Chodakiewicz: Jak walczyć z pełzającym socjalizmem przed kolejnymi wyborami?

Kurz jeszcze nie opadł po bitwie wyborczej w USA. I zapewne nie opadnie. Po raz pierwszy w historii Amerykanie wybrali radykalne zerwanie z tradycją. Do niedawna tzw. amerykańską drogę (the American Way) uznawano za konsensus narodowy. A tu okazuje się, że większość (nieznaczna, to prawda), odrzuca jej zasady: ograniczone państwo, wolność jednostki, własność prywatną oraz wolny rynek.

Naturalnie większość nie bardzo rozumie, o co chodzi. Większość głosowała na Baracka Obamę z powodu lojalności wobec Partii Demokratycznej. Głosowali dalej z powodu wdzięczności za prezenty od państwa w formie rozmaitych subsydiów czy zapomóg społecznych. No i wrzucili kartkę wyborczą ze szczęścia, słysząc tyle obietnic wyborczych: Obama da im więcej cukierków po wyborach. Najważniejszy jednak powód to naturalna ludzka tendencja do strachu. Myślą sobie, że ponieważ rząd jest „z ludu, dla ludu i przez lud”, to lud powinien takiemu rządowi pomagać w czasach kryzysu. Później wszystko wróci do normy. Tak sobie dumają. Naturalnie nie mają racji. Problemem jest to, że Ameryką rządzą ludzie, którzy traktują obecny stan kryzysu jako wymówkę, aby powiększyć rozmiar biurokracji państwowej ponad jakiekolwiek ograniczenia konstytucyjne. To ma im dać władzę absolutną. Przygotowania do takiego scenariusza podjęto w latach trzydziestych poprzedniego stulecia. W najlepszym wypadku siły zła mają nadzieję stworzyć socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze oparte na modelu zachodnioeuropejskim. W najgorszym wypadku będziemy mieli do czynienia z pełzającym rewolucyjnym puczem i dyktaturą „proletariatu” (zgodnie z duchem czasu, według dogmatów marksizmu-lesbianizmu).

Ich celem jest pełzający „zakapturzony socjalizm” (stealth socialism) – jak powiada Stanley Kurtz. Zamiast podkładać bomby, niektórzy radykałowie z lat sześćdziesiątych zdecydowali się wdrażać socjalizm za pomocą taktyki dawkowania (incrementalism). Państwo powinno zdobyć jak najwięcej władzy, a radykałowie powinni powoli zinfiltrować biurokrację rządową. Dawkowany atak na Amerykę opierał się na otumanianiu. Radykałowie zinfiltrowali i utworzyli tzw. organizacje społeczne (community organizations). Udało im się zdobyć fundusze państwowe na swoją działalność, czyli oszukali podatnika, a urzędnicy szczodrze dawali im kasę. I w ten sposób radykałowie podjęli mozolną pracę wprowadzania socjalizmu pod przykrywką oddolnego organizowania społeczeństwa. No bo przecież chodziło na przykład tylko o usuwanie azbestu z sąsiedniego, walącego się budynku, aby lud mógł żyć zdrowo i godnie. Jasne?

Rzekomi dobroczyńcy nie informowali maluczkich o tym, że ich celem jest naprawdę socjalizm, a nie lepsze warunki życia, które przecież może dać tylko kapitalizm. I tysiące inicjatyw, głównie w miastach, po pewnym czasie scaliło się, aby wystawić kadry dla machiny wyborczej Obamy i dla jego rządu. Kadry rewolucyjne, kadry profesjonalne. Tymczasem Republikanie zawiedli. Dostałem właśnie delikatną mea culpa od władz GOP. Obiecali wiele rzeczy zreformować, udawali profesjonalistów. Spytałem przyjaciela, który się na tym zna, i poniżej parafrazuję jego komentarz.

