskazuje na to, że zostały zrobione z bardzo bliskiej odległości. A przecież wczesnym rankiem 10 kwietnia 2010 roku rosyjska milicja odgrodziła szczelnym kordonem teren lotniska i miejsce „katastrofy”, wpuszczając tylko lekarzy i śledczych. Osoby postronne nie miały tam dostępu. Zdjęcia musiały zostać wykonane albo przez któregoś z lekarzy, albo przez dochodzeniowca, albo przez oficera służb specjalnych. Tylko te osoby mogły bowiem mieć dostęp do zwłok. I wśród nich należy szukać autora głośnego „przecieku”.

Rosyjski bloger, który przyznał się do zamieszczenia zdjęć, opowiada niestworzone historie o tym, iż zdjęcia te otrzymał od osoby będącej na miejscu. W jednym z serwisów internetowych możemy również znaleźć informację, iż miał je dostać „na Krymie”. Jak ujawnili w Polsce dziennikarze, bloger ten związany jest z rosyjskimi służbami specjalnymi. Jeśli to prawda (a wiele na to wskazuje), to koło się zamyka. Śledztwo prowadzą służby, nadzorują służby, miejsca tragedii pilnują służby, a fotografie ujawnia „przypadkowo” bloger współpracujący ze służbami specjalnymi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkim rządzą tu rosyjskie służby. Tym bardziej że bloger, który zamieścił zdjęcia, oficjalnie się do tego przyznaje. Każdy, kto ma choć trochę pojęcia o Rosji, wie, że w tym kraju nie ma demokracji ani wolności słowa i ktokolwiek występuje przeciwko władzy, naraża się na szykany z karą śmierci włącznie. W tym kontekście trudno sobie wyobrazić, aby feralny bloger ujawnił te zdjęcia z własnej inicjatywy.

Jaki cel chcieli osiągnąć Rosjanie, publikując te zdjęcia? Można się domyślić, że chodziło o wywołanie reakcji strony polskiej. Reakcja miała być ostra, czyli protest i żądanie od Rosji wyjaśnień. Takie stanowisko polityczne Rosjanie mogli odebrać jako kwestionowanie ich wiarygodności i zarzucanie im złej woli. A to świetny pretekst, aby pomówić Polskę o fałszywe oskarżenia i… zakończyć współpracę dotyczącą śledztwa smoleńskiego.

Taki scenariusz pozwala upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze: dać Polakom kolejnego prztyczka w nos, po drugie: zakończyć śledztwo, którego strona rosyjska też – jak się wydaje – ma dość. Kontynuowanie śledztwa nie jest w interesie Rosji. Oficjalna wersja zdarzeń z 10 kwietnia została już przekazana opinii publicznej. Późniejsze dociekania sprawiły, że na miejscu znalazło się wiele osób, w tym dziennikarzy, którzy wykonywali zdjęcia, docierali do świadków, zdobywali nowe, ciekawe informacje. Pozwoliło to udokumentować odmienną tezę dotyczącą wydarzeń w Smoleńsku, która zakłada, iż powodem tragedii był zamach, a nie błąd pilotów. Im dłużej trwa śledztwo, tym więcej jest wniosków dowodowych, prób docierania do świadków. Stronie rosyjskiej jest to nie na rękę.

Jak się okazało, drastyczne zdjęcia ze Smoleńska były w internecie dostępne już od 2010 roku. Dlaczego więc skandal wokół nich wybuchł dopiero teraz? Powody mogą być dwa. Pierwszy: kilka dni wcześniej ze Smoleńska wrócili dwaj chemicy, którzy badali wrak Tupolewa. Z przeprowadzonych przez nich badań wynika, że na pokładzie mogło dojść do wybuchu. Mają na to wskazywać ślady materiałów wybuchowych znajdujące się na poszyciach kadłuba. W ten sposób dwaj naukowcy mogliby potwierdzić ustalenia zespołu Macierewicza, wg którego przyczyną rozpadu samolotu były dwie eksplozje (po publikacji Rzeczpospolitej na ten temat sprawa zawisła w powietrzu – dop. nczas.com). Powód drugi to wątpliwości, które mnożą się po kolejnych ekshumacjach. Otwarcie grobu Anny Walentynowicz wywołało skandal, gdy okazało się, że spoczywa tam inna osoba. Zwłoki legendarnej działaczki „Solidarności” poddano badaniom sekcyjnym, a potem ponownie pochowano – tym razem już we właściwym grobie na gdańskim cmentarzu. Przy okazji jednak pełnomocnik prawny ujawnił, że w zwłokach znaleziono fragment nitu. Nit łączący elementy kadłuba samolotu nie mógł się dostać do ciała pasażera inaczej niż wskutek działania siły wybuchu.

Do tego wszystkiego trzeba dodać informacje na temat nagrań satelitarnych przekazanych przez amerykański wywiad polskim służbom. Materiały te znajdują się w tajnej części śledztwa. Jak wynika z medialnych spekulacji, są tam zdjęcia tupolewa lecącego od białoruskiej granicy aż do samego Smoleńska. Satelity miały nagrać sam moment katastrofy. Będzie to więc koronny dowód, który pomoże odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia w Smoleńsku.

W tej sytuacji rosyjskie służby organizują prowokację polegającą na ujawnieniu drastycznych zdjęć ofiar. Czekają na gwałtowną reakcję strony polskiej, by mieć pretekst do zakończenia śledztwa i zamiecenia całej sprawy pod dywan. Problem polega jednak na tym, że zainteresowany zamieceniem tej sprawy pod dywan jest również rząd Donalda Tuska…