Sztukmistrz z Kremla czyli jak Putin przyciąga celebrytów?

Prenumerata Najwyższego Czasu!

W szkole KGB z pewnością uczono Włodzimierza Putina sztuki owijania sobie ludzi dookoła palca i zdaje się, że przyszły prezydent Rosji nie zaniedbywał lekcji z tego przedmiotu. Jakże zresztą nie skorzystać z okazji, gdy rozmaite marionetki same pchają się jedna przez drugą, aby osobiście wręczyć sznurki służące do poruszania nimi?

Wśród takich petentów można znaleźć zarówno znanego francuskiego aktora, jak i pewnych polityków krajów ościennych, z których jeden bardziej przypomina chyba figurkę z trambambuli, aczkolwiek właśnie termin marionetka, w rozumieniu politycznym, w znacznej mierze wydaje się w tym wypadku celny.

Żonglowanie celebrytami

Ciągną do raju Putina – fizycznie lub przynajmniej tymczasem choćby duchowo – światowe gwiazdy (trochę zapewne takie pięcioramienne; z własnego podwórka miłosiernie poprzestańmy tylko na postaci artysty, do którego władca Kremla zwraca się ciepło „pan Daniel”), toteż jest oczywiste, że na własnym podwórku prezydent Rosji utrzymuje odcinek artystyczny we wzorowym porządku. Rosyjscy celebryci tańczą tak, jak im zagra, a wykonawcy niektórych uroczystych koncertów dają wręcz klasyczny pokaz lizusostwa. Sprawa Kseni Sobczak, lansowanej na celebrytkę-opozycjonistkę, została mocno nadmuchana (jak to czasem dzieje się przy wentylach, także tych od bezpieczeństwa), bo jej „sprzeciwienie się” Putinowi wynikło z zupełnie prywatnych pobudek. Kilka pomniejszych skandalistek skorzystało z okazji i przypomniało o swoim istnieniu rosyjskim mediom w podobny sposób. Zdarzają się oczywiście nieprzyjemne zgrzyty, ale media w Rosji szybko przechodzą nad nimi do porządku dziennego.

W lecie minionego roku o azyl polityczny poprosiła w Finlandii czeczeńska piosenkarka Liza Umarowa. Po koncercie w Helsinkach oświadczyła, że po raz pierwszy od wielu lat czuje się teraz wolna i bezpieczna. Celebrytą alfa oczywiście pozostaje sam Putin. To on funduje swoim poddanym nieustający show: znienacka zanurkuje i przypadkiem wyłowi zabytkowy artefakt, pokieruje trochę samolotem przeznaczonym dla najwytrawniejszych pilotów, przemierzy Daleki Wschód nowymi ładami kalinami. Z takim prezydentem doprawdy nie można się nudzić, przypomina on zresztą coraz bardziej kuglarza Cipollę ze znanej noweli Tomasza Manna, czyli „typ pogromcy zwierząt z pejczem i rewolwerem, typ hipnotyzera mas, który dzisiaj zdaje się robić karierę jako przywódca państwa i narodu”.

No właśnie, jako pogromca zwierząt Putin ma także niemałe i głośne doświadczenie. A to ocali dziennikarzy, usypiając tygrysa amurskiego, uprzednio przywiezionego z zoo w celu odegrania takiej właśnie efektownej roli; a to znów ugania się z kuszą za wielorybem, ale tylko dlatego, aby pobrać próbki jego tkanki i dzięki temu zapobiec wyginięciu gatunku. Prezydent Rosji na terkoczącej motolotni osobiście próbował również poprowadzić na południe klucz rzadkich, wychowanych w sztucznych warunkach żurawi – zbliżała się bowiem pora, gdy odlatują one do ciepłych krajów. Ptaki nie dały się nabrać, poza jednym naiwnym, który skorzystał z zachęty prezydenta i poleciał w stronę równika, a gdy po trudach wędrówki odpoczywał w Kazachstanie, dzikie psy omal go nie zagryzły.

