REKLAMA

Nie mogę powstrzymać się od zagajenia niniejszego tekstu banalnym „a nie mówiłem, a nie pisałem”. Chodzi mianowicie o sprawę wydłużonego urlopu macierzyńskiego, który początkowo miał objąć matki rodzące po wejściu nowych przepisów w marcu tego roku.

Oczywiście od razu potworzyły się komitety obywatelskie tych „pokrzywdzonych”, którzy swoje dzieci witali na świecie przed ową marcową datą, swoje zatroskanie sprawą upublicznił nawet sam prezydent Komorowski, przedstawiający się jako dobry wujek – w przeciwieństwie do zimnego formalisty Tuska. Dlatego jak tylko czynniki dobrze poinformowane zaczęły rozgłaszać, że kto wie, czy Tusk nie przychyli się do próśb „pokrzywdzonych” rodziców i nie rozciągnie daty obowiązywania nowego przywileju na początek roku, napisałem, że w takiej sytuacji i wobec faktu istnienia tzw. kontinuum fizycznego nic i nikt nie uchroni dobrych wujków w rządzie od kolejnych żądań tych, którzy rodzili w grudniu ubiegłego roku czy także wcześniej. I tak rzeczywiście już się dzieje, już pojawiają się głosy kolejnych „oburzonych”, którzy nie mogą zrozumieć, dlaczego oni zostali wyjęci spod przywileju, a ktoś inny, którego dziecko może być o jeden dzień młodsze, z tego przywileju będzie jednak korzystać. Tak to właśnie na naszych oczach powstają kolejne dowody na paradoksy państwa socjalistycznego, które – jak wiadomo – zwalcza w większości problemy, które samo stwarza. I narzuca się także dość oczywiste w takich warunkach pytanie, czy tego nie dało się przewidzieć wcześniej i dlaczego dało się przewidzieć, skoro „a nie mówiłem” niżej podpisanego jest chociażby tego dowodem – i to na piśmie.

REKLAMA

Bezczelni oszuści

Sprawa urlopów macierzyńskich wydaje się i tak problemem dość banalnym, chociaż dziesiątki takich banalnych problemów składają się na istotę tego niewydolnego i marnotrawnego systemu. Ale klasycznym przykładem, do którego od pewnego czasu przygotowuje już nas rządowa propaganda, jest przecież problem np. Otwartych Funduszy Emerytalnych. Nie trzeba było czekać dziesiątki lat, by zweryfikować z góry fałszywe założenia wielkich twórców tzw. reformy ubezpieczeniowej; minęła zaledwie jedna dekada i dlatego rządzą jeszcze i jeszcze włóczą się po sejmach i sejmikach, po wysokich urzędach i instytutach ci, którzy z mefistofelesowym uśmieszkiem zbywali argumenty ówczesnych krytyków proponowanych rozwiązań. I znowu pojawia się to samo pytanie, czy tak trudno było dostrzec bezsens wprowadzanych wtedy zmian (tzn. bezsens dla większości, a sens dla tej mniejszości, która z tego procederu wyciągnęła trochę szmalu), oraz kolejne pytanie: czy ów bezsens będą teraz prostować ci, którzy wtedy mieli rację, czy ci psuje, którzy wtedy bawili się w ekspertów od ekonomii? Oczywiście naprawiać zepsute będą ci sami, którzy zepsuli, ale nie dlatego, że „jak zepsuli, to niech naprawiają”, lecz dlatego, że na naprawianiu także będzie można zarobić. Z drugiej strony kto mający jakiś realny wpływ na władzę ma rozum i siłę, by się temu sprzeciwić? Całkiem niedawno, bo jakiś miesiąc temu, szef największej sejmowej partii opozycyjnej, objeżdżając kraj w celu nawiązania kontaktu z wyborcami, na jednym ze spotkań stwierdził, że wprowadzając Otwarte Fundusze Emerytalne, Polaków po prostu „bezczelnie oszukiwano”. Jako – od urodzenia – ciekawski gałgan, a przy okazji wiedzący już to i owo o kwalifikacjach rodzimych elit, sprawdziłem, jak w wymienionych sprawach głosował np. Jarosław Kaczyński. I okazało się, że głosował tak samo jak większość ówczesnego AW„S”-u, czyli za OFE – a trzeba zaznaczyć, że było to więcej niż jedno głosowanie, gdyż później wprowadzano jeszcze zmiany do wcześniejszych przepisów, stąd czasu do opamiętania i wykonania chociażby jakiegoś rejtanowskiego gestu było całkiem dużo. Zwłaszcza że byli i mędzili wtedy tacy, których Niesiołowski nazywał uroczo planktonem politycznym i którzy, jak się szybko okazało, mieli rację. I sam już nie wiem, czy bardziej bezczelny jest oszukujący oszust czy ten sam oszust, który krzyczy „oszukano nas”. A gdyby nawet, to jakie kwalifikacje na polskiego Cyncynata ma ten, który ciągle daje się robić w konia i który ciągle dobiera sobie współpracowników-„kretów”.

