Michalkiewicz: Skutki likwidacji kary śmierci. Groźny pomysł Gowina

Ach, jakiejż nieprzyjemnej aktualności nabiera właśnie spostrzeżenie Stefana Kisielewskiego, że „socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w innym ustroju”! Socjalizm to jeszcze-jeszcze – „bohatersko walczy”, podczas gdy postępactwo dosłownie wychodzi z siebie.

Oto w 1988 roku w naszym nieszczęśliwym kraju „wprowadziło” moratorium na wykonywanie kary śmierci. Użycie takiej właśnie formy, niemal bezosobowej – „wprowadziło” – w znaczeniu „coś wprowadziło” jest jak najbardziej uzasadnione. W roku 1995 bowiem, kiedy Sejm wspomniane moratorium przedłużył, zapytaliśmy w imieniu Unii Polityki Realnej ówczesnego ministra sprawiedliwości Jerzego Jaskiernię, kto właściwie wprowadził to moratorium w roku 1988. Od pana Jaskierni otrzymaliśmy pisemną odpowiedź, z której ze zdumieniem przeczytaliśmy, że „nie można ustalić autora tej decyzji”.

Zdumienie nasze brało się stąd, że do decyzji tego anonimowego dobroczyńcy ludzkości posłusznie akomodowały się wszystkie bez wyjątku organy władzy naszego demokratycznego „państwa prawnego”. Nietrudno było jednak domyślić się, skąd taka skwapliwość zarówno niezależnej prokuratury, niezawisłych sądów, jak i środowiska autorytetów moralnych, które zaraz, jeden przez drugiego, zaczęły dowodzić, jaka to niesłuszna jest kara śmierci. Otóż jestem przekonany, że posłuszeństwo wobec decyzji anonimowego dobroczyńcy ludzkości wzięło się stąd, iż nie był on tak całkiem anonimowy. To znaczy nie był anonimowy względem wszystkich. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że zarówno wtedy, jak i teraz wymiar sprawiedliwości, to znaczy niezależna prokuratura i niezawisłe sądy – podobnie zresztą, jak środowisko autorytetów moralnych – naszpikowane było i jest agenturą niczym sztufada słoniną, że konfident na konfidencie jedzie i konfidentem pogania. Czyż to właśnie nie jest podstawowym kryterium rekrutacji?

Nietrudno było się też domyślić, dlaczego moratorium na wykonywanie kary śmierci „wprowadziło” w naszym nieszczęśliwym kraju akurat w roku 1988, a więc tuż przed sławną „jesienią ludów”. Wprawdzie w roku 1988 razwiedka, realizując umowę z „lewicą laicką”, przeprowadziła selekcję kadrową w strukturach podziemnych, eliminując stamtąd „ekstremę” i instruując „drogiego Bolesława”, komu imiennie ma udzielać inwestytury na budowanie „od góry” reaktywowanej „Solidarności”, ale – jak mówi poeta – „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności”, toteż nic dziwnego, że komuchy na wszelki wypadek załatwiły sobie moratorium. Była to sytuacja trochę podobna do tej po śmierci Ojca Narodów w Sowietach, kiedy to kremlowscy paladyni ustalili, że nawet jeśli się pokłócimy, to już się nawzajem nie mordujemy. Nie dotyczy to, ma się rozumieć, zbiorowego samobójcy, który zwłaszcza w takiej sytuacji ma pełne ręce roboty.

Więc w 1995 roku Sejm wspomniane moratorium przedłużył, a wkrótce stało się ono bezprzedmiotowe, ponieważ kolejna nowelizacja kodeksu karnego z 1997 roku zniosła tę karę w ogóle od 1 stycznia 1998 roku. Uchwalona została ona przytłaczającą większością głosów, bo tylko 19 posłów było przeciw, a 15 się wstrzymało.

No a teraz sprawa zarówno tamtego moratorium z 1988 roku, jak i nowelizacji z roku 1997 odbija się coraz boleśniejszą czkawką. Oto bowiem kilku czy nawet kilkunastu morderców, których na skutek moratorium odcięto od stryczka i wlepiono im „ćwiarę”, czyli 25 lat więzienia – właśnie wkrótce powinno więzienie opuścić. Problem polega na tym, że niektórzy z nich są szczerzy i nie tylko nie świergolą, jak to zostali „zresocjalizowani” przy pomocy panienek dekujących się na synekurach więziennych „psychologów”, ale zuchwale opowiadają, jak to będą hulać na wolności, mordując na prawo i lewo, kogo popadnie.

W tej sytuacji pobożny minister Gowin wpadł na pomysł, żeby – gwoli uspokojenia narastającej tu i ówdzie histerii – wydać prawo pozwalające takich skazańców nadal więzić pod pretekstem przymusowego leczenia psychiatrycznego. Pomysł pobożnego ministra Gowina jest wprawdzie w stylu Platformy Obywatelskiej, to znaczy wyraźnie obliczony na „uspokojenie opinii publicznej” – podobnie jak konferencja prasowa pana pułkownika Szeląga na temat trotylu – ale jego idiotyzm aż bije w oczy. Bo skoro ci skazańcy byli psychicznie chorzy, to na jakiej zasadzie w ogóle zostali skazani? Przecież choroba psychiczna tempore criminis wyklucza winę, a nullum crimen sine culpa, czyli bez winy nie ma przestępstwa. Zatem jeśli ci ludzie byli psychicznie chorzy, to niezawisłe sądy dopuściły się na nich zbrodni sądowej, a jeśli zostali skazani prawidłowo, jako ludzie psychicznie zdrowi – to w takim razie nie ma najmniejszych podstaw, by więzić ich nadal po odbyciu kary, kiedy jeszcze żadnego przestępstwa nie zdołali popełnić. Już w starożytnym Rzymie znano zasadę: cogitationis poenam nemo patitur, co się wykłada, że za myśli się nie karze. Krótko mówiąc: nie ma podstaw, by kogokolwiek zamykać do więzienia czy psychuszki, bo jakieś baby poduszczone przez tzw. niezależne media ostentacyjnie się „boją”.

Ale pomysł pobożnego ministra Gowina jest nie tylko idiotyczny, lecz i groźny. Jak to mówią: od rzemyczka do koniczka. Za pośrednictwem pobożnego ministra Gowina okupująca Polskę soldateska testuje reakcję opinii publicznej na bezterminowe, prewencyjne więzienia. Rozpoczyna sprytnie od morderców w nadziei, że przeciwko ich zamykaniu w psychuszkach nie tylko nikt nie będzie protestował, ale wręcz przyklaśnie – i w ten sposób razwiedka zalegalizuje sobie instytucję prewencyjnego pozbawienia wolności, którą potem będzie można zastosować wobec każdego – oczywiście zaczynając od „faszystów”.

Skwapliwy i entuzjastyczny jazgot kontrolowanych przez razwiedkę niezależnych mediów głównego nurtu pokazuje, że prewencyjne więzienia stanowią ważny element przygotowań naszych okupantów nie tylko do nadchodzącego kryzysu, ale również – a może przede wszystkim – na wypadek rozpoczęcia realizacji scenariusza rozbiorowego. Więc chociaż nie ma specjalnej nadziei, by Umiłowani Przywódcy w Sejmie nie wykonali w podskokach rozkazu swoich oficerów prowadzących, to domagajmy się chociaż, by te prewencyjne kuracje psychiatryczne odbywały się na koszt posłów, którzy w 1997 roku głosowali za nowelizacją kodeksu karnego znoszącą karę śmierci. Niech to będzie dla Umiłowanych forma szklanego nocnika – żeby zobaczyli, co narobili.

Comments are closed.