Ogólnie uważa, iż republikańscy przywódcy są niekompetentni i udają, że chcą się zreformować. Republikanie obiecują przeprowadzić sondaż w stanach kluczowych (battleground states). Problem polega na tym, że kluczowi republikańscy sondażowcy (pollsters) są do luftu. Przepowiadali bowiem zwycięstwo Romneya. To samo dotyczy tzw. ludzi od grup kluczowych (focus groups), czyli specjalnie wyselekcjonowanych przeciętniaków z różnych kręgów społecznych, religijnych i etnicznych. W prezydenckich zmaganiach Republikanie mieli 600 pracowników wyborczych oraz 150 tys. ochotników. Mają zamiar ich też przebadać. Ale przecież odrzucili tysiące ochotników jako „zbyt ideowych”. Będą więc badać spolegliwych i mydłkowatych, takich jak przywództwo partii. A w wielu miejscach nie było właściwie dobrego kierownictwa, ochotnicy dostawali sprzeczne polecenia albo się ich ignorowało. Często wolontariusze sami organizowali się oddolnie i mieli lepsze rezultaty – na przykład FreedomWorks w Kolorado czy Tea Party w Arizonie. Co więcej, wbrew przywództwu GOP i sztabowi Romneya najdynamiczniej działały rozmaite oddolne organizacje konserwatywne i libertariańskie. Zgrzyty następowały, gdy nieporadny sztab centralny usiłował je głupio kontrolować. Albo torpedować, jak na przykład w stanie Wirginia, gdzie konserwatyści zaczęli organizować Irańczyków, którzy – odwrotnie niż w Kalifornii – jeszcze nie zlewaczeli. Nota bene republikańskie szefostwo obiecuje teraz, że pozwoli na „niezależną analizę źródeł danych, modelowania i celowania (…) oraz kampanii multimedialnej” (data resources, modeling, and targeting (…) and digital campaign). Ale przecież ta metoda jest stara jak świat. Obamowcy uprawiają ją od dawna. Gdy Republikanie upublicznią tę propozycję, będzie burza wśród dołów partyjnych: mówiło się o konieczności robienia tego przed wyborami. Dalej obiecuje się przegląd i ponowną ocenę „struktury” operacji lokalnych. Ale nie ich charakteru, który jest do bani. Republikańscy bossowie mają się porozumieć z przywódcami organizacji oddolnych. Chciałoby się rzec: nareszcie! Ale chyba trzeba powiedzieć: lepiej późno niż wcale. Szkoda tylko, że wśród oddolnego elementu kierowniczego wymienia się też lobbystów. A to oni wysysają najwięcej pieniędzy podatnika, gdy GOP kontroluje Kongres.