Gigantyczne oszustwo

Jak to się bowiem dzieje, że w różnych krajach na całym świecie, począwszy od Indian w Ameryce Południowej po Tajów i Malajów, od czasu do czasu znajdą się u władzy jacyś ludzie, którzy nie robiąc ceregieli, potrafią nazwać problemy po imieniu, a u nas, w środku Europy zawsze albo socjalizm z wypaczeniami, albo bez wypaczeń. Skoro mowa o OFE, to w Chile José Piñera, kiedy powoływano go pod koniec lat siedemdziesiątych na stanowisko ministra pracy i emerytur, miał coś wszystkiego ze 30 lat, ale udało mu się przeprowadzić to, co u nas już było zbankrutowane, zanim jeszcze zostało zainstalowane. Ta uchwalona pod koniec 1980 roku chilijska reforma była nie tylko na swój sposób pionierska, ale i obecnie zasługuje na uwagę – nie tyle przez wzgląd na techniczne aspekty jej funkcjonowania, co ze względu na jej ciągle aktualne uzasadnienie. Przede wszystkim Piñera i jego współpracownicy wyszli z jednoznacznego założenia, że system państwowych ubezpieczeń i jednocześnie system repartycyjny jest zawsze i wszędzie nieefektywny i musi doprowadzić do niewypłacalności państwa będącego tego systemu gwarantem. I potrafili powiedzieć to głośno. Sam Piñera nazywał system repartycyjny „gigantycznym oszustwem”, gdyż nawet gdy system jeszcze działa, to pracujący nie mogą oczekiwać zwrotu nawet tego, co sami wpłacili, a część z tych, którzy powinni pracować, nie może znaleźć pracy z powodu podatków nakładanych na wynagrodzenia i podwyższających koszty pracy. W błędzie byliby ci, którzy uważają, że np. w Chile łatwiej było wprowadzić pewne reformy, gdyż argument naszej „szczególnej” sytuacji jest często podnoszony jako przeszkoda czyniąca wysiłki innych mniej skomplikowanymi i wymagającymi mniejszej determinacji. Tak nie było i nie jest. Przykłady dokonań innych krajów pokazują natomiast, jak wiele znaczy fachowość kadr i ich determinacja we wprowadzaniu potrzebnych, a nawet koniecznych rozwiązań. Także w Chile wiele instytucji, polityków, zwykłych ludzi od prawa do lewa nie było wcale przekonanych do reform.

Przeciwnikami reform były także liczne wpływowe lobbies, obawiające się o swoje wpływy, jak i różne grupy pracownicze zatrwożone o swoje emerytalne przywileje (tam także były grupy zawodowe, których pracownicy mogli przechodzić na emeryturę nawet po zaledwie kilkunastu latach pracy). José Piñera w swoich wspomnieniach pisze np., jak to w ramach konsultacji projektu reformy ktoś z przedstawicieli Kasy Pracowników Prywatnych, czyli dotychczasowej monopolistycznej instytucji ubezpieczeniowej pracowników sektora prywatnego, mimochodem zaproponował mu do wyłącznej dyspozycji jeden z domków letniskowych na przepięknej plaży Reaka, będący oczywiście własnością wspomnianej instytucji ubezpieczeniowej. Co jednakże istotne, tamtejsi reformatorzy podważyli przede wszystkim jeden z fundamentów dotychczasowego myślenia o potrzebie państwowych ubezpieczeń. Zwolennicy tych ubezpieczeń odwołują się najczęściej do ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa, a zarazem niezdolności niektórych ludzi do zabezpieczenia się na starość. Tymczasem, jak podnosili twórcy chilijskiego systemu ubezpieczeń, trudno o bardziej przewidywalne zdarzenie jak starość, a historia ludzkości dowodzi, że ludzie na tę okoliczność, jak też na okoliczność okresu niedostatku, zabezpieczali się na długo, zanim pojawiły się ubezpieczenia społeczne zorganizowane przez państwo.

