Porażka systemu wczesnego nauczania w USA. W Polsce tak samo?

Od kilku tygodni polskie stacje telewizyjne zamęczają widzów reklamówką przekonującą rodziców, aby wysyłali swoje sześcioletnie pociechy do pierwszej klasy szkoły podstawowej. To jedna z najbardziej nieprzemyślanych kampanii pod patronatem rządu Donalda Tuska, która przynieść może jedynie duże kłopoty. Przyglądając się wynikom szkolnictwa amerykańskiego, gdzie system nauczania sześciolatków istnieje od wielu lat, dochodzi się do wniosku, że jest to najbardziej chybiony pomysł w historii edukacji publicznej.

Większość amerykańskich dzieci trafia do pierwszej klasy szkoły podstawowej (elementary school) już w wieku pięciu lat. Pamiętać jednak należy, że w amerykańskiej elementary school dobrowolna edukacja może się zacząć wcześniej, na poziomie nazywanym preschool dla maluszków w wieku trzech-czterech lat oraz pre-kindergarten – skrótowo PK – dla przedziału wiekowego cztery pięć lat. Na tym etapie uczniowie (students) zaczynają uczyć się podstaw pisania i czytania w formie zabawy, obserwując otaczający ich świat.

Amerykańska urawniłowka

Do lat 90. XX wieku oba te poziomy – zarówno preschool, jak i PK – nosiły wspólną nazwę nursery-school. W Polsce moglibyśmy nazwać ten etap wczesnej edukacji żłobkiem, ale porównanie to nie jest do końca trafne. Dzieci amerykańskie naprawdę już się uczą. Oczywiście nauka jest powiązana z zabawą, ale nadal edukacja ma tu od początku charakter priorytetowy. Program nauczania opartego głównie na zabawie bazuje na wytycznych stworzonych przez szwajcarskiego profesora filozofii i socjologii Jeana Piageta, który opracował teorię rozwoju poznawczego.

Szwajcarski uczony, którego prace zna każdy student pedagogiki, podzielił rozwój poznawczy dziecka w wieku od urodzenia do 12 lat na cztery fazy. Zdolność poznawczą dzieci w wieku od dwóch do siedmiu lat zakwalifikował do „fazy przedoperacyjnej”, w której dzieci postrzegają świat egocentrycznie, czyli poprzez pryzmat własnej osoby, i powoli uruchamiają swoją wyobraźnię. Do rodziców dzieci w tym wieku skierowana jest oferta rządów chcących wprowadzić wczesną edukację dziecięcą, którą Amerykanie określają jako early childhood education. W USA zarówno preschool, jak i PK nie są obowiązkowymi etapami edukacji dzieci. Ale rodzice są stale indoktrynowani i zasypywani różnymi, mniej lub bardziej wartościowymi opiniami i badaniami sugerującymi lepszy rozwój ich potomstwa i szybszą asymilację ze społeczeństwem – i często ulegają tej propagandzie.

Trzeba zresztą przyznać, że badania, na których opierają się zwolennicy wczesnej edukacji dzieci, są dość ubogie i często wyraźnie naciągane. Wśród argumentów przemawiających za uczestnictwem dzieci w zajęciach wczesnego nauczania znaleźć można „projekt badawczy” (znany jako Perry Project) z miasteczka Ypsilanti w stanie Michigan, gdzie wczesną nauką zostały objęte szczególnie dzieci z rodzin trudnych. Badania tego projektu miały dowieść, że dzieci rodziców, którzy nie zdecydowali się posłać swoich pociech na zajęcia dla trzy-pięciolatków w preschool i PK, miały pięciokrotnie większe predyspozycje do łamania prawa w wieku 24 lat niż dorośli, którzy na takie zajęcia uczęszczali w dzieciństwie (źródło: „Lifetime Effects: The High-Scope Perry Preschool Study Through Age 40”, HighScope, 2005). Z tych badań wysnuć można oczywisty wniosek, że każdy z nas, kto nie uczestniczył w amerykańskim programie nauczania początkowego, ma pięciokrotnie wyższe predyspozycje do bycia kryminalistą niż osoba, która najcenniejsze chwile dzieciństwa spędziła bez rodziców w ścianach instytucji państwowej.

Inne badania wykazują, że dzieci, które uczestniczą w takich zajęciach, już od trzeciego roku życia wykazują w stosunku do swoich rówieśników w późniejszym wieku o wiele większe zdolności literackie, umiejętność czytania ze zrozumieniem czy osiągają większe sukcesy naukowe i zawodowe. Takie jest oficjalne stanowisko większości instytucji rządowych oraz opłacanych przez nie „badaczy”, mających za zadanie „naukowe” udowodnienie z góry założonej tezy.