Czego nie ma w republikańskim mea culpa? Przede wszystkim obietnicy rozliczenia szefostwa. Przecież to ono zawaliło wybory. I nie po raz pierwszy. Od czasów Ronalda Reagana właściwie nie mianowali konserwatysty na prezydenta. I nie potrafią walczyć efektywnie. Szefostwo GOP nie obiecuje też, że Republikanie zrekrutują nowych przywódców – młodych, konserwatywnych, ideowych, kompetentnych. No to co robić? Prawica musi zakasać rękawy. Kontrofensywę trzeba podjąć natychmiast na rozmaitych poziomach i w rozmaity sposób. Konwencjonalnie i nie. Wysiłek powinien mieć charakter polityczny, gospodarczy, społeczny i kulturowy. Przeprowadzać kontrofensywę powinna wąska grupa profesjonalistów i mała kadra wolontariuszy. Najpierw burza mózgów, jak robić i z kim. Zaczynamy od zbierania funduszy. Aktywiści konserwatywni muszą rekrutować na kampusach uniwersyteckich; wykorzysta się zarówno nowe, jak i istniejące struktury. Trzeba stworzyć kółka i obozy szkoleniowe dla młodych. Uczyć ich amerykańskiej historii, cywilizacji zachodniej oraz zdolności samoobrony (survival tactics), bez przemocy i działań paramilitarnych. To szczególnie imponuje młodzieży męskiej, ale nie tylko. Muszą się nauczyć samoorganizacji oraz wojowania politycznego (political warfare). Eksperci z dziedziny wojowania politycznego powinni zaoferować swoje usługi przedsiębiorstwom i klubom. Muszą jeździć po kraju, przemawiać, uczyć. Muszą dotrzeć do miejsc, które większość polityków ignoruje, a nawet takich, do których nie dociera nikt. Trzeba w to wszystko włączyć Kościoły i zrzeszenia wyznaniowe. Chodzi przecież m.in. o wolność religijną, śmiertelnie zagrożoną przez napaść administracji Obamy na służbę zdrowia oraz na tradycyjne małżeństwo. Chodzi również o wolność gospodarczą. Należy rozpocząć szkolenia, aby pomóc małym i średnim przedsiębiorcom. Należy nauczyć ich samoobrony przed państwowymi regulacjami, w tym podatkowymi – jeśli trzeba, to w stylu włoskim. Należy również wyszkolić obserwatorów wyborczych, którzy potrafiliby rozpoznać i odnotować fałszerstwa (w ramach rejestracji, wczesnego i elektronicznego głosowania oraz cudownego mnożenia liczby głosujących poprzez wielokrotne głosowanie, głosowanie przez cudzoziemców lub pod płaszczykiem osób zmarłych). Woluntariusze kampanii wyborczych muszą zostać wyszkoleni, aby mogli przestawić się z doraźnych, jednorazowych wysiłków na długi, stały marsz. Muszą ciągle i stale dzielić się narracją alternatywną do pełzającego „zakapturzonego socjalizmu”, lansowanego przez administrację Obamy oraz lewicowo-liberalne media.

Kluczową rolę gra tutaj internet, ale również staromodne, cyklicznie nawiedzanie maluczkich, rodziny i sąsiadów szczególnie. Trzeba szermować prostymi hasłami. Należy jednak unikać przedwczesnej mobilizacji za wszelką cenę – zmarnowany wysiłek Tea Party jest tego najlepszym dowodem. Masowa mobilizacja powinna mieć miejsce tylko tuż przed wyborami. Tymczasem Partia Republikańska powinna działać tak jak zawsze, dostosowując się do okoliczności i uśmiechając szeroko w ramach konstytucyjnego ładu USA. Należy współpracować i iść na kompromis w sprawie rzeczy podstawowych, ale trzeba podminowywać i sabotować wszystkie ważne inicjatywy obecnego rządu. Konserwatywni prawodawcy od samego dołu do samego szczytu, od rady powiatu do Kongresu, powinni włożyć maksymalny wysiłek w odcięcie pieniędzy budżetowych z jak największej liczby projektów państwowych – w miarę możliwości i w sposób przemyślany. Wyrwać zęby trockistowskiemu kierownictwu związków zawodowych pracowników państwowych poprzez legislacyjne wprowadzenie zasady dobrowolności członkostwa, co spowoduje dramatyczny spadek składek, które przeznacza się bez zgody członków na lewicową działalność polityczną, w tym kampanię prezydencką. Ludzie nie chcą składek płacić, a robią to tylko wtedy, kiedy nie mają wyjścia. W końcu wprowadzić prawodawstwo ograniczające sposoby fałszowania wyborów.

To wszystko zabije pełzający socjalizm. Ponowny wybór Obamy to przecież nie koniec świata, naturalnie o ile odpowiednio nas to zmobilizuje. Nasz wyborca jest zdyscyplinowany. Odwrotnie niż wyborca lewicowo-liberalny. Jednak organizator społeczny pełzającego „zakapturzonego socjalizmu” jest bardziej zdyscyplinowany niż my. W związku z tym odpowiedzią konserwatystów powinien być nasz własny zdyscyplinowany aktywista. Nasz cel to wsparcie dla zorganizowanego wyborcy, przyciągnięcie leniwych i niezdecydowanych do urn oraz przygotowanie równoległych ram społecznych i politycznych, aby skontrować rozbuchaną potęgę radykalnych lewaków w rządzie. Sursum corda!