REKLAMA

National Review coraz bardziej nudne i przewidywalne. To nie oto chodzi, że umarł Bill Buckley. To chodzi o to, że NR miał pewną formułę: wolność jednostki, własność prywatna, wolny rynek, minimalne państwo i ostry antykomunizm, wszystko wykładane w spokojnym i eleganckim stylu, ale formuła ta się przeżyła wraz z implozją Sowietów. Okres świetności pisma to lata 80., gdy praktycznie spijano krem z napoju przygotowywanego od lat 50. Teraz bractwo w NR raczej zdezorientowane, gołębieje. Brak jednoznaczności, chociaż jest poczucie humoru, nie jest ono już clever, a raczej sztubackie. Pismo, coraz bardziej neokonserwatyzujące, doszlusowuje do lewackiej orkiestry, starając się ją zwolnić, zamiast rozwalić dyrygentów i samemu nadawać takt.

Ale jest kilka ciekawych tekstów. Joe Karaganis opisuje z troską próby regulacji internetu, szczególnie coraz mocniejszy trend aby karać prawnie za naruszanie szeroko rozumianego copyright. To znaczy wszystko ma podlegać ochronie i nie może być wyzyskiwane bez zgody i zapłaty (SOPA Act). Z jednej strony prawo własności, a z drugiej strony prawo do wolności w cyberprzestrzeni zderzają się ze sobą ze zgrzytem, który stara się wyzyskać państwo powiększając swoje kompetencje nadzorcze nad ślizganiem się intenetowym (25 luty). W tym samym numerze John Hood twierdzi, że w waszyngtońskim centrum jest lewicowo, ale za to w poszczególnych stanach konserwatyzm ma się dobrze. Wsi polska, wsi spokojna. Ale nie w Chicago, co opisuje stały felietonista Kevin D. Williamson. Zresztą ów ma też autopsyjny esej o korkach na autostradach, z radami jak pozyskać wściekłych kierowców dla konserwatyzmu, rozwiązując ich problem (25 marca).

REKLAMA

W kolejnych numerach było o papieżach. Najpierw (11 marca) Ramesh Ponnuru i George Weigel rozważali intelektualną spuściznę Jana Pawła II i Benedykta XVI. Potem (8 kwietnia) znów Weigel prawił o papieżu Franciszku. Weigel zgaduje, że będzie to wielki pontyfikat i doradza strzec się zarówno nowinkarstwa jak i tradycjonalizmu. Postawić na katolicką ewangelizację. Mój komentarz: Może wyjdzie z tego fideizm, w oparciu o kult maryjny, który tak świetnie posłużył ks. prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu. Ponieważ większość intelektualistów jest zlewaczonych, warto skoncentrować się na ludzie.

John O’Sullivan popełnił duży tekst o torysach brytyjskich, słusznie dokopując im (25 marca). No i są dość solidne recenzje książek o wojskowości: Mackubin Thomas Owens i David French nie zawodzą. Jest też naturalnie o tzw. reformie emigracji, o sprawach środowiska, oraz o hollywoodzkiej pop-kulturze, zresztą coraz więcej. Nie tylko o Oscarach, ale również dwa eseje o serialach telewizyjnych na Fox i HBO. I we wszystkich numerach są zmęczone felietony, niektóre o niczym. Produkują się stali dowcipnisie, Rob Long i John Lileks, ale jest też chyba najlepszy w te klocki w redakcji, prorok końca świata Mark Steyn, który prowadzi kronikę rozpadu Zachodu z powodu muzułmańskiej emigracji. I ponuro wali anegdotę, za anegdotą, co spowodowało zresztą, że musiał uciekać z Kanady do USA. Przykład: fundamentalista protestancki rozdający ulotki potępiające homoseksualne praktyki jako grzeszne zostaje – przy dziko aprobującym skowycie tolerancjonistów medialnych – jednomyślnie osądzony przez kanadyjski sąd za myślozbrodnię i szerzenie mowy nienawiści. A kanadyjski aktywista muzułmański, który w tym samym czasie otwarcie głosi, że wesołkowie powinni zostać wymordowani spotyka się z serdecznym, multikulturalnym zrozumieniem socjal-liberalnego parnasu. Zaśmierdziało żywicą. Tyle NR.

REKLAMA