Są jednak naukowcy, którzy ostrzegają, że wczesne nauczanie, przeciążenie mózgu dzieci w wieku, w którym powinny one znajdować się pod opieką rodziców lub innych członków rodziny, przynosi katastrofalne skutki społeczne – o wiele ważniejsze niż nikłe, ledwo lub na siłę wyeksponowane rzekome sukcesy edukacyjne.

Amerykańskie dewszirme

W Ameryce posłanie trzyczteroletniego maluszka do szkoły pozostaje w decyzji rodziców. Jednak trzeci poziom nauczania początkowego, czyli Kindergarten, nie całkiem prawidłowo tłumaczony na język polski jako przedszkole, jest już w większości stanów obowiązujący. Pięciolatki – czy tego chcą, czy nie – muszą chodzić do szkoły. Wbrew polskiej reklamówce, większość woli zostać w domu z którymś z rodziców bądź dziadków. To jeden z najbardziej barbarzyńskich przepisów, jakie stworzyło społeczeństwo, które za fundament swojej niepodległości przyjęło hasło „wolności i sprawiedliwości dla wszystkich”. Bezsensowna przymusowa i bezwartościowa edukacja na tym poziomie woła o pomstę do nieba. Pięcio- i sześciolatki uczą się programu na poziomie o rok starszych dzieci europejskich. Jaki jest cel takiego przyspieszenia? Jak każda przymusowa kolektywizacja życia społecznego, przynosi ono określonym grupom pokaźne korzyści. Powstają nowe, rozbudowane szkoły, co daje zarobek firmom budowlanym; kadra nauczycielska znajduje zatrudnienie; władza lokalna może żądać wyższych podatków; a rodzice, zamiast nielegalnie zatrudniać tanie opiekunki z Meksyku lub Europy Wschodniej, mogą opiekę nad dzieckiem zwalić na instytucję publiczną. Jednym słowem: wszyscy są zadowoleni prócz dzieci.

Dr Pamela Gerloff – znana pisarka i psycholog od lat zajmująca się problemami szkolnictwa w krajach rozwiniętych – uważa, że modne obecnie obniżanie wieku dzieci idących do pierwszej klasy oraz tworzenie instytucji do opieki dziennej dla dzieci, których rodzice pracują, „jest katastrofalne dla społeczeństwa”. Tym samym kraje rozwinięte wracają do wzorów sowieckich, gdzie szkoła miała być zideologizowanym substytutem „wrogiej systemowi” komórki, jaką jest rodzina.

To model znany z historii: janczarzy, Hitlerjugend czy stalinowscy pionierzy ze swoim upiornym bohaterem Pawlikiem Morozowem. W Imperium Otomańskim wprowadzono prawo, które nazywało się dewszirme. Oznaczało ono specjalny pobór dzieci z rodzin chrześcijańskich, które musiały oddać w niewolniczą służbę sułtanowi przynajmniej jednego syna. Co kilka lat rodzicom odbierano chłopców w wieku 14-18 lat i szkolono na fanatycznych wojowników. Edukacja bojowa miała znaczenie drugorzędne. Pierwsze miejsce zajmowała indoktrynacja, która ze zbieraniny kilkunastoletnich chrześcijan tworzyła doborowe oddziały ślepo oddanej sułtanowi piechoty tureckiej.

Dzisiaj różnego pochodzenia autorytety przekonują nas, że oddanie dziecka do urawniłowki na etapie, kiedy otoczenie najbardziej oddziałuje na rozwój jego psychiki, przynieść ma rzekomo jakieś wymierne rezultaty w poprawie jego zdolności literackich w dalszych latach.

Wybitny malezyjski psycholog i nauczyciel profesor Kok-hai Ong doszedł do bardzo logicznego wniosku, że nie jest istotne, gdzie dziecko otrzymuje wiedzę. Ważne, żeby proces uczenia był stabilny i systematyczny. Znaczenie ma natomiast, kto tę wiedzę przekazuje. Matka i ojciec zawsze pozostaną największymi autorytetami, podczas gdy nauczyciele prowadzący zajęcia w przepełnionej i rozkrzyczanej klasie często nie są w stanie przekazać nawet ułamka tych wiadomości, które przekazuje rodzina. Niemal każdy nauczyciel nauczania początkowego przyzna bez większych oporów, że realizacja utopijnych programów tworzonych w cichych gabinetach ministerialnych jest zwyczajnie niemożliwa w warunkach szkolnych. Nawet lekcje indywidualne nauczyciel – uczeń nie przyniosą takich korzyści intelektualnych i emocjonalnych jak przebywanie z matką. Każdy rodzic wie doskonale, że od szóstego do ósmego roku życia dziecko zasypuje rodziców setkami pytań. Jak propagatorzy wczesnego nauczania małych dzieci wyobrażają sobie odpowiedzi na te pytania przez nauczyciela pilnującego porządku wśród 30 rozkrzyczanych i znudzonych dzieci? Wysyłając do szkoły dzieci w wieku od trzech do sześciu lat, czynimy im potworną krzywdę intelektualną i emocjonalną. Propagowanie tego łajdackiego pomysłu za pieniądze podatników nabijających kabzę ośrodkom telewizyjnym uważam za szczególną nikczemność rządu Donalda Tuska.

