Płużański: Idziemy tropem konwejera sędziego Tulei. Czym było stalinowskie przesłuchanie?

Kiedy sędzia Igor Tuleya skazywał łapówkarza dr. Mirosława G., byłego ordynatora kardiochirurgii stołecznego szpitala MSWiA, w uzasadnieniu wypowiedział słowa, które wywołały burzę: „Nocne przesłuchiwania, jedno po drugim, budzą jednoznacznie skojarzenia sądu z przesłuchaniami prowadzonymi nawet nie tyle w latach 80., ile w latach 40. i 50., czyli czasach najgorszego stalinizmu”. Potem dodał, że te nocne przesłuchania CBA „muszą budzić skojarzenia z konwejerami”.

Skąd Tuleya wie, co to konwejer? Tak jak prezydent RP przeczytał w Wikipedii? Nie, kilka lat temu skazał za stosowanie takich metod brutalnego śledczego MBP… Okazało się również, że Igor Tuleya rodzinnie jest związany z komunistycznymi, choć jednak nie stalinowskimi metodami. Jego ojciec służył w PRL-owskim MSW, a matka przez wiele lat w SB. Nie była sprzątaczką, ale odpowiadała głównie za rozpracowanie dyplomatów i pracowników ambasad. Żeby tego było mało – jak podał portal niezalezna.pl – po przejściu na emeryturę w 1988 roku jako tajny współpracownik bezpieki prowadziła 10 agentów. Może właśnie dlatego, że rodzice nie utrwalali władzy ludowej zaraz po wojnie, ale w strukturach aparatu represji przyszło im pracować później, sędzia Tuleya nie wie, czym są stalinowskie metody, czym jest konwejer.

Bo wbrew temu, co publicznie stwierdził, w konwejerze (metoda przesłuchań sowieckiego NKWD przejęta przez „polskie” struktury represji: UB i Informację Wojskową) najważniejszy nie był fakt, że przesłuchiwano w nocy, ale to, że były to przesłuchania wielogodzinne, trwające przez wiele dni, prowadzone przez zmieniających się oficerów śledczych. Z pozbawianiem więźnia snu i jedzenia. Ten albo przyznawał się do winy, albo padał ze zmęczenia. Często dochodziły do tego najbardziej zwyrodniałe tortury fizyczne i psychiczne: wyrywanie paznokci, przypalanie papierosem, rażenie prądem, polewanie wodą, sadzanie na nodze odwróconego stołka, straszenie aresztowaniem i zabiciem rodziny. Wielokrotnie stalinowskie metody kończyły się zakatowaniem na śmierć przesłuchiwanego. Jeśli Igor Tuleya wczytał się w akta sprawy śledczego bezpieki Tadeusza Szymańskiego (bo to jego właśnie skazywał), powinien o tym wiedzieć.

Specjalista od werbowania agentów

Szymańskiemu, nieprzypadkowo nazywanemu katem X Pawilonu więzienia mokotowskiego w Warszawie, Tuleya wymierzył karę pięciu lat odsiadki za znęcanie się nad więźniami politycznymi w czasach stalinowskich. Proces ciągnął się trzy lata. Według kodeksu karnego z 1932 roku, obowiązującego w czasie popełnienia przez stalinowca przestępstw, maksymalnie mógł dostać siedem i pół roku. A więc można powiedzieć, że Tuleya okazał się sędzią łaskawym. Mimo udowodnionych win – wyjątkowego bestialstwa – „darował” Szymańskiemu dwa i pół roku. Przyjrzyjmy się karierze oprawcy, którego skazał Tuleya. Po „wyzwoleniu” wstąpił do „Służby Polsce”, odgruzowywał Warszawę. Do bezpieki zgłosił się z własnej woli. W 1946 roku w podaniu o pracę w UB w Grodzisku Mazowieckim napisał: „Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do bezpieczeństwa, gdyż mam zamiłowanie w tym pracować”. Aresztował rolników (również swoich sąsiadów), którzy sprzeciwiali się kolektywizacji wsi, a jego ojciec zakładał w Osinach koło Grodziska rolniczą spółdzielnię produkcyjną, zmuszając chłopów, aby do niej wstępowali.