Latanie z żurawiami miało bardzo ważny podtekst, bo to ptak w Rosji poniekąd kultowy, kojarzący się ze słynnym filmem Michała Kałatazowa, a także ze wzruszającą piosenką z repertuaru Marka Bernesa. Autor jej słów, Rasuł Gamzatow, pierwotnie napisał tekst poświęcony poległym dżygitom, ale ostatecznie zmienił go na pean sławiący czerwonoarmistów, którzy zginęli na wojnie. Ta dokonana przez Putina inscenizacja ornitologiczna podkreśliła zatem, że jest on symbolicznym strażnikiem najważniejszej państwowej tradycji.

Troska prezydenta Rosji o istoty porośnięte futrem, pierzem itp. zjednała mu sympatię ich zaciekłej obrończyni – Brygidy Bardot. Dla niej prawdopodobnie Rosja jawi się jako ziemia obiecana, gdzie w pokoju i wzajemnym poszanowaniu współżyją ludzie i zwierzęta… Ciekawe, co gwiazdka francuskiego kina powiedziałaby na masakry w rosyjskich rezerwatach, gdzie systematycznie dokonują rzezi oficjalnie chronionych koziorożców lub argali wyżsi rangą urzędnicy i inni notable.

Gerardowi Depardieu oberwało się już porządnie za bezmyślne i szkodliwe legitymowanie panowania Putina, wątpliwe jednak, aby aktor przejął się tą krytyką lub choćby ją zrozumiał. W tej sytuacji można chyba tylko życzyć mu, żeby w przyszłości wygłupiał się jedynie na planie filmowym.

Dlaczego Rosja?

Swoją drogą interesujące, z czego wynika ta fascynacja potomków Galów odległą Rosją. Na pierwszy rzut oka niby wiadomo – egzotyka, na zmysłowych Francuzów silnie z pewnością działająca, no ale w końcu tego dobra mieli oni przecież skolko ugodno w postaci Afryki Równikowej, Tahiti, Gujany itp. W dodatku sporo tego egzotycznego Orientu zwaliło się im teraz na głowy. Może więc chodzi raczej o jakąś odmianę syndromu sztokholmskiego, ukształtowanego wówczas, gdy roty kozackie i kałmuckie grasowały po Montmartrze wiosną 1814 roku? To wydarzenie mówi również nieco o pewnych cechach rosyjskiego charakteru: ponieważ Napoleon wziął Moskwę, to car Aleksander I postanowił zająć Paryż.

Szczególnie uwadze Depardieu oraz jego naiwnym krajankom i krajanom polecić warto – jako rodzaj memento – pewien poetycki obrazek właśnie z czasów napoleońskich. W końcu łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a Rosja to kraj naprawdę nieprzewidywalny. Wiersz „Tak, bracie…” napisał Mikołaj Niekrasow, urodzony na Podolu z matki Polki. Być może właśnie to pochodzenie poety pozwoliło mu tak dobitnie i celnie przedstawić mroczne strony duszy rosyjskiej. Niekrasow zmarł wprawdzie czterdzieści lat przed rozpętaniem bolszewickiej orgii śmierci, ale w przejmujący sposób zdołał w swoim wierszu oddać to niezwykłe bestialstwo, do jakiego zdolny jest człowiek Wschodu (narrator „Tak, bracie…” to rosyjski chłop, jeden z partyzantów mających zadawać straty Wielkiej Armii podczas jej odwrotu). Poniżej zamieszczone są najistotniejsze fragmenty wiersza Niekrasowa w przekładzie Juliana Tuwima:

Tak, bracie! Biłeś się, to wiesz,
Że z wojną kramu jest niemało!
My niby nic – a u nas też
Różne się sztuczki wyrabiało. (…)

To żeśmy raz capnęli tu
Rodziców z trzema szczeniakami.
Zakatrupiliśmy musju!
Nie z dubeltówki – kułakami.

Żona w krzyk, wrzeszczy, leje łzy,
Rwie włosy… któż by nie żałował?
Aż litość brała. No to my
Ciach ją toporem, i gotowa.

Patrzymy: dziatki. Masz ci los,
Rączkami proszą, proszą, skaczą,
Gaworzą w swojej mowie coś
I rzewnie, biedaczyny, płaczą.

Serce krajało się! Bo cóż
Tu zrobić? Długośmy gadali,
Aż dzieci, przy rodzicach tuż,
Utłukliśmy i pochowali. (…)

Comments are closed.