Prawdziwe rezultaty

Zwolennicy wczesnego posyłania dzieci do szkoły wymieniają jedynie same korzyści tego pomysłu. Tak jakby nie istniały żadne złe strony tego projektu. Polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej wydaje ogromne pieniądze na reklamówkę telewizyjną, kiedy w większości placówek szkolnych brakuje zwyczajnie miejsc dla uczniów sześcioletnich. Jednocześnie w kraju, w którym rzekomo dba się o wyrównanie szans edukacyjnych między bogatymi miastami a ubogą prowincją, likwiduje się dużą część szkół zbudowanych w PRL, przeznaczając je na lokale o innej użyteczności.

W tej dyskusji ważne jest poznanie argumentacji MEN. W wywiadzie dla portalu Gazeta.pl wiceminister edukacji narodowej Zbigniew Marciniak twierdził, że „tak jak każde dziecko we właściwym mu momencie zaczyna chodzić i mówić, tak też osiąga gotowość do podjęcia nauki szkolnej. Statystycznie rzecz biorąc, polskie dzieci osiągają ją około szóstego roku życia”. Ta wypowiedź natychmiast nasuwa szereg pytań. Co to znaczy, że „statystycznie rzecz biorąc, polskie dzieci” osiągają zdolność do nauczania szkolnego w wieku sześciu lat? Czy dzieci innych narodowości osiągają ją w innym czasie? A dlaczego gotowości do podjęcia nauki nie zauważono statystycznie u pięciolatków, jak twierdzą Amerykanie, czy siedmiolatków, jak twierdzą Duńczycy? Jak można wyciągać równie głupie i szkodliwe wnioski? Odsyłam pana ministra do znakomitego artykułu Anety Czerskiej na stronie Instytutu Rozwoju Małego Dziecka pt. „Czy warto uczyć małe dziecko czytać?”. Autorka podkreśla, że „po prawie 50 latach dalszych badań nad mózgiem człowieka i metodami uczenia wiemy, że ucząc czytania, możemy rozwijać zdolności małego dziecka. Bardzo wiele zależy od sposobu uczenia (…). Niestety nauka szkolna czytania oraz matematyki blokuje powyższe zdolności. Jest to związane z biologicznym rozwojem mózgu człowieka w tym wieku”.

Ciekawe, czy pan minister Marciniak czytuje „The New York Timesa”. 11 grudnia 2012 br. gazeta ta opublikowała niezwykle ciekawy artykuł Motoko Richa pt. „Testy dowodzą, że amerykańscy uczniowie źle wypadają z testami naukowymi i matematyką na tle rówieśników z całego świata”. Dwa prestiżowe rankingi międzynarodowe udowodniły, że amerykańscy uczniowie, którzy zaczynali szkołę w wieku pięciu-sześciu lat mają jako nastolatki nieporównywalnie większe problemy z matematyką, geografią, fizyką, chemią i biologią, wspólnie wepchniętymi w jeden przedmiot o nazwie „nauka” (science), niż ich rówieśnicy w krajach europejskich oraz krajach rozwijających się.

O jakim sukcesie wczesnej edukacji można mówić, skoro tylko 7% amerykańskich uczniów klasy ósmej jest zdolne opanować zaawansowane programy nauczania matematyki, kiedy na tym właśnie poziomie uczy się 48% ich rówieśników w Singapurze i Korei? Mimo że budżet edukacji narodowej w USA co roku pochłania bajońską sumę blisko 1 biliona dolarów, uczniowie klas od dziewiątej do jedenastej zajmują dopiero jedenaste miejsce na liście rankingów edukacyjnych na świecie.

Jack Buckley, komisarz Narodowego Centrum Statystyki w amerykańskim Departamencie Edukacji, twierdzi z zażenowaniem „że wiele rzeczy w amerykańskim systemie nauczania wymaga zasadniczej poprawy”. Zdrowo myślący ludzie podpowiadają: zacznijcie od podwyższenia wieku szkolnego i odczepcie się od małych dzieci!

Comments are closed.