Na Rakowieckiej zaczynał jako strażnik. To mu jednak nie wystarczało, był bardzo ambitny, pracował nawet po godzinach. Jego „obywatelska” postawa została zauważona i doceniona. W 1950 roku poparto jego wniosek o przeniesienie do X Pawilonu, który podlegał bezpośrednio Departamentowi Śledczemu MBP, a konkretnie jego szefowi Józefowi Goldbergowi-Różańskiemu. Tak Szymański został oficerem inspekcyjnym „Dziesiątki”, a przez chwilę nawet jej komendantem. Przez cele X Pawilonu przewinęły się setki polskich patriotów – ci, których bezpieka uważała za „najgroźniejszych przestępców”. Tu prowadzono brutalne śledztwa, tu zapadały wyroki, w tym wiele „KS-ów”. Szymański został specjalistą od werbowania agentów wśród więźniów. W 1956 roku przeniósł się do służby kryminalnej w stołecznej milicji, gdzie służył do 1989 roku. Podczas swojego procesu utrzymywał, że w ogóle nie chodził do X Pawilonu. Nie prowadził również śledztw, a jedynie prace administracyjne, wydawał książki do czytania i korespondencję, gdyż był… magazynierem.

Nic nie widział, nic nie słyszał

Zanim trafił przed oblicze Tulei, Szymański był już wcześniej sądzony. Podczas słynnego procesu Adama Humera (wicedyrektora Departamentu Śledczemu MBP – T.M.P.) w 1996 roku za zbrodnie stalinowskie, które w świetle polskiego prawa – jako zbrodnie przeciwko ludzkości – nie ulegają przedawnieniu, dostał cztery lata (prokurator żądał sześciu). Szymański odsiedział połowę i podobno był traktowany na specjalnych zasadach, a niektórzy starsi „klawisze” zwracali się do niego według dawnej nomenklatury służbowej. Z kolei kumple z ławy oskarżonych mówili do Szymańskiego „oddziałowy”. Na sali sądowej siedział skulony i wykrzywiony, cały czas zasłaniając twarz. Ostatnie słowo wygłaszał na stojąco, ale odwrócony bokiem do publiczności i telewizyjnych kamer. Mimo iż udowodniono mu sześć czynów podlegających karze, Szymański do niczego się nie przyznał: „Nie poczuwam się do ich popełnienia. Nawet palcem nie tknąłem więźniów”. Nie wiedział o torturach i zabijaniu ludzi na Mokotowie: „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”. Twierdził, że świadkowie musieli go z kimś pomylić, bo w bezpiece pracowało wielu Szymańskich.

Więźniowie jednak dokładnie go zapamiętali. Hannę Radzyńską (w 1948 r.) oblewał lodowatą wodą i deptał po nogach. Stanisława Mazurkiewicza zmuszał do leżenia na betonie, zbierania kawałków rozsypanej słomy z siennika i oglądania, jak depcze fotografie jego najbliższych. Marianowi Gołębiewskiemu kazał stać z podniesionymi do góry rękami, zimą wrzucał go do celi bez okna. Stanisława Rybkę bił po całym ciele i znieważał. Tadeusz Welkier był kopany w podbrzusze i bity w tył głowy. Innych Szymański zmuszał do wielogodzinnego klęczenia na grochu, kłuł szpilką, uderzał głową o ścianę. Katowany w śledztwie as polskiego lotnictwa, Stanisław Skalski, zapamiętał: „Wszedł z różnego kalibru gumami major Szymański. Midro, Szymański, Serkowski i Humer znęcali się nade mną. Bity od pięt do głowy straciłem poczucie czasu. Nagi znalazłem się w odchodach karceru”. Czy – podobnie jak inny śledczy, Mieczysław Kobylec – Szymański uważał Skalskiego za „imperialistycznego szpiega”, którego za wszelką cenę trzeba wyeliminować ze społeczeństwa?

To było krematorium

Podczas swojego drugiego procesu (przed obliczem Tulei) Szymański też do niczego się nie przyznawał. Podkreślał, że jest chory, i uskarżał się na nadciśnienie (biegli orzekli jednak, że może brać udział w rozprawach). Powtarzał, że nic nie widział, że świadkowie pomylili go z innym Szymańskim. Tym razem zeznał, że coś jednak słyszał: „To były głośne rozmowy, a nawet krzyki. Gdy zapytałem kierownika, co się dzieje, ten powiedział, bym nie wtrącał się do nie swoich spraw. Za każde słowo można było trafić do więzienia. Takie były czasy, nie było takiej wolności jak teraz”. Na przedstawiane zarzuty Szymański reagował histerycznie – płakał, jęczał, trząsł się, kładł się na stole. Aby chronić swoją skórę, powoływał się nawet na słowa Ojca Świętego: – Polski papież cały czas apeluje o pojednanie i przebaczenie. Takie pojednanie dokonało się między Polakami i Niemcami. Najwyższy czas po 60 latach podać sobie ręce i żyć jak Polak z Polakiem. Przy okazji Szymański wyraził radość, że totalitaryzm się skończył i mamy demokrację. Czy dlatego, że w polskiej demokracji sprawy sądowe ciągną się latami, a winni są w praktyce bezkarni?

