Cameron. Unijny heretyk z Downing Street

To, o czym do niedawna bano się nawet pomyśleć, staje się coraz bardziej realne! Eurokołchoz jest bliski rozpadu. I być może już wkrótce „Europejczycy” smętnym wzrokiem będą patrzeć na białe klify Dover niczym na utraconą kochankę. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron zapowiedział, że jego rząd poważnie rozważa secesję swego kraju z Unii Europejskiej. O ile Bruksela nie poczyni względem Londynu pewnych koncesji.

Perfidny Albion!

Takiego szantażu ze strony szefa rządu Jej Królewskiej Mości oczekiwano chyba już od pewnego czasu. Łudzono się jednak naiwnie, że Cameronowi nie starczy odwagi, by otwarcie rzucić wyzwanie europejskiemu molochowi. Brytyjski premier jednak nie zrejterował. Początkowo miał zamiar wystąpić w samym gnieździe eurokratycznych żmij. Jednak kryzys związany z wzięciem przez islamistów zakładników na Saharze, wśród których było kilkudziesięciu Brytyjczyków, sprawił, że nie poleciał on do Brukseli. Co się odwlecze, to nie uciecze. Kilka dni później, w środę 23 stycznia w Londynie Cameron okazał się istnym heretykiem. Zakwestionował główny dogmat unijnych biurokratów: angażowanie się w tworzenie coraz ściślejszych więzów. Zasugerował, że pragnie powrotu Unii do czegoś na kształt Wspólnego Rynku, do którego Wielka Brytania dołączyła w 1973 roku. – Rozumiemy i szanujemy prawa innych do dalszego angażowania się na rzecz osiągnięcia ścisłej unii. Ale dla Wielkiej Brytanii, a może i dla innych państw, nie jest to żadnym celem – powiedział Cameron. I zaproponował Brytyjczykom możliwość zadecydowania w powszechnym referendum, czy chcą pozostać w Unii Europejskiej, czy też wolą wyrwać się z zarzuconej przez Brukselę sieci.

Referendum

Takie deklaracje przyjęli z entuzjazmem nie tylko liczni na Wyspach Brytyjskich eurosceptycy, ale również brytyjska torysowska wierchuszka, która z lękiem spogląda na rosnącą popularność Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii, od lat głoszącej hasła rozwodu z Brukselą. Cameronowi przyklasnęli także liderzy biznesu, dobrze zdający sobie sprawę, że ekonomiczne wyczyny brukselskich eurokratów mogą doprowadzić jedynie do bankructwa i kompletnej ruiny. – To był sejsmiczny wstrząs. Premier pokazał prawdziwe przywództwo – mówią z zachwytem.

Brytyjski premier uważa, że Unia Europejska jest zbyt skostniała, by być konkurencyjna na światowych rynkach. A maniacki zapał brukselskich urzędasów, by swymi regulacjami utrudniać ludziom życie, już dawno przekroczył granice zdrowego rozsądku. – Nie jestem brytyjskim izolacjonistą. Nie zamierzam podnosić zwodzonego mostu i odgradzać się od reszty świata. Pragnę tylko ubić dla Brytyjczyków lepszy interes, ale także przedłożyć lepszą ofertę Europie – zapowiedział Cameron i zadeklarował, że jeżeli jego partia wygra najbliższe wybory (w 2015 roku), a on nadal pozostanie premierem, to w Wielkiej Brytanii odbędzie się referendum w sprawie dalszego członkostwa w Unii Europejskiej.

Taka deklaracja, choć spodziewana, wywołała szok u europejskich partnerów. Bo choć eurounici twierdzą, że nikt nikogo za rękę w Eurosojuzie nie trzyma, że dla wszystkich skorych do odejścia droga wolna, to zdaje się traktowali podpisane traktaty i porozumienia niczym diabelskie cyrografy. Miały obowiązywać i uwiązywać na wieki. Aby jednak unijni decydenci nie pomarli na palpitację serca lub ze zgryzoty, Cameron obiecał, że będzie prowadził przedreferendalną kampanię zachęcającą do pozostania Wielkiej Brytanii w strukturach Unii. O ile oczywiście uda się mu wynegocjować z Brukselą luźniejsze, bardziej prorynkowe relacje, a kluczowe uprawnienia dotyczące kształtowania gospodarczego i społecznego oblicza Wielkiej Brytanii wrócą do wyłącznych kompetencji miejscowego parlamentu. Zastrzega jednak bez ogródek: – Mówię do Brytyjczyków. To będzie Wasza decyzja.

Teraz czeka Camerona iście herkulesowe zadanie przekonania innych przywódców państw członkowskich Unii oraz samych brukselskich eurokratów, że reformy są konieczne. Czy mu się to uda? Na pewno nie będzie łatwo. Musi się liczyć z silnym sprzeciwem m.in. ze strony Włoch i Hiszpanii. Bo kraje te są przekonane, że bez dodatkowej kasy z Unii nie wygrzebią się z kryzysu. Nie chcą więc słyszeć o jakichkolwiek zmianach, zwłaszcza redukcji finansowego wsparcia.

