Teluk: Refundacja in vitro czyli krwawy biznes

W sztuczny sposób powstaje nowy zyskowny rynek sztucznego zapłodnienia wart 20 mld złotych. Z ekonomicznego punktu widzenia wszystko łatwo przewidzieć. Ponieważ do każdego zabiegu państwo będzie dopłacać z kieszeni podatnika, na zabiegi będą decydowały się pary przy pierwszej lepszej okazji. Z pewnością pojawią się nieuczciwe praktyki mające na celu wyłudzanie refundacji. Sztuczny popyt będzie też napędzał turystykę medyczną i pojawią się klienci z zagranicy.

Czego nie widać

Podczas gdy premier Tusk wraz z ministrem Arłukowiczem stosują typową manipulację medialną i podczas konferencji prasowych o in vitro pojawiają się na tle planszy przedstawiające uśmiechnięte dziecko, gwoli prawdy powinni pojawiać się z plakatem pokazującym nie rozradowanego bobasa, lecz kilkanaście białych trumienek, w których spoczywają jego potencjalni bracia i siostry.

W 2010 roku Instytut Globalizacji opublikował raport przygotowany przez ks. prof. Artura Katolo, autora książki „Contra in vitro” (dostępna w sklep-niezalezna.pl), na podstawie danych źródłowych Ministerstwa Zdrowia Republiki Włoskiej, w jaki sposób uregulowanie in vitro przełożyło się na praktyki stosowane w rzeczywistości.

Te dane są szokujące. W 2005 roku liczba przeniesionych embrionów w wyniku in vitro wyniosła 58.869, lecz dało to zaledwie 3385 urodzeń. Oznacza to, że uzyskanie jednego żywego urodzenia wymagało uśmiercenia 17 innych zarodków. Innymi słowy: aby narodził się Maciuś z probówki, do klozetu zostają spuszczeni Piotr, Paweł, Faustyna, Miriam, Tymoteusz, Zofia, Łucja, Miłosz, Klemens, Janusz, Stanisław, Weronika, Pola, Tytus, Kasia, Kinga i Marek.

Ks. prof. Katolo nie ma wątpliwości: „Prawne uregulowanie zagadnienia nie przyczyniło się do zmniejszenia śmiertelności dzieci poczętych in vitro” – uważa.

W samym 2007 roku we Włoszech na 7854 ciąże z in vitro doszło aż do 1552 poronień. Mało tego, aż 67 potencjalnych matek zmieniło zdanie i poddało się „aborcji na życzenie”! W wyniku rozmrażania 5349 embrionów obumarło. W przypadku tej metody skuteczność jest jeszcze niższa i udaje się zaledwie raz na 21,4 embriona. Szokujący jest także fakt, że na sztuczne zapłodnienie decydują się coraz starsze kobiety. Aż 60 proc. klientek klinik we Włoszech stanowiły panie po… 50. roku życia. W Polsce ten wskaźnik wynosi 34,7 proc., ale z pewnością będzie szedł w stronę statystyk zachodnioeuropejskich. Niewykluczone, że wkrótce na placach zabaw będziemy mylić mamy z babciami.

In vitro po polsku

W Polsce działa ponad 50 wyspecjalizowanych klinik oferujących zapłodnienie pozaustrojowe. Rocznie wykonuje się ponad 9 tys. zabiegów. Pamiętając, że in vitro to w zasadzie hurtowa aborcja, może to oznaczać, że w ten sposób unicestwianych jest kilkadziesiąt tysięcy ludzkich istnień. W Polsce ok. 2 mln par ma problem z naturalnym poczęciem. Według szacunków Instytutu Globalizacji, rynek in vitro jest więc wart ok. 20 mld złotych, zważywszy że jeden zabieg kosztuje w granicach 10 tys. złotych. W naszym kraju stosuje się metodę od lat 90., ale nie wiadomo, ile dzieci poczęło się dotychczas z probówki. Koszt samej procedury to 5-6 tys. złotych, ale po podaniu odpowiednich medykamentów może się on nawet podwoić. Teoretycznie zabieg wymaga powtórzenia co najmniej dwa, trzy razy. Dla wielu par to ostatnia deska ratunku. W praktyce lekarze ginekolodzy sugerują zabieg każdej parze, która ma problem z poczęciem w ciągu kilkunastu miesięcy.

Medyczne autorytety są przeciwne nazywaniu procederu „leczeniem niepłodności”. Metoda niczego nie leczy, lecz obchodzi naturę w sposób sztuczny. Nie bez winy są sami lekarze. – Zamiast skupiać się na leczeniu przyczyn [niepłodności – przyp. autora], skracają czas, od razu proponując im in vitro. Chodzi o biznes koncernów farmaceutycznych. Im wcześniej lekarz namówi parę na in vitro, kiedy szanse na zajście w ciążę są większe, tym lepsze później statystyki skuteczności tej metody – powiedział „Rzeczpospolitej” prof. Bogdan Chazan, krajowy specjalista w dziedzinie położnictwa i ginekologii.

Przepisy proponowane przez ministra Bartosza Arłukowicza są kolejnym bublem prawnym. Zabieg będzie dostępny nie tylko dla małżeństw, lecz dla par, które udowodnią, że co najmniej przez rok zmagają się z niepłodnością. Środki na refundację będą pochodziły z rezerwy celowej resortu. Program ruszy około połowy 2013 roku, będzie trwał trzy lata i obejmie 15 tys. par. Będzie to kosztowało podatników nawet 300 mln złotych.

Biznes się cieszy

Ten wątpliwy etycznie rynek przyjął z entuzjazmem propozycję premiera, o którą przez wiele lat zabiegał. Nikt nie ma wątpliwości: po wprowadzeniu refundacji interes się rozkręci, a ceny zabiegów pójdą w górę. „Klinika to już dziś złoty interes. Można ją uruchomić za kilka milionów złotych. (…) Nie potrzeba żadnego zezwolenia ani licencji” – radzi czytelnikom „Bloomberg Businessweek”.

W swoistym instruktażu dotyczącym założenia tego krwawego biznesu największymi kosztami są pensje ginekologów i embrionologów – od 10 tys. do 30 tys. złotych – podaje tygodnik. Drogi jest także embrioskop i manipulator (łącznie ponad 1 mln złotych). Nie ma ani słowa o dylematach moralnych, choćby słowa, co się dzieje z niepotrzebnymi zarodkami. Jedno jest pewne: „umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia zapewnią stałe źródło przychodów” – entuzjazmuje się gazeta.

Według Europejskiego Stowarzyszenia Ludzkiej Reprodukcji i Embriologii ESHRE, rynek rozwija się niezwykle dynamicznie. W Polsce liczba zabiegów wzrosła z 6,6 tys. w 2008 roku do 9 tys. dwa lata później. Obcokrajowcy skorzystali z ok. 100 zabiegów. Na świecie żyje już 5 mln dzieci z probówki, rocznie rodzi się ich ok. 350 tysięcy. Rekordzistki poddają się zabiegom nawet 10 razy.

Jak zauważa „Bloomberg Businessweek”, „turystyka in vitro rozwinie się, jeśli dostępu do zabiegów np. dla singli czy par homoseksualnych nie ograniczy ustawa”. Zobaczymy więc, czy i w tej dziedzinie rząd, na którego czele stoi ponoć katolicki premier, pójdzie biznesowi na rękę i staniemy się jednym z najbardziej postępowych krajów Unii Europejskiej.

Comments are closed.