Szymański utrzymywał, że nie wiedział nawet, kto był osadzony na Rakowieckiej. Pamięć przywracał mu Stefan Batory, który trafił do X Pawilonu pod koniec 1948 roku pod zarzutem przygotowywania zamachu na Bieruta (jako elektryk pracował przy remoncie rządowych budynków w Alejach Ujazdowskich i kiedy w prywatnym mieszkaniu Bieruta zepsuł się piecyk podgrzewający wodę w łazience, uznano, że była to próba zamachu): – Na Mokotowie siedział przedwojenny wojewoda poleski, piłsudczyk płk Wacław Kostek-Biernacki, członkowie IV Komendy WiN, skazany na śmierć major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Całe społeczeństwo wiedziało, kogo tam trzymacie – mówił zdenerwowany. – Kiedyś Szymański przyłapał mnie, jak próbowałem się uczyć – rozwiązywałem w celi zadanie z matematyki. Kazał mi uklęknąć i przez wiele godzin trzymać nad głową miednicę z wodą. Przez naszą celę, która była przeznaczona na osiem osób, a siedziało w niej 35, przechodziły rury z gorącą parą i temperatura przekraczała 30 stopni. To było krematorium.

Gorszy od Różańskiego

Prokurator żądała maksymalnej kary siedmiu i pół roku więzienia: – Wszyscy prześladowani przez Tadeusza Szymańskiego byli więźniami politycznymi, represjonowanymi za działalność niepodległościową w czasie wojny i po niej. Mogli oczekiwać satysfakcji, a spotkały ich brutalne represje. Sąd (w osobie Igora Tulei) uznał, że Szymański jest winny wszystkich postawionych mu zarzutów. Świadczyły o tym zarówno dokumenty, jak i zeznania świadków. Jednak okolicznością łagodzącą dla byłego „śledzia” okazał się jego podeszły wiek i stan zdrowia. Sędzia Tuleya wyjaśniał: – To wyrok symboliczny, trudno przeliczyć go na miesiące czy lata cierpień pokrzywdzonych przez niego ludzi. W toku śledztwa okazało się również, że Szymański nie tylko bił i na inne sposoby znęcał się nad więźniami, ale również osobiście wykonywał wyroki śmierci. Rozstrzelanym więźniom kazał rozbijać głowy. Dla zabawy i zastraszenia aranżował też pozorne egzekucje. Sąd nie zajął się tą sprawą, gdyż nie była ona objęta aktem oskarżenia. Więźniowie Mokotowa są zgodni, że nazwisko Szymański budziło powszechną grozę: – To wyjątkowa kanalia i sadysta. Szymański był również szefem grupy, która przesłuchiwała kobiety. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak takie „badania” mogły wyglądać. Z cel słyszeliśmy potworne krzyki. Gdy sędzia odczytywał kolejne zeznania świadków, Szymański wszystkiemu zaprzeczał.

Jednoznaczne były jednak nie tylko relacje więźniów, ale również nieżyjących już strażników więziennych, którzy o swoim przełożonym mówili, że „odznaczał się wyjątkowym sadyzmem wobec uwięzionych”. – Ubliżał więźniom, samowolnie przedłużał ich pobyt w karcerze, zalewał cele wodą [to była jego ulubiona rozrywka – T.M.P.]. Przechwalał się swoim okrucieństwem i tłumaczył mi, że więźniowie to wrogowie, których trzeba zniszczyć – zeznawał jeden ze strażników, Jan Sadowski, na procesie Józefa Goldberga-Różańskiego w 1957 roku. Znany z sadyzmu Różański miał kiedyś zwrócić uwagę Szymańskiemu, że jest zbyt okrutny.

„Gazeta Wyborcza” skwitowała wyrok wymierzony katu X Pawilonu: „Tuż po wyroku Szymański, zgarbiony, wychudzony staruszek rzucił do dziennikarzy: »Czuję się niewinny« i pokuśtykał do windy”. Po raz kolejny okazało się, że dziennikarze „Wyborczej” piszą (a więc chyba również myślą) obrazkowo i całkowicie bezrefleksyjnie, przynajmniej o historycznych wydarzeniach, w których nie brał udziału ich pryncypał…

Prenumerata NCZ! z prezentem