Ale z kolei o zaciskaniu pasa i zmniejszeniu pomocowego funduszu mówi się już nie tylko w Szwecji, Holandii czy Finlandii. Coraz częściej i głośniej przebąkuje o tym nawet niemiecka kanclerz Angela Merkel. Gdyby dziś odbyło się referendum w Wielkiej Brytanii, to kraj ten zapewne powiedziałby swym partnerom Good bye. Chęć rozwodu z Brukselą deklaruje 51 procent obywateli. Dalsze trwanie w tym nieudanym związku preferuje 30 procent.

Szok w opozycji

Wśród polityków nad Tamizą po zapowiedzi Camerona zapanował istny chaos. Lider laburzystów Ed Miliband postawił sprawę jasno: nie chce żadnego referendum. Ale już jego koledzy z kierownictwa Partii Pracy są w tej sprawie podzieleni. Douglas Alexander, który w gabinecie cieniu szykowany jest na szefa dyplomacji, z miną sfinksa wymamrotał: – Nigdy nie mów nigdy.

O potencjalnych napięciach, jakie mogą wywołać w koalicyjnym rządzie referendalne deklaracje premiera, świadczą reakcje jego zastępcy, Nicka Clegga z Partii Liberalnych Demokratów. Utyskuje on, że z powodu zapowiedzi referendum „czekają nas lata niepewności”, co z pewnością uderzy w rynek pracy i wzrost gospodarczy. Burmistrz Londynu Boris Johnson nazwał przemówienie premiera dynamitem. Nie ma najmniejszych wątpliwości, jak w zadecydują Brytyjczycy. Gdy wynegocjuje się nowe warunki, odrzuci „najbardziej irytujące narośle europejskiej biurokracji”, to ludzie będą chcieli pozostać we wspólnym rynku. – Nawet w Unii jest parę krajów, które chcą zobaczyć reformy. Myślę, że przeprowadzenie ich będzie o wiele prostsze, niż się spodziewamy – powiedział w wywiadzie dla gazety „The Daily Mail”. A Nigel Farage, lider Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii (UKIP), uznał słowa premiera za największe zwycięstwo w historii… swojej partii. – Bez nas nie zdobyłby się na taką odwagę. Depczemy torysom po piętach; bał się, że konserwatyści zasilą nasz obóz. Premier wypuścił dżina z butelki i teraz, pierwszy raz w tym pokoleniu, sprawa członkostwa w strukturach europejskich trafiła na stół. Stała się sprawą publiczną – oświadczył Farage.

Murem za premierem stanęli brytyjscy biznesmeni. 55 z nich – w tym szefowie tak wysoko notowanych na giełdzie firm jak Diageo czy Standard Charterem – podpisało nawet specjalny list wspierający. John Cridland, dyrektor generalny grupy pracodawców CBI, zgodził się z premierem, że „nie dla nas jest bliższa unia w strefie euro”. Widmo wycofania się Wielkiej Brytanii z europejskich struktur wprowadziło europejskich polityków w pewne oszołomienie. Na razie nabrali jednak wody w usta i nie komentują tego zbyt nachalnie. Pospuszczali za to ze smyczy wszelkiej maści ekspertów i komentatorów uważających się za kompetentnych w udzielaniu „dobrych rad” brytyjskiemu premierowi i biadolących nad jego decyzją. Ujadają jak zwykle ci mali.

Za to Downing Street jest zachwycone i poniekąd zaskoczone postawą Niemiec. Kanclerz Angela Merkel, postać w Europie jak najbardziej potężna, odpowiedziała na słowa Camerona propozycją otwarcia drzwi dla renegocjacji brytyjskiego członkostwa w Unii. – Niemcy i ja osobiście pragniemy, by Wielka Brytania były ważnym i aktywnym członkiem Unii Europejskiej. Jesteśmy gotowi rozmawiać o brytyjskich życzeniach. Ale zawsze musimy pamiętać, że różne kraje mają odmienne życzenia, i dlatego musimy starać się wypracować uczciwy kompromis – zadeklarowała.

Nawet Komisja Europejska, na którą Cameron skierował swój główny atak, przyjęła to dość powściągliwie. – Jest zarówno w interesie Wielkiej Brytanii, jak i Europy, by Wielka Brytania pozostała aktywnym członkiem w centrum Unii Europejskiej – powiedziała Pia Ahrenkilde, rzeczniczka Komisji. Ale żeby nie było za słodko, wypada przedstawić też stanowiska innych państw. Włosi na przykład chętnie daliby Brytyjczykom krzyż na drogę. Nikogo nie należy zatrzymywać na siłę. W Unii powinni być tylko ci, którzy sami tego chcą. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz napisał zaś na Twitterze: „Chcemy widzieć Anglików jako pełnoprawnego, aktywnego członka, a nie jak kogoś skrywającego się gdzieś w brudnych i ciemnych nabrzeżach portu Dover”.

Szczyty hipokryzji pobili natomiast Francuzi. Z powodu wysokich podatków z kraju tego masowo biorą nogi za pas wszyscy co zamożniejsi biznesmeni; wszyscy, którym powiodło się w interesach. Paryż zdaje się nie dostrzegać tego exodusu. Za to gotowy jest „rozścielić czerwony dywan” dla tych brytyjskich przedsiębiorców, którzy zapragną przenieść swój biznes na kontynent. A szef francuskiej dyplomacji Laurent Fabius kpi z Camerona.

– Wyobraź sobie, że Europa jest klubem piłkarskim. Grając w tej drużynie, nie możesz w trakcie meczu zawołać: „A teraz zagrajmy w rugby!”.

Comments are closed.