Inni potrafią

Wiadomo, kto i gdzie się rozwijał lub rozwija się teraz, tylko w sferach decydenckich nigdy nie powie się głośno, dlaczego tak się dzieje. Chiny, Indie, Brazylia, Chile, nawet Peru, Argentyna, Turcja, RPA, wcześniej Korea, Tajwan, Malezja i inni idą do przodu, a u nas wylanie asfaltu na drodze wygląda w drugiej dekadzie XXI wieku na sukces. W Korei Płd. już w połowie lat sześćdziesiątych, w bardzo krótkim czasie i w bardzo trudnych warunkach geologicznych, bez specjalnych ceregieli wybudowano ważną autostradę łączącą stołeczny Seul z portowym miastem Pusan, a dzisiaj w państwie tym, też przecież przeżywającym zawirowania polityczne i ekonomiczne, terytorium trzy razy mniejsze niż terytorium Polski przecina blisko 5 tys. km autostrad i dróg ekspresowych.

Ale praktycznie do dzisiaj łączne opodatkowanie różnymi rodzajami podatków dochodowych, przychodowych i innymi obciążeniami nie przekracza w azjatyckich tygrysach poziomu 20 procent. Drugą bardzo istotną – i kto wie, czy nie najistotniejszą – kwestią był tam niski poziom tzw. świadczeń pozapłacowych, wynikający ze świadomego porzucenia przez państwo ingerencji w tę sferę zabezpieczeń. Na Tajwanie państwo praktycznie nie gwarantowało emerytur ani ochrony zdrowia, ale jakoś świat nie słyszał o hekatombie tamtejszych chorych i osób w podeszłym wieku. W Korei Płd. przeciwstawiano się żądaniom podwyżek wynagrodzeń, ograniczano rolę związków zawodowych, odszkodowania za choroby zawodowe, wprowadzone w 1964 roku, obejmowały jedynie część zawodów, a rozszerzono je dopiero w 1982 roku; z kolei ubezpieczenia zdrowotne, wprowadzone w 1977 roku, upowszechniono dopiero w latach dziewięćdziesiątych.

Ale co ciekawe, w Malezji, która na pewno pod tym względem także nie jest państwem opiekuńczym, bezrobocie jako plaga społeczna praktycznie nie istnieje – oficjalne statystyki podają, że bez pracy pozostaje ok. 3 proc. siły roboczej, czyli poniżej tzw. naturalnej stopy bezrobocia. Nawet biorąc pod uwagę specyfikę każdego kraju w ustalaniu tych wielkości (w Malezji nie rejestruje się np. gospodyń domowych), i tak jest to dobry sygnał ekonomiczny. Pokazuje to z kolei, jak ogromnym hamulcem wzrostu gospodarczego kraju jest ta ogromna masa zobowiązań socjalnych, które w ostatnich dekadach wzięły na siebie państwa europejskie, w tym także idąca od lat dziewięćdziesiątych za ich przykładem Polska. Na pewno nie wspólna waluta jest przyczyną prosperity, ale my oczywiście musimy do strefy euro, bo bez euro nie damy rady; wiadomo, że nie dopłaty z Brukseli wzmagają inicjatywę i przedsiębiorczość, ale u nas inaczej – u nas bez dopłat krowy by wyzdychały, a drogi zarosły trawą. A ile było błazeńskich uśmieszków i drwiących komentarzy, gdy jakiś oszołom wskazywał na metodyczne dążenie do przekształcenia Unii w superpaństwo, a tu nagle sam Barroso ogłasza, że jak najbardziej za kilka lat Unia musi być federacją, dodając: „chcemy wyłożyć wszystkie elementy tej sprawy na stół, w jasny i konsekwentny sposób”. Ale my się oczywiście nie boimy, bo mamy Joaninę i inne takie tam formalno-prawne pershingi oraz oczywiście naszych niezastąpionych przywódców, których – jak dawniej ministra Becka – „świat nam zazdrości”.

REKLAMA